Fantastyk dawnych czar – Numer 11 (50) 1986

Spis Treści (lista wszystkich zrecenzowanych Fantastyk)

Numer pięćdziesiąty, czyli – nieco specjalny. Nie jest to może okrągła setka, ale jednak brzmi inaczej niż numer piętnasty, dwudziesty czy też czterdziesty dziewiąty. I akurat tego numeru nie kupiłem jako dziecko. Dopiero jakiś czas potem zdobyłem go na jakimś pchlim targu, mając nie wiem – lat szesnaście czy dziewiętnaście. Nie pamiętam. W każdym razie, znalazłem go w Poznaniu (a wyprawa do Poznania to była wtedy dla mnie, małomiasteczkowego prowincjusza czymś na cały dzień). Przeczytałem więc go jakieś pięć, a może nawet dziesięć lat po wydaniu – wciąż jednak w czasach tak odległych, że teraz wydają się obcymi. No wiecie, poprzedni wiek. Niby nic; a przecież niedługo będę miał zajęcia ze studentami urodzonymi już w roku dwutysięcznym.

O wstępniaku Hollanka i listach czytelników nie ma co pisać. Przejdźmy od razu do działu opowiadań zagranicznych. A tam – najdzikszy tytuł opowiadania od dłuższego czasu. To nie trzęsienie ziemi, to tylko panu trzęsą się kolana. Ha! Jak to brzmi. Po niemiecku jeszcze lepiej. Er ist kein Erdbaben, Ihnen zittern nur die Knie. Karl Michael Armer (coś mi mówi to nazwisko) musiał długo myśleć nad tytułem, zanim wreszcie wybrał właśnie taki. Inna sprawa, że opowiadanie, napisane w roku 1981, brzmi jak mocno inspirowane Westworldem (film Crichtona z 1973). Tyle, że nie ma tutaj robotów i automatów, sami aktorzy. Smaczku dodaje, że odległą przyszłością w tym opowiadaniu jest rok… 1996.

Rzecz czyta się dobrze. Jest wyspa gdzieś na Filipinach, podzielona na sektory: Ibizę, Tahiti, starożytny Rzym. Są turyści, którym odbija. Jest bezwzględny kapitalista i drugi, podrzędny, ze skrupułami. Całość lekkostrawna i na wysokim poziomie, mimo ciągłego żonglowania czasami: autor co pewien czas a to wybiega w przód, a to cofa się parę godzin. Zabieg według mnie niepotrzebny.

Chętnie bym dał ilustrację do opowiadania, ale nie ma. Zamiast tego – Galeria. Andrzej Brzezicki.

Po Niemcu: Amerykanin. Frederik Pohl, którym się tak zachwycałem w ostatniej recenzji W blasku komety numeru czterdziestego siódmego. Tutaj jednak zachwycać się nie ma czym. To znaczy, jego Dorastanie w mieście na skraju nie nazwałbym rzeczą słabą. To taki porządny średniak, w sam raz na wypełnienie stron czasopisma. Interesuje tyle ile trzeba, kończy się gdy trzeba. Zostawia jednak czytelnika obojętnym. Mamy tutaj utopię, a może dystopię – Miasto, w którym ludzie są wychowywani racjonalnie i planowo, a ci, którzy tego nie chcą, zostają Wyrzutkami. Mamy też wyjątkowo inteligentnego chłopca, który trafia do Wyrzutków na kilka krótkich godzin. Starsi wkrótce odkrywają, że chłopiec opuścił Miasto i wypytują go, co widział; on nie zdradza Wyrzutków, albowiem jest to chłopiec, jako się rzekło wyjątkowo inteligentny, który ma swoje własne plany i pragnienia.

We wkładce: powieść Gwiezdny taniec Spidera (tak!) i Jeanne Robinsonów. Nie czytałem, bo jak już kilkakrotnie wspominałem, fatalnie się czyta powieść w formacie takim, jak w Fantastyce. I nie chodzi tylko o małą czcionkę.

Dziwna rzecz: zwykle jest niemal regułą, że dział prozy polskiej sporo odstaje od zagranicznej. Tutaj jest inaczej: mamy jedno bardzo dobre i jedno dość dobre opowiadanie, ogółem więc – toczkę więcej niż zagraniczniacy. Najpierw jest Adam Synowiec i jego Most. Opko równie krótkie jak jego Gra z numeru 6 (33) 1985, ale znacznie lepsze od Gry – i na dodatek oryginalniejsze.

W Galerii sporo obrazków, ale najładniejszy: Siudmak. Elegancka, prosta kreska. No i cycki. Wiadomo, że nie ma Sztuki bez cycków, a kto sądzi inaczej, ten bluźni.

Łatwo się zorientować po moich dotychczasowych recenzjach, że jestem człek prosty, lubiący prozę równie prostą. Rozrywkową. Statki kosmiczne, lasery i gołe panienki, tak w dużym skrócie. W Moście nie ma niczego z tak lubianych przeze mnie elementów. Jest chłopiec, jego wyobraźnia i autostrada; i kierowca ciężarówki, ale tylko przez chwilę. Mamy tutaj baśń science fiction, w której nie ma akcji, która po streszczeniu brzmi głupio – a jednak mi się podoba. Za klimat, za prostotę przekazu, za magiczny realizm. Bardzo prosta i bardzo dobra miniaturka. W kilku miejscach na sieci znalazłem jednak ludzi, którym się opko nie podobało. No i dobrze. Nie wszyscy muszą mieć identyczne gusta.

Po Synowcu jest Ziemkiewicz z Hellas III, fantastyką naukową jak się patrzy. Ponura, przesiąknięta cynizmem dystopia, jak to u Ziemkiewicza. Wszędzie skur*syni, jeden nie do końca szlachetny bohater, beznadzieja, ideowi terroryści – a do tego Mars, loty kosmiczne i strzelanina. Nie jest to rzecz wybitna, gorsza od najlepszych osiągnięć RAZa, ale widać tu już jego styl i nawet pewien pazur. Jeżeli ktoś jego prozy jednak nie zna, nie powinien zaczynać od Hellas III, bo mimo wszystko – rzecz przeciętna. Mocny średniak.

No właśnie, mocny średniak. Cały ten numer jest taki. Galeria – po trochu wszystkiego, miszmasz, średniaki. Recenzje – nic ciekawego. Esej o Lemie, artykuł Iłowieckiego, wreszcie notka o Stanleyu Kubricku.

A na koniec: cycki. Zakryte, niestety.

 

 

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.