Marne efekty podstępnych manipulacji wynikami wyszukiwania google’a

Kilka lat temu, gdy jeszcze byłem zadufany w sobie i przekonany, że piszę znakomicie i wystarczy wysłać wydawcom manuskrypt, a oni zaczną się zabijać o przywilej wydania, popełniłem mały błąd, którego obecnie mocno żałuję (nie, nie chodzi o vanity. Nigdy w życiu nie brałem nawet na sekundę możliwość publikowania w tym modelu). Niestety, google jest nieubłagany i o błędzie pamięta. Żal mi było zmieniać pseudonim, bo już pod nim wydałem parę rzeczy, więc zamiast tego pomyślałem, że wypchnę tamte wyniki na jakieś dalsze miejsca. Dzisiaj postanowiłem sprawdzić, czy mi się udało i co się pojawia po wpisania “Radomir Darmiła” w google’u. I kiepsko – niechciane, wstydliwe wyniki pojawiają się już na drugiej stronie.

Co więcej, wciąż są strony, które nie usunęły śladów, chociaż o to prosiłem; i inne, które zapomniałem poprosić. Na przykład, lubimyczytać.

Z drugiej strony, skoro czwartą z kolei propozycję literacką wydawcy ignorują, prawdopodobnie albo już po ptokach (jeżeli ma rację pewien kolega-literat ze swoim “wydawcy guglają potencjalnych debiutantów”), albo też naprawdę piszę na tyle słabo, że i tak to nie ma znaczenia. Chociaż nie dam rady się powstrzymać od jednej samochwalczej uwagi: czytałem ostatnio kilka debiutów wydanych w ciągu poprzednich dwóch dekad i naprawdę mam zapewne niesłuszne wrażenie, że na ich tle wypadam całkiem, całkiem, he he. No, ale zawsze mi brakowało trochę samokrytycyzmu.

Tak więc… trudno. Ślady po moim zadufaniu we własne siły i przekonaniu, że na pewno czytelnicy – gdy tylko przeczytają moje pierwsze dziełko –  rzucą się z kwiatami i  jeszcze do tego zachwyconymi recenzjami, pozostaną. Co gorsza, samo dziełko też pozostało. Jakiś wesołek wrzucił je na darmowe ebooki. A to już bardzo niedobrze, bo tamta rzecz pochodzi z czasów, zanim zacząłem się przykładać porządnie do szlifowania warsztatu.

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.