Linkownia czterdziesta czwarta

Zaczniemy od wiedźmina, bo wiedźmin zawsze na topie. Poniżej filmik “Ziarno Prawdy” z użyciem animacji poklatkowej i klocków lego. Szacun dla twórców.

Dawno, dawno temu , gdy ludzie w ogóle dyskutowali o nagrodach Nobla i kto na nie zasłużył, przywoływali nazwiska niedocenionych naukowców. Obecnie najważniejsze staje się, co naukowiec ma w spodniach, ewentualnie jaki ma kolor skóry. Nie wierzycie? No to przeczytajcie, jakie pytania zadaje reporter sekretarzowi Szwedzkiej Królewskiej Akademii Nauk. Jakie działania podejmujecie, by więcej kobiet dostawało Nobla? Wiadomo przecież, że “systemiczny” seksizm i rasizm powstrzymują kobiety i mniejszości od kariery w nauce. No więc, kiedy wreszcie zaczniecie dawać im więcej Nobli? I tak dalej, i tak dalej. Ani jednego pytania, rozumiecie, ANI JEDNEGO PYTANIA nie związanego ze zwiększaniem różnorodności. Reporterkę nie interesowało, za co nagrodzono laureatów, dlaczego akademia akurat ich odkrycia czy osiągnięcia uznała za przełomowe. Nie. Cały czas wierciła dziurę w brzuchu, bez mała domagając się parytetów w Noblach! Że co, że nieprawda, że nic o parytetach nie mówiła? Bzdura. Jak inaczej zinterpretować fakt, że tak ją poruszyło, że jest za dużo mężczyzn-noblistów? Kiedy przestanie być ich za dużo?

Zwróćcie uwagę jeszcze, że to nie był wywiad dla Wysokich obcasów, tylko dla Nature, czyli czasopisma naukowego i to z ustaloną renomą. Przecież tę reporterkę w normalnych czasach powinno się wykopać szybciej niż prędzej.

Ech, mniejsza o Noble. Scott Alexander pisze o skandalach seksualnych związanych z… buddyjskimi guru. Buddyjscy guru osiągają Oświecenie, wyzwalają się z pokus i więzów narzucanych przez ten świat, dzięki czemu mogą już spokojnie, bez poczucia winy, latać za babami. Podoba mi się ten cytat (tłumaczenie nieautoryzowane i luźno oddające tylko sens):

Niedawno miałem okazję porozmawiać o tej sprawie z doświadczonym praktykującym buddystą, takim twierdzącym, że doznał oświecenia. Powiedział, że w jego tradycji [w buddyzmie jest wiele różnych “tradycji”, przyp. mój] jest przyjęte, że medytacja “usuwa społeczne warunkowania”. W teorii, kiedy pozbędziesz się wszelkich społecznych uwarunkowań, Wewnętrzne Światło Współczucia świeci przez Ciebie i zachowujesz się z prawdziwą życzliwością [wobec świata]. Ale w praktyce Wewnętrzne Światło Współczucia czasami robi sobie wolne i wówczas po prostu zostajesz bez jakichkolwiek wartości. I nic złego się nie dzieje, jeżeli siedzisz w klasztorze jak większość zaawansowanych medytujących w ciągu większości historii, ale niekoniecznie to musi działać, jeżeli łazisz po prawdziwym świecie z wszystkimi jego pokusami.

Z blogu Scotta Alexandra jeszcze zapisałem sobie odnośnik pokazujący, że “efekt widza” był źle interpretowany.  To znaczy, efekt interpretowano błędnie tak, że kiedy jesteś ofiarą i otacza ciebie tłum, masz mniejsze szanse na pomoc, niż gdy jest koło ciebie tylko jedna osoba. Nieprawda. Szanse masz takie same: wprawdzie w tłumie każdy z osobna jest mniej skłonny do pomocy (a więc w tym sensie “efekt widza” jest prawdziwy), ale równoważy to fakt, że w tłumie, z definicji, jest więcej ludzi, więc ostatecznie wychodzi na to samo.

Od dawna sądzę, że nasza przyszłość to nie ograniczanie emisji dwutlenku węgla, ale albo geoinżynieria, albo rozwój technologii pochłaniających CO2 z atmosfery. No i na szczęście są firmy, którzy odpowiednie technologie rozwijają.

Jeszcze o ociepleniu klimatu: aby ograniczyć emisję dwutlenku węgla, budujemy elektrownie wiatrowe. W elektrowniach wiatrowych (ale nie tylko w nich) wykorzystuje się gaz SF6 do izolowania instalacji elektrycznych – gaz ten jest niepalny, dzięki czemu zapobiega wypadkom i pożarom. Tyle, że instalacje bywają nieszczelne i gaz ucieka do atmosfery. A to już bardzo niedobrze, bo ten gaz jest 23.500 razy bardziej… hm… nie wiem, jak to napisać. Bardziej skuteczny? Bardziej potężny? W każdym razie, 23.500 razy bardziej kontrybuuje do globalnego ocieplenia niż dwutlenek węgla. Jeden kilogram tego gazu w atmosferze daje taki sam efekt, jak podróż dwudziestu czterech ludzi z Londynu do Nowego Jorku.

W dyskusji jeden Grek zalinkował mi artykuł podważający mit, że Bizantyjczycy nic nie wynaleźli i że w ich imperium panowała stagnacja. Bzdura! Jeden z przykładów zaawansowanej techniki z ich czasów zwłaszcza wywarł na mnie gigantyczne wrażenie. Otóż jakiś facet, prawdopodobnie Arab, wdrapał się na wieżę i twierdził, że poszybuje na wietrze. Ludzie zachęcali go, by skoczył, on cały czas sprawdzał, czy wiatr jest dobry, wreszcie skoczył i poleciał… na łeb, na szyję prosto w dół. Trup na miejscu. Postęp!

I jeszcze więcej postępu, ale teraz współczesnego. Na stackexchange właśnie ustalono, że człowiek może otrzymać bana, jeżeli odmówi używania nowych/wymyślonych zaimków typu “xe/ze”, “xir/zir” i będzie trzymał się starodawnych “he/she”.

Teraz coś, co odkryła moja córka. Magenta nie istnieje! Co to jest magenta, zapytacie? To znaczy, zapytacie, jeżeli jesteście facetem i nie zajmujecie się grafiką, bo kobiety i graficy wiedzą. No więc magenta to taki kolor. Ale jak to, nie istnieje, jeżeli go widzimy? Otóż mamy w oczach światłoczułe komórki reagujące na różne długości fal, ale nie na wszystkie możliwe długości fal. Gdy te komórki są drażnione, wysyłane jest do mózgu sygnał. Mózg interpretuje dane i na przykład, jeżeli równocześnie otrzyma informację, że od danego obiektu dotarły do nas fale “czerwone” i “zielone”, to mózg wylicza sobie średnią z długości fal i tak powstaje kolor “żółty”, który na spektrum kolorów jest w połowie między czerwonym, a zielonym. A kiedy przychodzi, na przykład, równocześnie czerwony i fioletowy? Gdyby postępował jak zwykle, to w środku między czerwonym i fioletowym jest zieleń. No, ale w dżungli zielone to są roślinki, a taki obiekt ni to czerwony, ni to fioletowy niekoniecznie jest roślinką. Mózg więc, zamiast postępować jak zwykle i uśredniać kolory, wynajduje zupełnie nowy kolor, któremu nie odpowiada żadna długość fali świetlnej (serio? serio? No niby serio, tak twierdzi artykuł), czyli magentę! I wtedy już wiesz, że między liśćmi coś jest, coś zdecydowanie nie zielonego.

Teraz coś za pośrednictwem blogów. Najpierw dzięki vaviperowi: krążyła historia o Eskimosie (pardon, Inuicie), który na śnieżnym pustkowiu nie miał noża, nie miał też z czego zrobić narzędzi (śnieg niezbyt się nadaje), więc – potrzeba matką wynalazków – wysr* się i z własnego kału uformował nóż, zamroził, wypolerował, naostrzył i zabił karibu. Naukowcy sprawdzili. Ochotnik na odpowiedniej diecie dostarczył materiału, materiał następnie poddano obróbce i po kilku próbach okazało się, że na nóż materiał się nadaje średnio, niezależnie od diety dany materiał produkującej. Jednym słowem, nieważne, co będziesz jadł, z g* bicza nie ukręcisz, tfu, noża nie ulepisz.

W USA jeden z najstarszych systemów używanych przez lotnictwo wojskowe przeszedł właśnie poważne zmiany: zrezygnowano w nim z dyskietek. System jest bezpieczny, nie da się do niego włamać… bo pochodzi z ery Disco i za cholerę nikt nie wie, jak działa, za wyjątkiem grupki specjalistów.

Ciekawostka: jeżeli ludziom przedstawić dowody, że kobiety są lepsze od mężczyzn, uwierzą, bo to nauka. Ale jeżeli weźmie się te same dowody i zamieni tak, by prowadziły do wniosków wprost przeciwnych (to jest, że mężczyźni są lepsi od kobiet) – wtedy ludzie w naukę jakoś nie wierzą. Naukowcy pokazywali badanym studium (nieprawdziwe, stworzone na potrzeby badania) pokazujące na przykład, że mężczyźni lepiej rysują – albo, że kobiety lepiej rysują. Albo, że mężczyźni więcej kłamią. I tak dalej, i tak dalej… Gdy studium pokazywało mężczyzn w lepszym świetle, uczestnicy badania oceniali studium jako seksistowskie, niewiarygodne, szkodliwe – przy czym, im bardziej badana osoba wierzyła, że kobiety są dyskryminowane, tym gorzej oceniała studium pokazujące wyższość mężczyzn, i tym lepiej oceniała studia pokazujące wyższość kobiet.

A teraz kliknijcie na odnośnik i zastanówcie się, kogo facet głaszcze na krótkim, zalinkowanym filmiku. Wydawałoby się, że nie da się pomylić, a jednak ponoć jest bardzo wielu ludzi, którzy ulegają iluzji.

Uff, dużo już tych odnośników, ale zostało jeszcze parę. Na przykład o roli oślego łajna w archeologii. Dzięki analizie pozostałości oślego łajna sprzed tysięcy lat archeolodzy byli w stanie pokazać, że pozostałości starożytnej kopalni w Izraelu pochodzą nie z epoki brązu 1200-1300 lat przed naszą erą, ale raczej z czasów nieco wcześniejszych, 1000 lat przed naszą erą. Oznacza to, że mogły to być kopalnie z czasów króla Salomona. Co więcej, analiza łajna wykazała, że osły pasły się na roślinach ponad sto mil dalej na północ, dalej potwierdzając, że kopalnie produkowały miedź dla kogoś potężnego z północy… czyli być może króla Salomona.

Kto w starożytnej Grecji dziedziczył tron po zmarłym królu? Może to wydawać się zaskakujące, ale nie syn. W legendach z okresu “heroicznego”, czyli czasów Illiady i Odysei, tron przechodzi zawsze do męża córki poprzedniego króla – ewentualnie z żoną poprzedniego króla, tu przykładem jest oczywiście Edyp (poślubił Jokastę) – nikt nie wiedział wtedy, że jest synem króla i żeni się z własną matką. Rządzili oczywiście mężczyźni, ale prawo do rządzenia szło w linii żeńskiej.

W morzu w pobliżu Balearów (Hiszpania) odkryto dobrze zachowany wrak z czasów starożytnego Rzymu, a w nim 93 amfory z… z czymś. Zapewne winem i olejem z oliwek. W artykule ładny filmik pokazujący wrak.

Już pisałem na blogu o zagrożeniu stereotypem (a może nie pisałem? Nie chce mi się sprawdzać) i o tym, że w niego nie wierzę i że wygląda na to, że efekt ten nie istnieje w prawdziwym życiu. No i masz, kolejna metaanaliza i chyba już ostatni gwóźdź do trumny. Po pierwsze, analiza wykryła bias publikacyjny. Po drugie, najsilniejsze efekty wykazywały studia z najmniej realistycznymi założeniami, im bardziej eksperyment zbliżał się do prawdziwego świata (czyli, na przykład, gdy uczestnicy eksperymentu mieli motywację, by zadania wypełniać) – tym bardziej rozmiar efektu zagrożenia stereotypem zbliżał się do zera. Wystarczy zapłacić uczestnikom za dobre wyniki i już efekt znika.

Na koniec staroć: w Chinach kupa ludzi chwali się pochodzeniem od Konfucjusza, siedzą, dłubią w genealogiach, jakiś dokumentach, uspójniają dane, rewidują drzewa genealogiczne… ale nie chcą używać genetyki. Dziwacy jacyś. No, coś może się zmieniło, artykuł z 2008 roku.

 

 

 

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.