Melodramat i brazylijska telenowela

Nie ma nic gorszego niż bohaterzy, którzy zamiast żwawo popychać akcję do przodu, nagle zaczynają biadolić i zastanawiać się nad sensem wychodzenia z pokoju. Gdy jesteś pisarzem i trafią ci się dokładnie właśnie tacy za przeproszeniem pierdołowaci filozofowie, pozostaje tylko kląć i gryźć palce.

Pomysł miałem prosty. Doszedłem do wniosku, że w sumie to nie przepadam ani za fantasy, ani za twardym sf, wolę takie coś pomiędzy, taką bliżej nieokreśloną fantastykę. Wydawcy wprawdzie pomiędzy podobno nie lubią, no bo kto to kupi: czytelnik woli niby jasne, precyzyjne kategorie. Albo statki kosmiczne i obcy jak ze Star Treka, albo półnadzy barbarzyńcy i brodaci magowie. Pomiędzy trudno sprofilować, trudno reklamować, bo nie wiadomo w sumie, komu takie coś sprzedawać. Inaczej mówiąc, trudno określić grupę docelową, czyli, po staropolsku, target.

Ja, jako się jednak rzekło, pomiędzy bardzo lubię. Na początek uznałem, że chcę mieć świat nie z przyszłości, bez kosmosu, ale jednak taki, w którym nie będę musiał się zastanawiać, czy bohater ma prawo mówić nowożytnym slangiem i czy może mu się coś kojarzyć z McDonaldem. Jak już miałem świat, mogłem dodać mu całe tło, historię i zastanowić się, co właściwie mogliby ludzie w takim świecie robić. Potem pozostało wrzucić bohaterów. A miałem ochotę właśnie na coś innego, niż ostatnio. Coś trochę przewrotnego. Jest więc bohater i bohaterka, na jednym lecą… powiedzmy, że statku, ale tym razem absolutnie bez szansy na romantyczne rozwiązanie, bez happy endu, sukni z welonem i tak dalej.

I tak sam sobie zgotowałem problem. Skoro bohaterowie są w takiej, a nie innej sytuacji, więc trzeba to jakoś umotywować. To wymaga nadania im odpowiedniego charakteru, dopowiedzenia przeszłości, pragnień. A kiedy to się już wszystko ma… To bohaterowie, wredne chamy, nagle zaczynają się narowić. Nie chcą posłusznie biegać z blasterami i walić we wszystko, co się rusza. Zamiast tego zaczynają użalać się nad sobą, biadać nad sensem świata i smętnie zerkać na przemian w lufę pistoletu i butelkę. Brakuje tylko zbliżeń na twarze i dramatycznej muzyki i już mielibyśmy M jak Miłość, tylko że w dość zakręconym sztafażu.

I tak dostałem prawie cały rozdział depresyjnych pogawędek i rozważań, a akcja leży.

Nic to, jak mawiał inny mój bohater. W tym roku i tak, nawet jakbym skończył, nie ma co powieści wysyłać, lepiej celować w połowę przyszłego roku – będzie więc dość czasu, by rzecz wypolerować i najgorsze, najbardziej łzawe kawałki wyrzucić. Tymczasem – prawie połowa zamierzonej objętości za nami. Ciężko powiedzieć, kiedy skończę pierwszą wersję, ale do końca wakacji z pewnością będę miał surowiznę, a jak starczy wolnego czasu – może i wcześniej.

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.