Podświadome inspiracje, albo wszystko już było.

Całkiem niedawno na czacie na moim ulubionym forum literackim kolega-pisarz stwierdził, że brakuje mu pomysłów na jedną scenę. Akurat byłem w nastroju do żartów, więc zaproponowałem, by wprowadził postać dowódcy-ekshibicjonisty. Dowódca, poważany komandor okrętu kosmicznego, normalnie zachowywałby się przyzwoicie, ale w chwilach stresu (na przykład w gorączce bitwy) rozbierałby się powoli do rosołu, a załoga starałaby się to ignorować. Odpowiedź kolegi: ale to przecież zerżnięte z Gwiezdnego Pyłu!

Prawda, tam był kapitan zwykłego statku, który zwyczajnie lubił się od czasu do czasu przebierać w kobiece fatałaszki. Czyli inaczej. Ale jednak podobnie. A w takim razie, czy taka scena – z komandorem reagującym striptizem na stres – byłaby czymś nowym, czy też zwykłym przeniesieniem, a nawet zerżnięciem sceny z Gwiezdnego Pyłu?!

A teraz rzecz lepsza. Ja książkę Gaimana czytałem i film oglądałem również, ale… akurat tę scenę całkowicie zapomniałem! W pierwszej chwili nie wiedziałem, o co koledze chodzi. Jaki kapitan, jakie przebieranki?!

Kolejna rzecz. W mojej najnowszej powieści (tej, którą powoli wysyłam teraz do wydawnictw) jest scena, w której jeden z bohaterów, zamiast bawić się w zagadki, ścina łeb potworowi. Sądziłem, że wymyślam coś nowego. Ale… niedawno, przeglądając stare komiksy, trafiłem na numer Komiks-fantastyki, w którym jeden rycerz, któremu potwór proponuje grę  w zagadki, zamiast przystąpić do gry wyciąga spluwę i potwora odstrzeliwuje. I znowu – z pewnością rzecz czytałem i zapewniam was – kompletnie ją zapomniałem!

Pozostaje pytanie dość niepokojące: ile razy, kiedy wymyślam coś nowego i jestem swoim pomysłem zachwycony, tak naprawdę sięgam do wspomnień zagrzebanych gdzieś w podświadomości?

Inna rzecz, że oglądając filmy albo czytając cudze książki, bardzo często napotykam na podobne rzeczy. Weźmy Pratchetta i jego Warstwy Wszechświata. Toż dzieło wyraźnie zainspirowane Pierścieniem Larry Nivena!  Z drugiej strony – kilka razy żartowałem na blogu na temat PSTzMCz (Przyjaznego Spisku Telepatów z Maszyną Czasu). Gdy wyjaśniam ludziom o co chodzi, bardzo często kiwają głową, że mieli podobne wrażenia. Że wpadli na coś błyskotliwego i się okazuje, że ktoś wpadł na dokładnie ten sam pomysł lata wcześniej. Może po prostu naprawdę wszystko już było, i jedyne, co można, to próbować tylko miksować i sklejać cudze pomysły? Albo wymyślać swoje nie przejmując się, że ktoś na coś takiego mógł wpaść już wcześniej?

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.