Fantastyk dawnych czar – Numer 6 (33) 1985

Spis Treści (lista wszystkich zrecenzowanych Fantastyk)

Omawiany numer jest kolejnym z zestawu zakupionego w styczniu poprzedniego roku (tj. 2019) na allegro. W 1985tym roku miałem dziewięć lat, więc nie za bardzo miałem możliwość zakupu nowych numerów, więc od numeru 4 (31) 1985 do roku 1987 w moich zbiorach ziała potężna dziura (i dalej zieje, mimo nabycia ponad dwudziestu fantastyk). Oznacza to, że dopiero teraz mogłem ten egzemplarz obejrzeć i przeczytać.

Na okładce Funky i Brenda, oraz muszelka z oczywistym nawiązaniem do Jeana-Michela Jarre’a (Dlaczego Jean-Michel Jarre? Bo Robin Hood. Tak, takie dowcipy były szałem u mnie w podstawówce w latach osiemdziesiątych)

Wyjątkowo w tej recenzji będzie mało zdjęć, bo nie za bardzo jest co pokazywać. Ilustracji z prawdziwego zdarzenia brak, a galeria jest po prostu okropna. To znaczy, znam osoby, które by się porozpływały z zachwytu nad sztuką pana Okołowa, ale wątpię, by dużo takich osób znalazło się wśród czytelników tego bloga.

Na wewnętrznej okładce: stare newsy o sytuacji fantastyki na świecie, między innymi o rosnącej popularności fantasy. Dalej Hollanek twierdzi, że ludzie nie zainteresowani muzyką poważną są doświadczeni pewnego rodzaju, ekhm, ekhm, kalectwem kulturalnym. Przeuroczy człowiek. Poźniej Hollanek zdumiewa się, że programy radiowe i telewizyjne (przy czym tych radiowych są, uwaga cytat, aż cztery) nadają muzykę rockową i (uwaga, znowu cytat) tzw. teledyski zamiast muzyki poważnej. Dalej bez fałszywej skromności twierdzi, że gdyby nie Fantastyka, to mnóstwo młodych, utalentowanych twórców nie mogłoby się przebić (no, coś w tym jest), oraz, stary drań, zapewnia, że wbrew żądaniom czytelników nie zrezygnuje z poezji w Fantastyce oraz z ambitniejszych tekstów krytyków literackich. Chyba zaczynam rozumieć, dlaczego koledzy ze starszego pokolenia coś do Hollanka mieli. Mimo jego zasług dla rozwoju fantastyki w Polsce.

Czytelnicy w listach chcą lepszych grafik. Jak już na pewno zgadliście, redakcja żądania przynajmniej w tym numerze za przeproszeniem olała, najwidoczniej pragnąc dalej heroicznie kształtować gusta młodych czytelników i wybawiać ich od, ekhm ekhm, kulturowego kalectwa.

W dziale prozy zagranicznej: fantastyka towarzyszy ze wschodu oraz z południa, czyli Rosjanin i Czech (Polaków potem jest paru więcej). Nim trzeci kur zapieje Wasilija Szukszyna jest, ciekawostka, opowiadaniem wydanym pośmiertnie. Rzecz ogólnie nie jest zła, tyle, że jest za długa. Podejrzewam, że mnie nie śmieszy, bo nie rozumiem odwołań do rosyjskiej literatury. Styl chyba naśladuje po części bajki – bo tak mi coś świta, że czytałem podobnie pisane rosyjskie baśnie – a po części diabli wiedzą co. Zapewne Rosjanie płakali ze śmiechu przy lekturze. Problemy z tekstem mam jednak dwa: uno, że składa się z samych dialogów, okraszonych niby dowcipnymi atrybucjami dialogowymi, i drugie uno, że za długi. Humor? Nienachalny, jak uroda córki Baby Jagi z opowiadania. Przykład? Patrzcie na cytacik.

Przemoc: to jak ci dadzą po ryju

(przykład rosyjskiej mądrości ludowej wygłaszanej przez Głupiego Iwana.)


Samo opowiadanie jest o tym, jak postacie z rosyjskiej literatury zaraz po wyjściu bibliotekarki zebrały się i uradziły, że głupi Iwan jest głupi i śmierdzą mu onuce, więc musi pójść do Mędrca po zaświadczenie, że głupi nie jest. No i Iwan idzie. Zaczepia Babę Jagę, smoka Gorynycza, spotyka niedźwiedzia ćmiącego papierosy i diabły próbujące się dostać do klasztoru. Przy okazji śpiewa i tańczy. Plus, oczywiście, co drugi tekst wygłasza z wspomnianą wyżej dowcipną atrybucją dialogową. Przykład? Wot i przykład:

– (…) Może spróbujesz?

– Nie – Iwan zdecydowanie odciął się od tej propozycji.- Już próbowałem. Wódka jest gorzka.

No i taki humor jest przez całe opowiadanie. Prosty, rosyjski, ludowy humor. Można znieść w małych dawkach, ale w większych ilościach trochę zatyka. Do tego opowiadanie bez puenty. Taki reportaż z heheszkami po drodze. Jak napisałem wcześniej: no nie, złe nie jest.

Ale wolałbym jednak coś lepszego

Albo, żeby przynajmniej krótszego.

A tutaj macie galerię. I nie narzekać mi tu, że obrazki w niskiej rozdzielczości i nic nie widać. W powiększeniu też nic nie widać.

Po fantastyce rosyjskiej, czas na fantastykę czeską, czyli Szmaticzka na paticzku..a nie, przepraszam, Výprava, která propadla czyli Wyprawa, która nie zakończyła się sukcesem. Autor: Zdeněk Volný. Czyli, po samym imieniu i znáczkach na litěrkach widać, Czech pełną gębą. Do tego – opowiadanie krótkie, co sprawdziłem zanim zacząłem, bo po kolubrynie Wasilija nie miałem ochoty znowu się męczyć z czymś równie długim i nie daj Boże równie dowcipnym.

Pierwsza rzecz: tłumaczka trochę się nie przełożyła. Zacznijmy od cytatu:

Oni też o tym wiedzieli i choć nie przyznawali tego głośno, czuli się z tego dumni

Taaak. Ja bym to poprawił.

Samo opowiadanie – niby humoreska. Przylatują ultrazaawansowani obcy na Ziemię, lądują na drodze i… nie, nic ich nie rozjeżdża. Obcy analizują atmosferę (ołów, tlenki siarki), dłubią się w błocie i w końcu dochodzą do wniosku, że Ziemia to jednak zaawansowana cywilizacja i to całe bagno, to był test na inteligencję. Smutni Obcy dochodzą do wniosku, że test oblali i odlatują. Koniec. Ha, ha, zaśmiałem się dyskretnie. A, pardon: miało być há, há oraz chě, chě.

Dalej: powieść we wkładce, część pierwsza. Harry Harrison to pewna marka, ale nie chciało mi się zaczynać. Kiepsko się czyta powieść w wkładce, a wypinać i niszczyć numer nie chcę.

Jasny punkt numeru: Funky Koval. Pierwszy raz widziałem w kolorze. Ech, jak to się człowiek podniecał, widząc Brendę w kusej koszulce nocnej, he, he.

Zwykle w recenzowanych przeze mnie Fantastykach dział prozy polskiej reprezentuje gorszy, a bywało, że i dużo gorszy poziom niż poprzedzający go dział z opowiadaniami autorów zagranicznych. Tym razem bracia Słowianie ustawili poprzeczkę wyjątkowo nisko… ale Zbigniewowi Pietrzykowskiemu i jego Złudzeniu i tak się nie udało jej przeskoczyć. Opowiadanie z kiepskim zakończeniem, napisane ledwo poprawnie – eksploatujący jeden pomysł, ale nie potrafiące na nim ujechać zbyt daleko. Piotr jedzie do kolegi, który podłącza go do maszyny. Piotr się budzi i łazi, chociaż tak naprawdę to wszystko tylko symulacja. Nie wie, czy naprawdę to symulacja, czy też nie i chce się obudzić (“istnieć naprawdę”). Kolega go budzi. Koniec. Uff.

Pietrzykowski napisał także cztery inne opowiadania, które trafiły do Spotkań w przestworzach (Antologii Młodych). To tutaj jest dramatycznie słabe.

Kolejne opowiadanie to Gra Adama Synowca. Napisana gorzej, bardzo chropowatym i niedoszlifowanym stylem, językiem niezgrabnym, widać, że autor nie opanował porządnie warsztatu. A jednak rzecz ciekawsza niż Złudzenie. Prosty pomysł, w sam raz na kilka paragrafów, długie akurat tyle, ile trzeba. Do tego niebanalne zakończenie. Owszem, pomysł nie nowy – trep gra na komputerze nie wiedząc, że w rzeczywistości walczy z inwazją obcych – ale nie jestem pewny, czy można to zarzucić Synowcowi. Scena w której wpadają oficerowi gratulując bohaterowi zwycięstwo jest jak żywcem wyjęta z Gry Endera, ale Gra Endera ukazała się właśnie w 1985 roku. Opowiadanie owszem, było w 1977, ale czy pan Synowiec mógł mieć szansę, w zgrzebnym PRLu, na jego przeczytanie? Tak więc podobieństwa jestem skłonny złożyć na przypadek. Gdyby rzecz napisał teraz, napisałbym o plagiacie. Ale napisał w 1985 roku, przypominam.

Pan Synowiec wciąż jeszcze pisuje opowiadania (ostatnia jego rzecz wg lubimyczytac pochodzi z 2017 roku), ale nie jestem pewien, czy coś czytałem. Most, o harageńskiej autostradzie, chyba tak i chyba mi się bardzo podobał – o ile to była to, o czym myślę.

Najlepszą rzeczą części polskiej jest Ciśnienie Ziemkiewicza, ale dużo to nie znaczy. Widać, że Ziemkiewicz był tutaj jeszcze młody i niedojrzały. Opowiadanie jest, jak to u Ziemkiewicza, o wkurzonej jednostce nie chcącej się pogodzić z niesprawiedliwym światem. Świat reprezentują tutaj naćpani mechanicy na obcej planecie, gotowi przehandlować pół bazy w zamian za dostęp do narkotyków i tubylczych panienek. Zupełnie nie jak u Ziemkiewicza, opowiadanie jest zakończone umiarkowanie optymistycznie, chociaż – autor nie mógł odmówić sobie na koniec odrobiny gorzkiej refleksji. Ćpają wszyscy, i ci źli, i ci niby dobrzy, a idealista-bohater ma do wyboru tylko, którą z naćpanych stron wybrać (czyli dorosnąć). Inaczej zginie.

Chociaż warsztatowo, językowo i w warstwie koncepcyjnej Ciśnienie stoi wyżej od reszty działu z prozą polską, i chociaż trudno coś zarzucić stylowi autora, czuć jednak pewien niedosyt. To jednak nie jest jeszcze RAZ z Wybrańców Bogów ani z późniejszych opowiadań. To jeszcze jest młody, obiecujący debiutant, któremu zdarzają się rzeczy słabsze – bo nie da się ukryć, że na tle innych utworów autora Ciśnienie jest rzeczą zdecydowanie słabszą.

W części publicystycznej: recenzje, słownik polskich autorów fantastyki, Pożółkłe kartki (tj. fragmenty starych utworów fantastycznych),oraz przenudny esej o utopii (nie chciało mi się zmęczyć do końca). Potem nieco o futurologii – gdzie najciekawsze było przytoczenie zabawnej przepowiedni z roku 1909, że samoloty nie nadają się i nigdy nie będą się nadawać do zastosowań wojennych, bo jak tu z samolotu trafić w coś bombą. Dalej artykuł o nurcie katastroficznym w kinie SF. I tyle.

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.