Dzisiaj skończyłem pierwszą wersję powieści fantasy zamierzonej oryginalnie dla młodzieży 😀 Czy faktycznie dla młodzieży, wyjdzie w praniu (czy też czytaniu przez betaczytelników) – wyszło mi bowiem coś zdecydowanie znacznie mroczniejszego, niż zamierzałem. Na razie mam niemal trzysta siedemdziesiąt tysięcy znaków. To trochę mało jak na powieść w dzisiejszych czasach; drzewiej książka miała tyle i było to normalne, a nawet wręcz oczekiwane, a dzisiaj czytelnik ponoć kręci nosem, że mało. Trochę zrozumiałe (grubsze książki nie są znacząco droższe od chudych). Ja osobiście nie znoszę ciężkich cegieł i wolę opowieści krótkie, zwarte i mieszczące się tak do trzystu stron. Trudno jednak obrażać się na rynek i standard, według którego zbyt krótka książka nie znajdzie nabywców.

Na szczęście, książki zawsze mi puchną podczas edycji. Czasami aż się prosi, by dopisać gdzieś opis, albo upłynnić scenę, albo dołożyć jakąś informację. Zwykle taka podstawowa redakcja dokłada, w moim przypadku, od trzydziestu tysięcy znaków w górę i nie jest to wodolejstwo, tylko niezbędne zmiany dla poprawy jakości książki. Jestem więc dobrej myśli.

Oczywiście, od pierwszej wersji do postaci finalnej długa droga. Różni ludzie różni pracują, ale w moim przypadku potrzebne będzie co najmniej kilka heblowań, zanim powstanie coś nadającego się do pokazania wydawnictwom.

Z innych wieści – NIC SIĘ NIE DZIEJE. Dochodzą do mnie różne plotki każące patrzeć pesymistycznie na pewne sprawy, ale plotki plotkami, a nadzieję mieć trzeba.

Najlepiej pisze mi się we własnym domu, otoczonym polami i cichymi, ultra-sympatycznymi sąsiadami. Wkoło błogi spokój, gdzieś tam bryknie sobie jakiś traktor (a niby miasto!). Żadnej imprezy, żadnych hałasów idących po rurach dwa piętra z dołu bloku. Idealna atmosfera do pisania.

Efekt dość pokaźny. Moje fantasy teoretycznie dla młodych dorosłych urosło już do dwustu dziewięćdziesięciu tysięcy znaków, z tym, że chyba to jednak nie będzie dla młodych dorosłych. Na razie jest to surowizna, raczej nie do pokazywania. Część materiału to zapychacze. Jestem z tych, co muszą pisać po kolei, inaczej tracę wątki; rada, by pisać te sceny, które się chce, a do reszty wracać później, u mnie działa tylko w utworach do trzydziestu stron. Te zapychacze to właśnie efekt. Coś, co z góry wiem, że potem będę pewnie musiał napisać od nowa, ale na razie jest – żebym mógł pójść z akcją do przodu.

Continue reading “Żwawo do przodu, czyli rozkosze cichej soboty.”

Dawno, dawno temu, w trakcie jednej z rozmów ze znajomymi i krewnymi królika pojawiło się pojęcie, które mnie mocno zaintrygowało. Young Adult oraz New Adult. Czyli, odpowiednio, literatura dla młodych dorosłych, takich od dwunastego do osiemnastego roku życia; oraz literatura kierowana do osób od osiemnastego do trzydziestego roku życia. Dawniej to pierwsze nazywało się po prostu literaturą młodzieżową, no ale nazwy angielskie są bardziej trendy oraz sugerują, że jest to coś absolutnie nowego, niespotykanego i tak dalej – a wiadomo, że jak coś nowe, to lepiej się sprzedaje. Być może także dzięki takiemu rozróżnieniu unika się skojarzeń z Tomkiem na tropach Yeti, Gdzie Twój dom Telemachu i innymi Bahdajami, Niziurskimi i tak dalej.

Continue reading “Co to jest u licha Young Adult?”

Szykuje się kolejna długa przerwa na blogu. Nie chodzi o to, że brakuje mi tematów do pisania. O nie! Chętnie bym pisał o całym mnóstwie rzeczy, ale żadna z nich nie pasuje do blogu, bądź co bądź, literackiego. Tymczasem więc powolutku pracuję nad kolejnym projektem (tym razem fantasy w założeniu dla nieco młodszych czytelników, nie wiem, czy założenie uda się utrzymać).

Aby jednak coś się działo, wstawiam kolejny zbiór odnośników.

Na początek filmik o tym, jak należy się posługiwać poprawnie mieczem świetlnym.

Continue reading “Linkownia czterdziesta piąta”