Nie ma to jak kwarantanna, gdy chce się zakończyć powieść. Tytułu na razie rzecz nie ma, robocza nazwa to Międzyświat, ale wszystko jeszcze może się zmienić. To na razie tak zwana “surówka”, czyli rzecz jeszcze nie poddana szlifowaniu, heblowaniu i polerowaniu. Na razie ledwo czterysta tysięcy znaków, mało jak na utwór fantastyczny, ale nie szkodzi – zwykle moje “surówki” mają mniej niż wersje ostateczne, z pewnością podczas obróbki dopisze się jakiś trzydzieści do pięćdziesięciu tysięcy znaków.

Posłałem rzecz dwóm koleżankom, bo potrzebowałem kobiecego spojrzenia. Zwykle poprosiłbym siostrę, ale to jest jeszcze nie ten etap pracy, na którym zwykle jej daję rzecz do przejrzenia. Wszystko może się jeszcze zmienić: kolejność scen, relacje, nawet zakończenie.

Powieść na razie trafi do szuflady, ponieważ, jak słyszałem, nie ma się co wygłupiać i coś słać wydawcom. Wolę odczekać do przyszłego roku – może wtedy będę znał jakieś terminy dotyczące mojego debiutu książkowego i może będę mógł się chwalić w zajawce (w sensie, w liście, w którym będę tłumaczył, dlaczego od przyjęcia mojego dzieła zależy los całej ludzkości) . Do tego, wiadomo: dobrze jest, by powieść porządnie odleżała przed poprawkami. Raz może ją tylko szlifnę jeszcze w tym miesiącu, a potem… Pewnie wezmę się za coś innego. Fantasy może, tak dla odmiany. A później, może jakieś science-fiction… Trzeba powieści pisać teraz, bo raz: jak radzi pewien pisarz, trzeba zawsze coś mieć w szufladzie, na wszelki wypadek, no i dwa: nie wiadomo, kiedy człeka walnie demencja starcza i skończą się pomysły.

Nie ma nic gorszego niż bohaterzy, którzy zamiast żwawo popychać akcję do przodu, nagle zaczynają biadolić i zastanawiać się nad sensem wychodzenia z pokoju. Gdy jesteś pisarzem i trafią ci się dokładnie właśnie tacy za przeproszeniem pierdołowaci filozofowie, pozostaje tylko kląć i gryźć palce.

Pomysł miałem prosty. Doszedłem do wniosku, że w sumie to nie przepadam ani za fantasy, ani za twardym sf, wolę takie coś pomiędzy, taką bliżej nieokreśloną fantastykę. Wydawcy wprawdzie pomiędzy podobno nie lubią, no bo kto to kupi: czytelnik woli niby jasne, precyzyjne kategorie. Albo statki kosmiczne i obcy jak ze Star Treka, albo półnadzy barbarzyńcy i brodaci magowie. Pomiędzy trudno sprofilować, trudno reklamować, bo nie wiadomo w sumie, komu takie coś sprzedawać. Inaczej mówiąc, trudno określić grupę docelową, czyli, po staropolsku, target.

Continue reading “Melodramat i brazylijska telenowela”

W czerwcu tego roku w Nowej Fantastyce może się ukaże moje opowiadanie, Przynoszę wam pokój. Teoretycznie powinienem skakać pod sufit z radości, bo opowiadanie napisane zostało w roku 2015, do NF wysłałem w roku 2016, przyjęte zostało w roku 2017 – do publikacji w FWS. W 2019 Prószyński i s-ka zlikwidowało FWS, więc opowiadanie zostało przeniesione do NF i teraz – jest, wreszcie! Pięć lat po napisaniu, trzy lata po przyjęciu, wreszcie się ukaże!

Tyle, że istnieje też druga strona medalu. Tęcza za horyzontem zaczyna się załogą, którą żywcem wyrżnąłem właśnie z tego opowiadania. Główny bohater ma dokładnie to samo imię (Luka) i dokładnie tę samą funkcję (psychoruka). Gdyby więc ukazało się, powiedzmy, na początku roku 2021 – Przynoszę wam pokój świetnie spełniłoby rolę reklamy powieści. Gdy jednak rzecz pojawi się teraz, w czerwcu… to za półtora roku, kto będzie o nim pamiętał? Nikt. Kto teraz pamięta o moim Imago? Nikt.

Z jednej strony, dobrze jest mieć takie dylematy. I fajnie, że wreszcie może się pojawić. Ale z drugiej… O ile lepiej by było, gdyby opko poszło tak z trzy miesiące przed książką, prawda?