Fantastyk dawnych czar – Numer 10 (37) 1985

Spis Treści (lista wszystkich zrecenzowanych Fantastyk)

Dzisiaj na warsztat biorę przedostatni numer z moich zakupów na allegro. Egzemplarz w bardzo dobrym stanie, widać, że poprzedni właściciel dbał o swoje zbiory znacznie lepiej, niż ja o swoje. Rozpieszczony poprzednim numerem oczekiwałem czegoś co najmniej równie dobrego, co poprzednio. Już sam spis treści pozwala mieć nadzieję, że poziom zostanie utrzymany. Pohl, Tiptree, Oramus; mniam.

W środku Funky Koval i powieść w odcinkach. Jednego i drugiego nie czytałem. Komiksu – bo czytałem go w kolorze (i chyba nawet wciąż mi się gdzieś pałęta w starym domu). Powieść z wkładki: bo fatalnie się czyta w takiej postaci.

We wstępniaku Hollanek twierdzi, że dzieła SF to moralitety, a space opera ma początki w mitologii greckiej. Hm. Czytelnicy w listach żądają, by nie było poezji, oraz opiniują zawartość miesięcznika. Nudy.

Zaczniemy od galerii. Abstrakcyjne dzieła pana Golędzinowskiego, z tworami utworzonymi z niby-organicznej, niby-mózgowej tkanki… No nie wiem. Jedno jest fajne. Dwa też. Ale przy większej ilości ma się dość. Moim skromnym zdaniem człeka z małego miasteczka.

Pierwsze opowiadanie Dzień w lunaparku Frederika Pohla nieco zawodzi. Rzeczywiście, tutaj mamy przykład Hollankowego moralitetu. Aż musiałem sprawdzić, kiedy zostało napisane, bo tchnęło duchem bardziej lat sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych – ale nie, opublikowane w 1983. Jest o przeludnionym świecie i sposobie, w jaki radzi sobie z tym Ameryka. Oczywiście, nie przy pomocy antykoncepcji czy aborcji – główny bohater jest wstrząśnięty, że ktokolwiek mógłby wpaść na tak okropny pomysł.

Gdy już dowiemy się, jaki to konkretnie sposób wybrała Ameryka na rozwiązanie kwestii przeludnienia, nagle w zupełnie innym świetle jawi się nam zdanie z samego początku, gdzie bohater sam, osobiście zapłacił za pięć biletów. No i ten nienachalny humor o pozdrowieniach w obcym języku: ey there, mate!

Końcówka na pewno by mocniej wybrzmiała, gdyby nie fakt, że jakoś tak trudno mi uwierzyć w przedstawiony tu świat. Ale i tak – opowiadanie na poziomie. A już rozczuliła mnie wzmianka z notki redakcyjnej, że Pohl godzi się przyjmować zapłatę w złotówkach. He he. Pamiętajcie, to rok 1985.

– Wie pan – powiedziała – niewielu tatusiów tak wprowadza swoje pociechy. Niektórzy nawet tym najmniejszym każą samym kupować bilety.

Po pesymistycznym Pohlu, ultrapesymistyczna pani Alice Bradley Sheldon, czyli James Tiptree, Jr. Tak, to też jest taki moralitet. Propagandówka, chociaż dobrze napisana. Mężczyźni z niewiadomych przyczyn mordują kobiety, przerażone kobiety demonstrują i wówczas są aresztowane. Przy czym fakt, że podpalono parę koszy na śmieci traktuje się jako coś oburzającego – przypominam, to dzieje się podczas kobietobójstwa na masową skalę. I znowu, jak u Pohla, rzecz zbyt przesadzona, by naprawdę mogła wywoływać emocje. Zbyt jest to oderwane od rzeczywistości, chociaż pozuje na coś więcej, niż fantastykę. Przy czym – Sposób na muchy, przy wszystkich moich zastrzeżeniach, czyta się dobrze. Zaiste, ma rację notka redakcyjna:

(..) Jak często u Tiptree (a także u innych autorek amerykańskich) można w tym opowiadaniu dostrzec pewne ślady jakby zmniejszonej sympatii do męskiej połowy ludzkości. Niby nie ich wina, a jednak… Co ci Amerykanie zrobili (albo czego nie zrobili) swoim paniom, że one tak ich nie lubią?

Coś w tym jest. Jest w opowiadaniu gorzka i jakże feministyczna konstatacja, ze kobiety nie myślą o sobie “my”, że za “my” wolą brać swoje rodziny. Jest także zakończenie, logicznie wieńczące całość. To naprawdę dobre opowiadanie. Bardzo dobre. A zarazem – bardzo mi się nie podoba. Nie wiem, jak dokładnie wyjaśnić moje uczucia względem Sposobu na muchy. Jakby kto ofiarował mi milion dolarów, ale w postaci zwitków banknotów owiniętych wokół wyrwanych dziecięcych paluszków. Nie, to też nie tak – jakbym przeczytał znakomicie napisaną apoteozę gułagów i konieczności wymordowania kułaków. Chociaż to może zbyt ostro napisane. Tak czy inaczej, Tiptree pisać umiała. I jak zwykle, tak jak wspominałem przy okazji omawiania jej utworu w poprzedniej Fantastyce – jej rzeczy zawsze budziły we mnie niepokój.

Po Tiptree – poezja jakiegoś nołnejma. Za co…

Dla kontrastu z moralitetami Anglosasów – Rosjanin Władimir Szczerbakow bełkocze. Jego Odkrycie Planety to kompletna strata czasu. Rzecz bez akcji, bez zakończenia, nie wiadomo o czym. Artystowski bzdet. Okropność. Okropność. A co gorsza, znam osoby, które by tym czymś się zachwyciły i zaczęły się doszukiwać drugich znaczeń. Paskudztwo.

A teraz, zanim przeczytamy opowiadanie, obejrzyjmy sobie ilustrację i pomyślmy: o czym też może być ta Kabała Krzysztofa Kochańskiego? Mechanicznych cyckach, być może? Świecie postapo, gdzie robią sobie naszyjniki z niewypałów? (grafika Piotr Łopalewski)

Jeszcze się otrząsając z obrzydzenia po lekturze rosyjskiego opowiadania o niczym można się zabrać za Kabałę, opowiadanie polskie. Autora nie znam, chociaż już w XXI wieku popełnił dwie powieści, a wcześniej natworzył nieco opowiadań. Na lubimyczytać oceniany od lasa do Sasa, od bardzo niskiego 5.3 za jedną książkę, do bardzo wysokiego 8.0 za drugą.

Podejrzewam, że oceny Kabały mieściłyby się w równie szerokim przedziale, chociaż raczej o granicach przesuniętych oczko w dół. Pan Kochański pisze średnio na jeża. Tekst czasami kuleje i czasami powstaje pytanie, czy wystarczająco długo go redagowano. Sam pomysł – nie jest zły, ale też sprawia wrażenie niedopracowanego. Mężczyzna umie stawiać kabałę, dzięki której może ze sporym prawdopodobieństwem przewidywać przyszłość. Porywa go – to znaczy, niby zaprasza do współpracy, ale bohater nie ma za bardzo możliwości odmowy – a więc porywa go miliarder, aby pomógł w prywatnej zemście. Nasz bohater oczywiście ma uczucia dość ambiwalentne.

Ojciec bohatera także umiał stawiać kabałę i raz mu wyszło, że jego wnuk (to jest – syn bohatera) będzie wielkim człowiekiem. Przepowiednia ta ma szansę się spełnić w nieoczekiwany sposób.

Jak dla mnie opowiadanie zdradza pewien talent autora, ale równocześnie świadczy o jego pewnej niedojrzałości jako autora właśnie. Pan Kochański nie do końca panuje nad akcją i językiem. Gdybym był redaktorem czasopisma, do którego by nadeszła by Kabała, utwór bym odrzucił – ale odrzuciłbym z żalem i skrobnąłbym autorowi pewnie kilka miłych słów, zachęcających do dalszej pracy.

Ilustracja do Bariery Immunologicznej, autorstwa Piotr Łukaszewskiego. A ja się tak człowieka nachwaliłem przy okazji poprzedniego numeru.

Marek Oramus potrafi za to pisać. Żongluje słowami ze sprawnością cyrkowego sztukmistrza, wrzuca je w zgrabne zdania, wiąże w eleganckie akapity. Zawiera w nich kilka przemyśleń, kilka mniej lub bardziej szokujących pomysłów, a efektem jest Bariera Immunologiczna. Coś dość typowego dla polskiej fantastyki tego okresu, zarówno stylem, puentą, jak i tematyką. Barierę kiedyś już czytałem, ale nie mam pojęcia gdzie i kiedy – zapamiętałem z niej tylko pomysł wykorzystywania do przeszczepów narządów ludzi zahibernowanych w dwudziestym wieku, oraz że narządy te okazały się zbyt zdrowe dla ludzi przyszłości i w dziewięćdziesięciu procentach były odrzucane. Ale to tylko jeden prosty pomysł, mamy ich bowiem tutaj znacznie więcej, a wszystko na ledwo paru stronach tekstu.

Nie jest to jednak coś, co oceniłbym na osiem czy dziewięć w skali dziesięciostopniowej. To raczej taka mocna siódemka, może nawet szóstka. Kwestia gustu.

W reszcie numeru krytyka, wywiad o ekologicznym rolnictwie oraz projekt ekologicznego domu-ogrodu.

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.