Fantastyk dawnych czar – Numer 9 (36) 1985

Spis Treści (lista wszystkich zrecenzowanych Fantastyk)

Pierwsze wrażenie z tego numeru: jest grubszy. Ale to tylko złudzenie: ma sześćdziesiąt cztery strony, tyle, co zawsze. A jednak na tle i numerów poprzednich i następnych ten jest znacznie masywniejszy. Dlaczego? Wina gramatury papieru, jak sądzę. Po w miarę porządnym papierze na poprzedniej okładce, tutaj znowu mamy zgrzebną, pereelowską, szarą tekturę. Blada grafika Giuseppe Mangoniego idealnie pasuje do całości.

W środku: cztery opowiadania zagraniczne (w tym dwa czeskie, więc jaka tam zagranica…) i tylko jedno polskie. Dwa znane nazwiska: Brian Aldiss i James Tiptree, Jr. – pozostałe nazwiska nic mi nie mówią. W środku jak zwykle powieść (Babel 3805 Pierre’a Barbeta, nie czytałem i nie czytam) oraz czarnobiały komiks, Funky Koval. Zapowiedź drugiego konkursu literackiego Fantastyki, z terminem do końca 1985 roku (konkursu dość sławnego z uwagi na osobę, która zajęła w nim trzecie miejsce).

We wstępniaku Hollanek referuje kongres WSF (pisarzy i wydawców SF). W listach czytelnicy bardzo rozsądnie potępiają poezję i grafiki Witkacego.

Wyjątkowo w Fantastyce, ilustracja pasująca do treści opowiadania. Autor tak się zawstydził, że postanowił pozostać anonimowy.

Cenię Briana Aldissa za jego znakomite powieści. Cieplarnia, Non-stop, Wiosna Helikonii… Dałem tutaj wielokropek, co by sugerowało, że przeczytałem tych powieści nie wiadomo ile, ale po prawdzie, przeczytałem tylko jeszcze jedną (Zima Helikonii). Nie miałem nawet jakoś nigdy czasu, by wreszcie dokupić Lato Helikonii. Jego opowiadania, te które kojarzę, wywarły na mnie znacznie mniejsze wrażenie. Są wszystkie gładkie, zgrabnie napisane (duża zasługa tłumaczy – tutaj Arkadiusza Nakoniecznika) i nawet czasami zapadające w pamięć, a jednak… brak im polotu i rozmachu, który można wyczuć w jego powieściach (tych, które znam). 

Tak samo jest tutaj. Kamyczki mistrza Tu Fu to po trochu melancholijna przypowieść o przemijaniu, starości, a po trochu zabawa z czytelnikiem. Dlaczego na całej ziemi, na brzegu każdej rzeki, każdego morza, kamyczki są poukładane rozmiarami? Prosta odpowiedź – bo sortują je siły przyrody. Woda jedne niesie dalej, inne bliżej. Mistrzowi Tu Fu taka odpowiedź nie wystarcza. Nieco ironicznie sugeruje inną możliwość. Może istnieje jakiś byt obsesyjnie kochający sortować kamyczki? A jeżeli tak, jak ten byt oceniałby ludzkość, która co chwilę mu psuje idealnie już posortowane plaże?

 

W galerii: Piotr Łukaszewski. No, to jest grafika. Nie chodzi o cycki, wy zbereźniki; ale ogólnie, o wykonanie

Po Aldissie zaraz na stronie siódmej – galeria. A w niej młody, wówczas dwudziestojedno letni twórca, Piotr Łukaszewski. Redaktor prowadzący nie może się go nachwalić, że taki młody, a taki zdolny i faktycznie – grafiki robią wrażenie. Tworzył je profesjonalista. Aż żal, że drukowane na papierze średniej jakości. Trudno powiedzieć mi, co się później z młodym zdolnym działo, bo google większość linków wypluwa dla gitarzysty o dwa lata młodszego. Zapewne tworzył ilustracje dla wydawnictwa Prószyński i s-ka (na przykład, zobaczcie tę do Arivalda Jacka Piekary).

Wydaje mi się, że za grafiki w tym numerze pan Piotr Łukaszewski dostał w tym roku nagrodę Złotej Sepulki. Zdaje się, że tworzył też grafiki do gier (karcianych?).

Trochę podobne do prac Tima White’a, prawda? Nie dziwię się, że zalley (redaktor Zalejski) domyślał się u Łukaszewskiego inspiracji u tamtego artysty.

Nie wiem, czy Piotr Łukaszewski z Gniezna, właściciel studia Artistic Studio, to ten sam Łukaszewski, co tutaj. Pewnie nie, bo ten z Gniezna studiował na politechnice poznańskiej. A czy Piotr Łukaszewski z Poznania to właśnie ten nasz? Ale ten z Poznania urodzony w 1960, a więc w 1985 miałby lat dwadzieścia pięć, a studiował nie na ASP, a na PWSSP – nie wiem, czy to ta sama uczelnia? No, ale ile może być w Polsce Piotrów Łukaszewskich, grafików?

Kolejna ilustracja pasująca do opowiadania. Na Darwina, czyżby zaszły w redakcji jakieś zmiany?! (autor: Grzegorz Prokop)

Drugim przedstawicielem zachodniej sf, a właściwie przedstawicielką, jest James Tiptree Jr – czyli tak naprawdę, Alice Bradley Sheldon. Pani Bradley pisała pod męskim pseudonimem, by lepiej ukryć swoją tożsamość – a może także dlatego, bo mężczyźnie w tamtych czasach w SF może faktycznie było łatwiej się przebić. Pisała także potem pod żeńskim pseudonimem Raccoona Sheldon, ale dziełka sygnowane jako Raccoona przebiły się dopiero, kiedy sama siebie zarekomendowała – w sensie, że Alice Bradley napisała do wydawców, podpisując się jako Tiptree, polecając Raccoonę. Tak przynajmniej twierdzi wikipedia.

W opowiadaniach Tiptree zawsze było coś niepokojącego i dziwnego. Niektóre były przesadnie męskie, te, które czytałem, zawsze wydawały się nieco gorzkie w tonie. To tak samo. W zajawce do tekstu redakcje porównuje je do Słowo Las znaczy świat Ursuli Le Guin i tak, coś w tym jest. Są źli Ziemianie, sami mężczyźni, gwałcący i gnębiący biedny, pokojowo nastawiony lud Joilani. Ci Joilani pochodzą od dawnych kolonistów, ale zmarnieli pod brzemieniem opresji, skarłowacieli (dosłownie) i utracili wiedzę. Pozostała im tylko stara, niezłomnie pacyfistyczna wiara. I chęć ucieczki.

Opowiadanie dobre, lepsze niż Aldissa. Powiedziałbym nawet – bardzo dobre. Klasyczne SF, z zakończeniem otwartym, realistycznym nawet. Polecam. Dla samego tego opowiadania warto rzecz kupić.

Pora na braci Czechów. Na początek, ilustracja brata Czecha,Vaclava Hartmana do opowiadania Jaroslava Veisa

Anglosasi się skończyli, czas na słowiańskich pisarzy z południa. Oba opowiadania krótkie i oba nawet nie takie złe, chociaż opowiadaniom zachodnim zdecydowanie nie dorównują. Jaroslav Veis w Duplikatorze Hendersona opisuje historię wynalazku umożliwiającego każdemu spotkanie się z drogimi umarłymi. Na całe piętnaście minut. Spotkanie dosłowne: urządzenie niby tworzy dokładną kopię zmarłego na podstawie wyobrażeń osoby pragnącej spotkania. Oczywiście, za przywilej trzeba zapłacić. A komu? A podłemu kapitaliście, który zagarnął cudzy wynalazek, a teraz robi na nim kasę. Podły kapitalista nie ucieknie jednak przed własnym sumieniem i zostaje przykładnie ukarany.

Z kolei Alžběta Šerberová (nie nabijam się, ona naprawdę ma tyle daszków i apostrofów w nazwisku, zresztą – u nas też są Płączyńscy czy Żółciutcy) pisze o niemożliwej miłości. Mniej więcej pod koniec pierwszego łamu czytelnik wie to, czego bohater dowie się pod koniec opowiadania. Tytułowa woltyżerka z cyrku, pełna gracji i uroku odjeżdża w siną dal, całując na pożegnanie bohatera. Więcej nie da się powiedzieć bez psucia zakończenia. Rzecz urocza, ale pozostawiająca człowieka raczej obojętnym. Mi się podoba mniej niż Duplikator, ale sądzę, że niektóre moje koleżanki uszeregowałyby te opowiadania dokładnie odwrotnie.

Zanim przejdziemy dalej, jeszcze jedna grafika Piotra Łukaszewskiego. No Tim White jak nic, prawda?

W dziale polskim tym razem tylko jedno, za to dość długie opowiadanie. Reguła przetrwania Grzegorza Drukarczyka, debiut tego autora. Później napisał trzy powieści, z których jedna była nominowana do nagrody Zajdla.

Samo opowiadanie ocenić mi dość trudno. To znaczy: mam ochotę pastwić się nad językiem autora, słabym wyczuciem rytmu, koślawością niektórych zdań, ale z drugiej strony… Drukarczyk ma także momenty bardzo dobre. Do tego język jaki jest, taki jest, ale wkrótce przestaje człowiekowi przeszkadzać, bo świat tym językiem odmalowany jest naprawdę oryginalny. Jednym słowem, wciąga.

Grafika Jerzego Hudymy. Nawet, powiedziałbym, coś wspólnego ma z opowiadaniem. Dziw. Dziw, jak mnie ten numer rozpieszcza.

Po zastanowieniu muszę uznać, że nie ma się co czepiać monotonnego rytmu początku. Gdy już Drukarczyk się rozpędza, leci raźno. Mamy więc świat postapo, pewien fantastycznych stworów. Mamy zamieszkujących ten świat brutali, walczących o życie niemal bez przerwy. I mamy… Drugą Stronę. I właśnie istnienie tej Drugiej Strony jest czymś, co momentalnie opowiadanie wydźwiguje z pozycji “takie sobie czytadło” do poziomu “interesująca, bardzo dobra rzecz”. Nie będę zdradzał niczego więcej na temat Reguły Przetrwania, poza tym, że warto przebrnąć przez początek.

Po opowiadaniach – nudy na pudy. Nawet nie chciało mi się przeglądać. Jedna rozmowa o “SF gubiącym S”, czyli fantastyce coraz mniej naukowej warta przeczytania. Na koniec zaś numeru, na ostatniej, okładkowej stronie: banialuki. O starej mapie Orontiusa Fineausa, sporządzonej w 1531 roku i pokazującego Antarktydę. Dlaczego banialuki? Wyjaśnione tutaj (po angielsku).

Podsumowując: bardzo dobry numer. Znakomite opowiadanie pani Bradley (czyli Jamesa Tiptree Jr), świetne Drukarczyka, do tego porządna, fantastyczna galeria. Z tego zakupu jestem zadowolony nie tylko jako kolekcjoner, ale także jako fan dobrej fantastyki.

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.