Luźne weekendowe myśli

Niedziela, zaraz mam przeprowadzić egzamin dla studentów zaocznych, póki co mam jeszcze nieco czasu. Mogę więc poskrobać trochę rzeczy na blogu. Na przykład: zbliżam się powoli do dwóch-trzecich mojej listy z wydawcami, do których wysyłam powieść. Na razie żaden się nie odezwał (oprócz jednego, który tego samego dnia odesłał uprzejmą odpowiedź, że na najbliższe dwa lata ma zapchany plan wydawniczy). Co to znaczy? Nic. Może wiadomość trafiła do spamu. Może im się nie spodobało. Oczywiste, najbardziej prawdopodobne, że jeszcze nie przeczytali. Właściwie, na razie to jedyna możliwa odpowiedź. Bądź co bądź – na poważnie zacząłem wysyłać w połowie stycznia, a większość rezerwuje sobie czas odpowiedzi na “W ciągu dwóch-trzech miesięcy”, a niektórzy nawet piszą o pół roku.

Przyszło mi właśnie na myśl, że może warto wyjaśnić, co to znaczy, że “wysyłam do wydawców w losowej kolejności”. To proste. Zapisuję emaile wydawców w pliku WYDAWCY, a potem wykonuję proste polecenie:

cat WYDAWCY | shuf > tmp; mv tmp WYDAWCY

I voila, jest lista posortowana losowo. Mam tutaj 29 pozycji, wbrew pozorom jednak sytuacja nie wygląda tak różowo. Większość pozycji to takie wydawnictwa, o których słyszałem, że szanse na dostanie się z powieścią fantastyczną “z ulicy” są minimalne”, albo które fantastykę wydają tylko od przypadku do przypadku. Ale… “minimalne” nie oznacza zerowe, więc wysyłam do nich także.

Kolejna luźna myśl dotyczy samego mojego pisania. Andrzej Pilipiuk podobno przebił się dopiero piątą czy też szóstą książkąpod własnym nazwiskiem przebił się drugą napisaną książką, ale dopiero po pięciu latach nagabywaniu wydawców, a podobno rynek wtedy był w nieco lepszym stanie, niż obecnie (chociaż znam osoby twierdzące, że rynek wydawniczy w Polsce tkwi w permanentnym kryzysie). Z drugiej strony, inny mój znajomy pisarz trafił pierwszą napisaną książką, a wydawca zadzwonił do niego dwa tygodnie po wysłaniu propozycji. Słyszałem też historię, podobno prawdziwą, że jedna pisarka wysłała debiut i nikt nie odpowiedział, ale miała znajomą, która miała znajomą w wydawnictwie: znajoma pisarki popytała znajomą znajomej pisarki i cóż się okazało? Wiadomość trafiła do spamu. Powieść koleżanki się ukazała.

Dość o pisaniu. Zaraz egzamin, więc może teraz o studentach i egzaminach. Często się zastanawiam, jak podchodzić do aparatów, którzy się nie nauczą, przychodzą na egzamin i ściągają, a kiedy ich przyłapię, potrafią się oburzać, że “X to faszysta” (w korytarzu usłyszałem kiedyś jednego przyłapanego studenta bluzgającego na mnie za to, że taki wydawałem się spoko, a nie pozwoliłem mu ściągać). Albo takich, którzy obleją, dostają ode mnie szansę na dopytkę, i na dopytce na sześć pytań nie są w stanie odpowiedzieć na żadne. Po pewnym czasie człowiek zaczyna mieć dość i zaczyna mieć ochotę po prostu nawrzeszczeć na kolejnego aparata, któremu wydaje się, że nie szkodzi, że nie umie, przecież trójeczka mu się należy.

Ech, nic to. Egzamin już za chwilę, czas zapisać luźne myśli i pójść pobawić się w “faszystę”.

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.