“Wydziedziczeni” Ursuli Le Guin – pisarka zaangażowana (recenzja)

Czy poglądy pisarza można odczytać z jego książek? Czy pisarz tworzy powieści zawsze odzwierciedlające jego światopogląd? Sapkowski w wielu wywiadach dawał wyraz przekonaniu, że nie. Uważał, parafrazując, że jeżeli na podstawie opowieści jakiegoś człowieka można odczytać jego opinie na jakieś tematy (polityczne), to znaczy, że ten człowiek jest kiepskim twórcą. Z drugiej jednak strony łatwo zauważyć, że sympatie polityczne Sapkowskiego wpłynęły na kształt jego dzieł. A więc owszem, kwestie wypowiadane przez bohaterów wypowiadają bohaterzy, a nie autor. Nie popadajmy jednak w skrajność i nie udawajmy, że dzieła nic o autorze nie mówią. Choćby nie wiem jak autor się starał, coś z jego poglądów zawsze do opowieści przeniknie.

Trudno mieć pretensję do autorów, że mają poglądy i trudno się zżymać, że powstają książki te poglądy odzwierciedlające. Jedyne, co pozostaje, to ocenić, czy autorzy serwują nam zabarwione poglądami ciekawe powieści, czy też mniej lub bardziej sprawnie przyrządzone agitki polityczne.

Ursula Le Guin nie ukrywa swoich wyraźnie lewicowych i feministycznych przekonań. Mimo tego jej powieści zawsze ceniłem i cenię, bo chociaż zdarza się jej przejść w tryb kaznodziei, zwykle pisze dobrze o rzeczach, które dla niej są ważne. Stawia pytania, rozważa je, zmusza do myślenia. Zwykle. Niemniej, zanim zabrałem się za Wydziedziczonych, zastanawiałem się, czy otrzymam agitkę napisaną przez Le Guin-kaznodzieję, czy też porządną literaturę spod ręki autorki o wyrazistych poglądach.

Recenzje, które czytałem wcześniej, zdawały się wskazywać na to drugie: że chociaż poglądy Le Guin widać, to jednak nie pokazuje świata czarno-białego i, mimo sympatii lewicowych, stara się pokazać dobre i złe strony obu ustrojów skontrastowanych w powieści. I od razu powiem, że faktycznie – nie, to nie jest czarno-biała agitka. Le Guin jest zbyt utalentowana, by tworzyć agitki. Podejrzewam, że nie mogłaby, choćby próbowała. Jej talent wierzgałby jak wyścigowy rumak zaprzęgnięty do kieratu. Niemniej nie jest to książka neutralna i pokazane systemy bynajmniej nie są pokazane jako równe. Sympatia autorki jest wyraźnie po stronie anarchistów z Anarres.

Treści powieści nie będę streszczać, bo jest dość na sieci recenzji, które to robią, muszę jednak pokrótce omówić zgrubnie świat przedstawiony powieści. Powieść należy do cyklu Hain i chronologicznie jest chyba najwcześniej – przed założeniem Ligi Wszystkich Światów i przed powstaniem ansibli. Rzecz dzieje się przemiennie na dwóch planetach: Anarres i Urras. To pierwsze jest pustynnym i ubogim świecie, na którym dwudziestomilionowa społeczność anarchistów buduje utopijne społeczeństwo, gdzie wszyscy są mniej więcej równi i gdzie nie ma teoretycznie władzy. Na Urras z kolei mamy akcję osadzoną na terenie A-Io,  kapitalistycznego supermocarstwa wzorowanego nieco chyba na USA z lat siedemdziesiątych.

Bohater to Szevek, genialny fizyk, którego teorie doprowadzą w przyszłości do powstania ansibla. Jego oczami widzimy wady zarówno idealnego społeczeństwa anarchistów na Anarres, jak i kapitalistycznego A-Io na Urras. Chociaż jednak wady mają obie społeczności i Le Guin, jako się rzekło wyżej, nie stworzyła czarno-białego obrazu, to jednak trudno mówić o jakiejkolwiek równowadze. Szevek jest anarchistą i krytykuje odejścia od ideału stworzonego przez Odo. Anarres jest biedne, ale tylko dlatego, bo to uboga i pustynna planeta. Większość chętnie sama pracuje, nie ma problemów z efektywnością – kłopoty powoduje tylko wredny klimat i wroga przyroda. Anarchiści wprawdzie rządu jako takiego nie mają, ale chętnie się podporządkowują przydzielonym co jakiś czas gorszym zadaniom.  Le Guin napomyka co rusz o wrednych typach, którzy nieco odstają od ideału, ale ich istnienie nie powoduje żadnych poważniejszych problemów: ot, są tacy, co nie chcą się poświęcać albo gromadzą więcej, niż powinni.

Na Anarres wszyscy po równo głodują, ale mimo tego wszyscy uznają system za sprawiedliwy. Sztucznie stworzony język ma pomagać w odpowiednim myśleniu: słowo na pracę i zabawę jest takie samo, dzieci zachęca się, by nie używały zaimków dzierżawczych – do tego pojawiają się neologizmy w stylu “egoizować”. Dobre u Le Guin jest to, że zdaje sobie sprawę, że takie zabiegi, to może być za mało, że ludzka natura nie zmienia się tak łatwo. Pojawiają się wredni ludzie, którzy próbują i tak zdobyć władzę, dokopać nielubianym osobom; ludzie o ciasnych umysłach, gotowe tropić odstępstwa od ortodoksji, rzucać kamieniami i grozić innym przemocą. Dobre u Le Guin jest też to, że dostrzega, że idealny ustrój może degenerować, że słyszała najwidoczniej o Żelaznej Zasadzie Biurokracji Pournelle’a.

Z tym, że wszystkie wady są tutaj przedstawione jako błędy i wypaczenia idei, która co do zasady jest słuszna. Szevek jest jednostką wybitną i nie jest mu łatwo żyć na Anarres, gdzie wszyscy są równi. Ale, wbrew niektórym recenzjom, to nie jest pokazywane jako inherentna cecha ustroju opartego o równość. Nie; Szevek cały czas uważa, że to efekt zapomnienia prawdziwych idei Odo, założycielki państwa anarchistów. Jednym słowem: idea dobra, tylko ludzie nie dorośli.

Co innego kapitaliści w Urras. Żyją w dobrobycie, marnotrawią, i jako indywidualności są czasami po ludzku sympatyczni – ale ustrój jest zły. Chcą wykorzystać Szeveka, gardzą tą hołotą z nizin społecznych i chcą biedaków posłać na wojnę. Kobietom odmawiają zdolności, trudno im uwierzyć, że utalentowana fizyczka-wykładowca Szeveka była kobietą. Przedstawiciel warstw “niższych” z kolei gardzi posiadaczami. Pojawienie się Szeveka-anarchisty jest iskrą rozbudzającą aspiracje. Ogólnie, rozdziały dziejące się na Urras czytało mi się gorzej i uważam je za znacznie słabsze, mniej ciekawe i bardziej jednostronnie napisane niż te na Anarres. W jednej recenzji na sieci (matko, co za font na tym blogu… szara czcionka na białym tle, oczy bolą) pojawia się zdanie świetnie podsumowujące moje odczucia:

Czułem się jakbym czytał książkę o przygodach komsomolców i socjalisty z ZSRR, który nagle trafia na Zachód Europy

Zdecydowanie tak.

Szevek jest reformatorem-anarchistą, którego perspektywa podkreśla tylko, że kapitalizm jest zły, koniec. Dziwi mnie, że tyle osób odniosło inne wrażenie. Gdzie tu równowaga? Na Anarres krzywo patrzą na dziecko Szeveka i mu dokuczają – ale niby jak to ma równoważyć fakt strzelania z helikopterów do tłumów w A-Io na Urras?

Podsumowując – nie wiem, czy autorzy mogą napisać książkę, na którą ich poglądy nie wywrą wpływu. Nie sądzę. Na pewno Wydziedziczeni nie są taką książką. Natomiast z pewnością autorzy mogą stworzyć dzieło zaangażowane, dalekie od neutralności, które mimo tego nie będzie jednostronne i które może z przyjemnością przeczytać ktoś o poglądach od autora/ki odmiennych. Le Guin to się udało – nie wiem, czy tylko to, czy aż to. Jestem książką zawiedziony, w mojej prywatnej hierarchii Wydziedziczeni będą stać niżej i od Lewej ręki ciemności, i od Darów (moja recenzja tutaj) – ale wyżej od Świata Rokannona, Miasta iluzji albo Tehanu. Ale to jest słaba książka tylko, jak na poziom autorki tak znakomitej, jak Le Guin. Wielu innych mogłoby marzyć o tym, by pisać takie słabe książki.

Spis wszystkich recenzji

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *