Ile jest nielegalnych aborcji w Polsce, czyli szacowanie rozmiarów podziemia aborcyjnego

Tematem tego artykułu będą aborcje. Temat kontrowersyjny, chociaż zdawałoby się przecież, że w operowaniu liczbami i gromadzeniu danych nie powinno być nic wzbudzającego emocje – wszak mało kto dostaje piany na ustach dyskutując o pogłowiu rybek akwariowych w Polsce. Łatwo kogoś urazić, łatwo w emocjach powiedzieć coś głupiego – albo nawet napisać coś bez zastanowienia, co umowna “druga strona” z miejsca zinterpretuje jako potwierdzenie, że jesteś faszystą albo bolszewikiem, do wyboru.

Dlatego też zanim przejdę do sedna, postanowiłem najpierw się usprawiedliwić: dlaczego w ogóle biorę się za ten temat? Niecierpliwych, oczekujących na szybką i jednoznaczną odpowiedź, muszę rozczarować. Nie mam pojęcia, ile jest nielegalnych aborcji w Polsce. Co więcej, jestem przekonany, że nikt tego nie wie i nikt obecnie nie jest w stanie w sposób wiarygodny i niepodważalny podać szacunki inne niż “od sześciu do dwustu tysięcy”.

Zaczniemy więc od motywacji za wpisem, potem zastanowimy się, co może wpływać na liczbę ciąży i liczbę aborcji; następnie przejrzymy dostępne dane i rozważymy, czy można by wykorzystać jeszcze jakieś dodatkowe informacje. Na koniec zaś spróbujemy dokonać szacunków, korzystając z różnych założeń.

1. Motywacja

Długo się wahałem, czy zabrać się za ten wpis. Po pierwsze, mam zamiar zarabiać sprzedając książki – to znaczy, że chcę być oceniany na podstawie tego, jak piszę, a nie na podstawie moich poglądów politycznych. Nie chcę zrażać do siebie czytelników ani z lewej, ani z prawej strony, a tego rodzaju kawałki zawsze niosą ze sobą ryzyko, że ktoś coś źle zrozumie, ktoś coś sobie dopowie i człowiek ma potem przypiętą łatkę ekstremisty.

Po drugie, nie jestem fachowcem. Jeżeli chodzi o dane, jestem zdany na wujaszka Google’a, a przy ich interpretacji mogę tylko opierać się tylko o własny zdrowy rozsądek, co oznacza ryzyko, że palnę jakąś głupotę – że napiszę coś, co dla każdego specjalisty z dziedziny będzie oczywistym idiotyzmem. Dalej, można na sieci znaleźć różnego rodzaju analizy, a jedyną ich wadą jest pewna jednostronność – rozumiem przez to używanie danych do próby przeforsowania takiej czy innej wizji sytuacji kobiet w Polsce.

Z drugiej jednak strony, ja lubię liczby, lubię statystyki, a od czasu do czasu lubię wyrobić sobie prywatne zdanie na jakiś temat. Pisanie artykułów takich jak ten pozwala mi uporządkować myśli, daje pretekst do zgromadzenia jakichś danych i próby ich przeanalizowania. Alternatywą byłoby albo zdanie się na jednozdaniowe wypowiedzi fachowców i wzięcie ich na wiarę, albo wdanie się w internetowe dyskusje, które wcześniej czy później przeradzają się w wymianę uprzejmości typu “ty prawicowy ch*u”.

Umówmy się więc, że potraktujecie ten wpis jako zapis mojego rozumowania. Nie chcę was przekonywać, że mam rację. Chcę, byście przeczytali i sami wyrobili sobie zdanie: czy łatwo oszacować liczbę aborcji? Czy można bezkrytycznie przyjmować dane podawane przez różnego rodzaju organizacje? Oprócz tego możecie oczywiście skomentować sensowność niektórych moich argumentów, wiarygodność danych i tak dalej. Pamiętajcie, że to nie jest wpis fachowca i że powstał dla mnie; to nie jest artykuł naukowy, nie podchodziłem do tego w ten sposób; zainwestowałem tyle czasu w znalezienie danych, ile można rozsądnie oczekiwać od kogoś, kto chce – mając takie możliwości jak ja – zweryfikować czytane na sieci informacje.

I na koniec, Disclaimer.

Absolutnie nie wolno, nie należy, zabraniam interpretować tego wpisu jako popierające jakiekolwiek stanowisko w dyskusji na temat legalności aborcji. Protestuję. Tylko i wyłącznie interesują mnie liczby i gołe dane.

Mam nadzieję, że nie jest w naszej Polsce aż tak z nami źle, by człowiek był atakowany za to, że próbuje samodzielnie na podstawie dostępnych informacji oszacować jakieś dane.

2. Co może wpływać na liczbę aborcji?

Ponieważ nie mamy danych oficjalnych, musimy ekstrapolować z cząstkowych informacji. Zastanówmy się więc, co może wpłynąć na nasze szacunki; jakie czynniki teoretycznie mogłyby obniżać, a jakie mogłyby podwyższać liczbę aborcji. Wszystkie te rozważania są takie “na chłopski rozum”, nie podparte niczym innym poza moim czujem. Po kolei zajmiemy się wpływem edukacji seksualnej, dostępnością i jakością antykoncepcji, presją środowiskową (czyli opiniami na temat aborcji i ich teoretycznym wpływem na decyzję kobiet), prawem, dostępnością samej aborcji, a na koniec dodamy kilka słów o inteligencji.

Po co to robimy? Otóż mamy dane na temat liczby aborcji z lat powiedzmy osiemdziesiątych. Interesuje nas więc, czy można na podstawie tych danych wysnuć jakieś wnioski na temat liczby aborcji obecnie. Na przykład, jeżeli aborcja jest mniej dostępna teraz, niż w latach osiemdziesiątych, to aborcji będzie teraz mniej, prawda?

2.1 Edukacja seksualna

Osobiście wątpię w stuprocentową skuteczność jakiejkolwiek edukacji (w sensie, że nie ma co wierzyć w naukę w szkole jako magiczną recepturę na wszystko, a nie, że nie ma sensu w ogóle). Niektórych po prostu nie da się wyedukować, koniec, kropka. Ponadto, w dzisiejszych czasach – z telewizją, internetem, książkami – to nie jest przecież tak, że bez edukacji w szkole biedne dzieci niczego się nie dowiedzą. To już naprawdę nie są czasy, gdy źródłem wiedzy był ksiądz, stara ciocia i przemycana z Zachodu bibuła. Owszem, jest jakaś podgrupa dzieci wykluczonych, ale przecież nie aż tak wiele, by mogło to znacząco wpłynąć na statystyki dotyczące całej populacji.

Niemniej jakiś wpływ edukacja szkolna na pewno ma. Ale jaki?

Po pierwsze, dzięki edukacji osoby chcące uprawiać seks otrzymują informacje na temat różnych środków antykoncepcyjnych, ich skuteczności oraz metod użycia. Dzięki temu powinna spaść liczba ciąż niechcianych – teoretycznie przynajmniej. Dzięki temu z kolei powinna spaść liczba aborcji – w końcu chcianych ciąż nikt nie usuwa, prawda? Oczywiście nie ma prostego przełożenia “mniej ciąży niechcianych” – “mniej aborcji”, ale z drugiej strony jakiś wpływ to mieć musi, prawda?

Po drugie, z drugiej strony edukacja seksualna może wywołać u ludzi błędne poczucie, że wszystko już wiedzą, przez co mogą stać się mniej ostrożni – to jedno wiedzieć, że prezerwatywa może nie zabezpieczyć w stu procentach, a inne to zrozumieć. To jak w przypadku palenia papierosów: niby ludzie wiedzą, że papierosy mogą spowodować raka płuc, ale jakoś większość sądzi, że to się przydarza innym, a oni akurat będą mieli szczęście. Ludzie są kiepscy, jeżeli chodzi o rozumienie statystyk i szacowanie ryzyka na podstawie suchych liczb. Oznaczałoby to więcej ciąży niechcianych, a więc więcej aborcji.

Po trzecie, edukacja – poprzez pokazywanie zagrożeń i konsekwencji związanych z seksem – może powodować u ludzi większą ostrożność. To znaczy, ludzie, gdy usłyszą o chorobach wenerycznych i tak dalej, mogą albo uprawiać seks rzadziej, unikać przygodnych partnerów oraz mogą próbować się zabezpieczać. Czyli… mniej ciąży niechcianych, a więc… Do diabła. Zaczynamy chyba gonić w piętkę, nie?

Po czwarte – to wszystko powyżej może być bujdą. No wiecie, że edukacja to ściema i takie tam. Wystarczy spojrzeć na naszą ukochaną panią byłą premier Kopacz. Szkołę skończyła, studia nawet zapewne, a więc teoretycznie powinna wiedzieć, że ludzie raczej nie żyli w epoce dinozaurów, a tymczasem trafia do telewizji i co pani premier mówi?

I tutaj nie mogę sobie odmówić przyjemności zalinkowania kultowej przeróbki wywiadu z panią premier…

Właściwie to należałoby dodać, że może nie powinniśmy mówić tylko o edukacji seksualnej. Liczy się w końcu to, by ludzie czegoś się dowiedzieli, a nie kto i gdzie im coś wyjaśnił. Mamy internet. Mamy jakieś pisemka dla kobiet i nastolatek. Mamy telewizję, filmy… teoretycznie ludzie powinni mieć lepszy dostęp do informacji, niż kiedyś. Teoretycznie więc liczba niechcianych ciąż, a więc i aborcji, powinna spadać.

Zaraz, jeszcze jest po piąte. Otóż co rusz słyszę, że z edukacją seksualną w Polsce jest coraz gorzej. Kiedyś była edukacja szkolna w szkołach (od 1973, tak przynajmniej twierdzi wikipedia), wprawdzie (za wikipedią) był to przedmiot “ubogi i nie osiągnął faktycznego sukcesu”, a teraz mamy Wychowanie do Życia w Rodzinie, nieobowiązkowy. Jest więc gorzej obecnie z edukacją seksualną w Polsce niż powiedzmy w roku 1980, czy lepiej? No?

Ha, ale zostało nam jeszcze jedno! A co, jeżeli edukacja seksualna przynosi efekty dopiero w następnym pokoleniu? Jeżeli edukacja nieco podnosi wiedzę rodziców, a oni potem przekazują tę wiedzę dzieciom, już niezależnie od edukacji? Co, jeżeli edukacja zapala po prostu jakieś lampki rodzicom, jeżeli wprawdzie Asia jako nastolatka nic a nic z przedmiotu nie wyniosła poza hasełkami, ale gdy sama została mamą, przypomniała sobie właśnie te hasełka, poszukała w bibliotece, poguglała na sieci i teraz, jako osoba starsza i miejmy nadzieję mądrzejsza, może to porządnie wytłumaczyć córce albo synowi?

Uff. Nagadaliśmy się, nagadaliśmy, a w efekcie? Nie wiem jak wy, ale ja mam mętlik w głowie. Należałoby zbadać skuteczność edukacji seksualnej na liczbę niechcianych ciąży, ale… no właśnie. Jak?

Jeżeli się zastanowicie, to się okaże, że wszelkie tego typu studia po prostu muszą opierać się na dziesiątkach założeń: nie można przecież tutaj zrobić eksperymentu takiego, jak na myszach. Idealnie by było wziąć kilka tysięcy dzieci, podzielić je na grupy, po urodzeniu odizolować od reszty ludzkości i wychowywać dokładnie tak samo, z jednym jedynym wyjątkiem: uczyć jedne tak, inne inaczej. Następnie należałoby eksperyment powtórzyć. A na koniec po dwudziestu-trzydziestu latach mielibyśmy wynik, który i tak ktoś by kontestował twierdząc, że albo nie da się dokładnie odizolować dzieciaków, albo poprzez odizolowanie stworzyliśmy środowisko tak różne od naszego, że nie da się przełożyć wyników eksperymentu na rzeczywistość. I znowu pozostaje konkluzja: to studium pokazało to, ale naukowcy nie uwzględnili tego albo tamtego, a nawet jak uwzględnili, to trudno powiedzieć dokładnie, co z tego wyszło…

Niemniej, byłbym skłonny uznać, że kobiety i mężczyźni obecnie są lepiej poinformowani niż powiedzmy czterdzieści lat temu. A więc, że ciąży niechcianych powinno być mniej teraz, niż lat temu czterdzieści.

2.2 Dostępność antykoncepcji

Jak pisałem wyżej, ciąży chcianych raczej nikt nie usuwa (no są wyjątki, ale zostawmy je na boku). Redukcja liczby niechcianych więc powinna skutkować redukcją liczby aborcji. W takim razie zwiększenie dostępności antykoncepcji powinno zmniejszyć liczbę niechcianych ciąży. Interesuje nas tutaj dostępność zwłaszcza w porównaniu do czasów sprzed wprowadzenia praw ograniczających legalność aborcji. Dlaczego? Bo chcemy wiedzieć, czy możemy używać danych z tamtych lat, by zgadywać, ile aborcji jest obecnie.

I teraz nikt mi nie wmówi, że dzisiaj środki antykoncepcyjne trudniej dostać niż za PRLu. W sensie, że co, papieru toaletowego nie szło dostać, a tyle samo rodzajów pigułek jak teraz? Przy każdej kasie w Biedronce są dwa rodzaje prezerwatyw, co najmniej.

Teoretycznie więc, bardziej dostępna antykoncepcja oznaczać winna większą powszechność jej użycia, a więc mniej ciąży. Teoretycznie… bo praktycznie, to trafiłem ostatnio na bardzo ciekawy artykuł. Żeby było śmieszniej, artykuł rzucił mi w twarz ktoś chyba (sądząc po argumentach) z lewej strony. To znaczy, bardzo szanuję ludzi, którzy zamiast tradycyjnego przerzucania się “prawicowymi ch*jami” dyskutują i nawet wyszukują artykuły naukowe na poparcie argumentów, ale z drugiej strony za bardzo symptomatyczne uważam fakt, że człowiek rzucił mi artykuł najwidoczniej nie czytając nawet streszczenia; tak musiał być pewny na podstawie samego tytułu, że nauka obiektywnie potwierdzi jego stanowisko.

Co śmieszniejsze, artykuł został napisany przez człowieka ponoć stronniczego i sprzeciwiającego się edukacji seksualnej. Oh well.  Artykuł ten to Paton, David, and Liam Wright. „The effect of spending cuts on teen pregnancy.” Journal of health economics 54 (2017): 135-146. Zalecam przeczytanie także jego krytyki, aby wyrobić sobie samemu zdanie na temat wiarygodności. Proszę równocześnie ignorować streszczenia tego artykułu, które pojawiają się w polskiej prasie, zwłaszcza – i piszę to z bólem serca – prawicowej, bo przekręcają całkowicie sens.

Artykuł skupia się na efektach ograniczenia funduszy na programy zapobiegania ciążom nieletnich w Wielkiej Brytanii. W Wielkiej Brytanii mieli i wciąż mają bardzo dużo nieletnich matek. Dlatego w 1999 roku wprowadzono kompleksowy program mający zmniejszyć liczbę ciąży u nieletnich. O ile dobrze zrozumiałem, program polegał m.in. na polepszeniu edukacji seksualnej, wprowadzeniu funduszy dla poradni oraz zwiększeniu dostępności środków antykoncepcyjnych. Patrząc na posiadane przeze mnie dane, byłbym nawet skłonny przyznać, że program odniósł pewien sukces (liczba ciąży spadło o jedną piątą po pierwszych dziesięciu latach), ale może to omówię kiedy indziej. Ważniejsze jest, że latach 2008-2010 w efekcie zarówno zmian we władzach jak i kryzysu finansowego, zaczęto ograniczać fundusze na ten program. Lewica wieściła katastrofę; liczba ciąż nastolatek miała lawinowo rosnąć, powrót średniowiecza i ogółem – no wiecie, mniej więcej to, co słychać teraz u nas. A co tymczasem się stało?

Liczba ciąży nastolatek gwałtownie spadła, znacznie bardziej, niż w ciągu poprzedniej dekady. Co więcej, statystycznie im bardziej dany samorząd obcinał fundusze, tym bardziej spadała liczba ciąży u nastolatek.

Autorzy zastrzegają, że można sobie wyobrazić, że najbardziej obcinały fundusze te samorządy, którym najlepiej udawało się ograniczać liczbę ciąży u nieletnich. Z drugiej strony, możliwe jest także inne wyjaśnienie: nastolatki w efekcie edukacji dowiadywały się o zagrożeniach i o tym, że powinny się zabezpieczać. Żadne środki antykoncepcyjne nie są stuprocentowo skuteczne, w efekcie część z dziewczynek zachodziła w ciążę. Gdy spadła dostępność środków, zamiast tego nastolatki uznawało, że nie ma co ryzykować i lepiej po prostu seksu nie uprawiać.

Oba wyjaśnienia wydają się prawdopodobne i czuję się teraz jak rabin z filmu o Tewje Mleczarzu, mówiący i ty masz rację do obu stron sporu. Jednakże istnieje możliwość, że większa dostępność środków antykoncepcyjnych powoduje, że ludzie czują się (niesłusznie) bezpieczniej i częściej uprawiają seks, a skoro uprawiają seks częściej, no to i szansa na niechciane ciąże wzrasta.

Niemniej jednak zakładałbym, że antykoncepcja jest obecnie lepiej dostępna, co powinno wpłynąć na zmniejszenie liczby niechcianych ciąż. Po prostu nie wierzę, by nawet wyjaśnienie dotyczące nastolatków dało się przełożyć na dorosłych. Nastolatek może poczuć się niepewny i ograniczyć liczbę kontaktów albo przełożyć “pierwszy raz” na później. A dorosły? No nie wiem.

A właśnie, a dlaczego ludzie czują się niesłusznie bezpieczniej? Bardzo dobre pytanie. Czas zająć się kolejnym punktem, czyli jakością antykoncepcji.

2.3 Jakość antykoncepcji

Żadna antykoncepcja nie jest stuprocentowo skuteczna. Niektóre metody są wręcz zdumiewająco mało skuteczne. Nawet w przypadku sterylizacji (wazektomii albo podwiązania jajowodów) wciąż istnieje pewna niewielka szansa, że wysterylizowany facet zapłodni kobietę. Minimalna, ale istnieje. W przypadku regularnego seksu i używania prezerwatyw jako jedynego środka antykoncepcji można znaleźć strony podające, że od 13 do ponad dwudziestu kobiet zajdzie w ciągu roku w ciążę.

Źródło obrazka: https://www.optionsforsexualhealth.org/facts/birth-control/
Skuteczność środków antykoncepcyjnych w przypadkach użycia idealnie zgodnego z instrukcjami oraz w przypadkach typowych (źródło: https://www.guttmacher.org/fact-sheet/contraceptive-use-united-states).

Z drugiej jednak strony, na rynek wprowadzane są coraz to nowe rodzaje środków antykoncepcyjnych, które też dostępne w Polsce. Z całą pewnością jest ich więcej i są bardziej skuteczne, niż w latach 80tych czy nawet 90tych. W tym wypadku nie można mieć wątpliwości: jakość środków antykoncepcyjnych się polepszyła i to musi być czynnik wpływający na zmniejszenie liczby niechcianych ciąży.

2.4 Presja środowiskowa

Kolejnym czynnikiem to presja środowiska oraz zdanie samej kobiety. Oczywiście wiadomo, że wiele osób może publicznie mówić co innego, a prywatnie robić co innego. Wiele kobiet może uważać, że aborcja to zło, a potem – gdy faktycznie zajdą w ciążę – nagle zmienić zdanie. To może zadziałać też w drugą stronę, z pewnością istnieją gdzieś kobiety co się zarzekały, że nigdy w życiu nie urodzą, że za wcześnie albo w ogóle nie chcą dzieciaków i naprawdę mogły tak myśleć – a potem zajdą w ciążę i postanowią urodzić. Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono (tak wiem, to cytat. Tak wiem, pewnie jako prawicowiec nie powinienem znać).

Niemniej jednak nie wierzę, by otoczenie, klimat, koleżanki-matki-ciotki i tak dalej nie miały żadnego wpływu na decyzję kobiet. Z całą pewnością w Polsce mamy społeczeństwo bardziej konserwatywne niż w Szwecji, Holandii czy nawet Czechach. Mamy więc czynnik, który teoretycznie powinien wpływać na mniejszą liczbę aborcji u nas, niż w tamtych krajach.

A jeżeli chodzi o samą Polskę – jak to wygląda na przestrzeni lat?

Opinie na temat dopuszczalności aborcji, różnica między odpowiedziami “tak” a “nie” (źródło: Badanie CBOSu 144/2016).

Zwróćcie uwagę, że o ile większość ludzi dopuszcza aborcję w przypadku zagrożenia życia lub zdrowia matki, albo gdy ciąża jest wynikiem gwałtu, albo z przyczyn eugenicznych – to jeżeli chodzi o pozostałe przyczyny olbrzymia większość Polaków i Polek jest przeciw i to coraz bardziej przeciw w stosunku do lat 90tych.

Ten trend uległ zmianie dopiero niedawno: w roku 2018 Ipsos dla oko.press wykonał sondaż, pytając kobiety i mężczyzn o dopuszczalność aborcji i chyba po raz pierwszy okazało się, że większość jest za.

Moim zdaniem albo Ipsos ma rację i wtedy wciąż mniej Polaków popiera przerywanie ciąży niż w latach 90tych, gdy 65% zgadzało się ze stwierdzeniem “kobieta, jeżeli tak zdecyduje, powinna mieć prawo do aborcji w pierwszych tygodniach ciąży (obecnie 60% Polek, 55% ogółem) – albo trendy wykryte przez CBOS w 2016 roku są prawdziwe (nowszych badań na stronie cbos.pl nie widzę) i wówczas presja społeczna powinna powodować zmniejszenie liczby aborcji w stosunku zarówno do krajów bardziej liberalnych, jak i do Polski w latach 80tych czy na początku lat 90tych.

2.5 Prawo

No tutaj chyba nie ma wątpliwości. Widziałem wprawdzie twierdzenie, że w krajach, gdzie aborcja jest nielegalna, aborcji jest więcej. Trudno mi w to uwierzyć. Gdyby prawo nie miało wpływu na postępowanie ludzi, to w Polsce byłoby tyle samo broni w domach, co w USA. W takim wypadku ustanawianie jakichkolwiek praw nie miałoby sensu. Sama perspektywa, że aborcja jest karalna, powinna wpłynąć na decyzje pewnej liczby kobiet. Nie tych najbardziej zdecydowanych, czy zdesperowanych, ale tych wahających się.

W takim razie powinno być mniej aborcji niż w latach 80tych, i mniej niż w krajach, gdzie aborcja jest legalna.

2.6 Dostępność aborcji

Wiadomo z całą pewnością, że istnieją Polki przerywające ciąże nielegalnie w Polsce, albo wyjeżdżające przerwać ciążę za granicą. Oznacza to jednak większy koszt (zapłata lekarzowi, koszt wyjazdu). Nie uwierzę nikomu, że to nie będzie mieć wpływu na decyzje ciężarnych – znowu, nie tych zdeterminowanych, lub tych w naprawdę trudnej sytuacji, ale tych wahających się, nie do końca pewnych.

Mamy więc kolejny czynnik, który powinien obniżyć liczbę aborcji w porównaniu do krajów, gdzie aborcja jest bardziej dostępna, a być może także w stosunku do Polski z lat 80tych (tego ostatniego nie jestem pewien).

2.7 Efekt Flynna

Niezależnie od dostępności środków antykoncepcyjnych oraz jakości edukacji, aby skorzystać z dobrodziejstw jednego i drugiego należy je rozumieć. Tak, wiem, zaraz będą śmichy-chichy, że aby nie umieć użyć prezerwatywy, to trzeba chyba by najpierw tak z pięć razy przywalić cegłówką w czoło, ale tak serio to faceci to świnie i często zwalają odpowiedzialność na dziewczyny, a środki dla dziewczyn bywa, że instrukcje mają bardziej skomplikowane. Osobom umiejącym czytać trudno uwierzyć, że ktoś może nie zrozumieć instrukcji na opakowaniu oraz wyjaśnień udzielanych w szkole lub przez aptekarkę, ale fakty są, jakie są: spora część populacji sobie nie radzi z tak prostą instrukcją jak NIE ŻRYJ CZŁOWIEKU TYCH TABLETEK NA CZCZO. Nie wierzycie? No to mata, czytajta:

40% Polaków nie rozumie tego, co czyta, a kolejne 30% rodaków rozumie, ale w niewielkim stopniu. Oznacza to, że mają problem m.in. z odczytaniem rozkładu jazdy pociągów czy mapki pogodowej. Osoby dotknięte analfabetyzmem funkcjonalnym zwykle mają kłopot ze zrozumieniem instrukcji obsługi, odczytaniem wykresów i diagramów, nie potrafią wypełnić najprostszych druków urzędowych i formularzy, a nawet obliczyć reszty w sklepie (źródło portal librus).

Z jednej strony, mamy nauczycieli narzekających, że dzieci coraz słabiej czytają (a więc powinna wzrastać liczba osób nie umiejących użyć tabletek antykoncepcyjnych). Z drugiej strony jednak, mamy efekt Flynna: ludzie coraz lepiej wypadają na testach inteligencji. Co mierzą te testy, można by dyskutować długo, ale bez wątpienia mają związek z umiejętnością czytania, operowania abstrakcyjnymi pojęciami i tak dalej – z tego więc wynikałoby, że liczba osób nie umiejących użyć tabletek powinna zmaleć. Wniosek?

Zgadliście. Diabli wiedzą.

3. Twarde dane i ich ograniczenia

3.1 Trendy europejskie

W całej Europie w ciągu ostatniego ćwierćwiecza spada liczba aborcji (zwróćcie uwagę na to paradne rozróżnienie w tym artykule: “we wschodniej Europie liczba aborcji spadła o połowę, ale w Europie też spadła”). Identycznie podaje kolejny artykuł. Obrazka nie linkuję, można obaczyć go samemu na tamtej stronie.

Za to z wikipedii kilka obrazków pierwszych z brzegu. Chorwacja!

Węgry!

Czechy!

Dla Ukrainy i Szwecji – obrazka nie mam, ale dla Szwecji w tabelce z wiki widać stagnację, zaś dla Ukrainy widać potężny spadek.

Jeżeli w Polsce byłby taki sam trend, oczekiwalibyśmy dużego spadku (jak w reszcie naszego regionu) albo niewielkiego spadku lub stagnacji z niewielkimi fluktuacjami (jak w Europie Zachodniej).

3.2 Liczba aborcji w Polsce w latach 80tych

Znalazłem dane dla Polski od 1946, sprawdziłem wyrywkowo, wydają się prawdziwe. Aborcja wówczas była dozwolona w większej liczbie przypadków niż obecnie. Licząc aborcje jako procent ciąży (urodzenia+aborcje+”fetal deaths” czyli poronienia), wychodzi nam:

  • w roku 1970 mieliśmy mniej więcej 28% ciąży kończących się aborcją
  • w roku 1980 mniej więcej 16.5% ciąży kończyło się aborcją (138/(693+138+6), liczby w tysiącach, zaokrąglone)
  • w roku 1990 9.6% ciąży kończyło się aborcją (59/(547+59+4), liczby w tysiącach, zaokrąglone)

Jak widać, liczba aborcji regularnie spadała i wątpię, by ten trend nagle się zmienił.

3.3 Liczba aborcji z przyczyn społecznych w roku 1996

W roku 1996 zliberalizowano tymczasowo aborcję, ponownie dopuszczając możliwość usunięcia ciąży z przyczyn trudnej sytuacji materialnej kobiety. Liczba aborcji natychmiast wzrosła, osiągając liczbę 3,176, sześć razy więcej niż rok wcześniej; a po roku, gdy ustawę znowu zaostrzono, liczba ta spadła dziesięciokrotnie. Mniej niż jeden procent ciąż zakończył się (legalną) aborcją.

Z przyczyn “trudnej sytuacji materialnej” wykonano sześć razy więcej operacji, niż z powodów innych przyczyn.

4. Próby oszacowania

4.1 Uwagi wstępne

Z powyższej dyskusji powinno już jasno wynikać, jakie mogą nas oczekiwać trudności. Nie wiemy całej kupy rzeczy. Widzimy, że są czynniki, które powinny wpływać na zmniejszenie liczby aborcji, ale są i takie, które teoretycznie mogłyby je zwiększać. Powinno być także jasne, że trudno sytuację obecnie w Polsce porównywać nie tylko do sytuacji w latach 80tych, ale nawet do innych krajów.

Weźmy pod uwagę tak prostą rzecz, jak liczbę imigrantów. W Polsce mamy imigrantów i ich potomków mało, na zachodzie Europy dużo, a w społeczności imigrantów możemy mieć kompletnie inną liczbę aborcji, niż wśród tubylców. W różnych krajach mamy inne normy społeczne, inne prawo. Weźmy na przykład próby szacowania liczby aborcji w Polsce poprzez porównywanie do Hiszpanii, podobnej pod względem ludności, która ma sto tysięcy aborcji rocznie. Oko.press słusznie cytuje, dlaczego należy podchodzić do tego rodzaju szacunków z pewną ostrożnością. Porównać można bowiem także np. zachorowalność na HIV i nagle okazuje się, że niby kraj “podobny” wcale taki podobny nie jest: mamy w 2017 roku w Polsce 3.7 nowych przypadków na sto tysięcy mieszkańców, a w Hiszpanii prawie dwa razy więcej, siedem na sto tysięcy. Być może za tą różnicę odpowiadają imigranci, bo dla nich nowych zachorowań jest znacznie więcej, niż dla miejscowych, ale dlaczego nie miałoby być tak samo dla aborcji?

Ale przyjmijmy pierwszą możliwą liczbę: około stu tysięcy, poprzez porównanie do Hiszpanii. Dokładniej, skoro nasz kraj jest jednak mniej ludny, to powinno być u nas pi razy oko 80% tego, co w Hiszpanii; a w Hiszpanii w roku 2016 było aborcji 93 tysiące; a więc powinno być u nas mniej więcej 75 tysięcy aborcji.

4.2 Szacowanie na podstawie danych z 1996

Skoro w roku 1996 mieliśmy sześciokrotnie więcej aborcji niż w roku poprzednim, i dziesięciokrotnie więcej niż w roku następnym, to obecnie możemy mieć – zachowując podobne proporcje, czyli mnożąc liczbę legalnych aborcji przez sześć lub dziesięć – od sześciu do dziesięciu tysięcy aborcji rocznie. Z drugiej strony,  z powodów trudnej sytuacji rodzinnej wtedy wykonano sześć razy więcej aborcji niż z innych powodów. Oznaczałoby to sześć tysięcy aborcji rocznie obecnie.

Ale… jak to mówią, jak chcesz psa uderzyć, kij się znajdzie. To znaczy: jeżeli kobieta chce dokonać aborcji, to wtedy mogła podać trudną sytuację materialną, a teraz kto wie, czy nie może wybębnić od lekarza zaświadczenia, że ciąża zagraża jej życiu? To znaczy, znamy wszyscy przypadek pokazujący, że nie jest to takie łatwe, ale przecież nie niemożliwe.

4.3 Szacowanie na podstawie procentu urodzin żywych

Można także spróbować inaczej: wiemy, ile jest urodzin żywych. Co, gdyby Polki dokonywały aborcji w takiej samej proporcji, jak na przykład w Szwecji?

Jeżeli mamy koło 388 tysięcy dzieci urodzonych w 2018 roku, to wówczas mielibyśmy mniej więcej sto tysięcy aborcji. Gdybyśmy natomiast przyjęli, że nagle wróciliśmy magicznie do lat 70tych, albo nawet gorzej, i jedna trzecia ciąży kończy się aborcją: wtedy mielibyśmy dwieście tysięcy aborcji.

Jednakże… serio? Naprawdę jest w Polsce ktoś, kto myśli, że obecnie – przy większej dostępności środków antykoncepcyjnych, innym klimacie prawnym, innych opiniach – mamy więcej aborcji niż w latach siedemdziesiątych? Naprawdę ktoś serio sądzi, że spadkowy trend, w którym liczba aborcji spadła do coś koło 9.6% (wyliczenia własne, patrz wyżej) ciąży, nagle się zmienił? Ktoś sądzi, że jesteśmy absolutnym wyjątkiem na tle Europy? Wszędzie indziej liczba aborcji spada, a u nas rośnie?

Przepraszam, ale nie, nie potrafię uznać liczby dwustu tysięcy za prawdopodobną liczbę aborcji w Polsce. To znaczy, nie jest niemożliwa. Teoretycznie można by sobie strzelić i więcej, że mamy tyle aborcji co w Rosji albo więcej i machnąć czterysta tysięcy aborcji, a co. Ale w praktyce… absurd. Nie potrafię traktować poważnie kogoś, kto serio wierzy w tę liczbę.

Nawet w 20% ciąż kończących się aborcją trudno mi uwierzyć, ale to jest już nieco bardziej prawdopodobne. Dlaczego trudno? Jeżeli pytacie, to chyba nie zwracaliście uwagi do tej pory.

A gdyby, tak jak w latach 90tych, tylko 10% ciąży kończyło się aborcją? To mielibyśmy mniej więcej czterdzieści jeden tysięcy aborcji rocznie (liczba ciąż=388 tysięcy urodzeń+X aborcji, gdzie liczba aborcji to 9.6% liczby ciąż, czyli 388 tysięcy = 90.4% z całkowitej liczby ciąż). Przypominam tutaj, że mieliśmy trend spadkowy i że ten trend spadkowy widać w niemal całej Europie. Teoretycznie więc możliwe jest, że procent aborcji faktycznie jest jeszcze mniejszy. Dla pięciu procent: ledwo 20 tysięcy, ale pięć procent to naprawdę, naprawdę niewiele…

Czyli mamy tutaj oszacowanie mniej więcej od czterdziestu do stu tysięcy aborcji rocznie.

4.4 Szacowanie na podstawie badań CBOSu

To wszystko były szacunki wyjęte w gruncie rzeczy z kapelusza. Nie wiemy, jakie są trendy w Polsce, jaki jest rozmiar turystyki aborcyjnej, czy można porównywać Polskę z innymi krajami, albo z samą Polską sprzed trzydziestu lat.

Ale… można spróbować podejścia innego. Zapytać losowo wybraną grupę kobiet, tak samo jak się pyta losowo wybranych Polaków o preferencje wyborcze – i na tej podstawie spróbować oszacować liczbę aborcji. Sondaże wyborcze czasami się mylą – i tak samo takie sondażowe oszacowanie liczby aborcji może być mylne. Ale sondaże jednak zwykle nie dają wyników całkowicie od czapy, prawda? I tak samo będzie tutaj.

Problemem jest kontrowersyjność tematu. Ludzie nie lubią przyznawać się do społecznie potępianych rzeczy, albo do rzeczy których się wstydzą, nawet anonimowo. Kobiety pytane wprost przez ankietera lub ankieterkę mogłyby więc kłamać, ze strachu lub wstydu.

Badanie CBOS z roku 2013, które sobie obejrzymy, bardzo sprytnie obchodzi ten problem. Otóż kobiety otrzymują DWA pytania, z których jedno jest neutralne (na przykład “czy lubi Pani gołąbki?”). Drugie pytanie dotyczy aborcji: “czy dokonała Pani w życiu chociaż jednej aborcji?” (chociaż jednej, czyli być może więcej). Teraz kobieta musi w myślach postanowić, że odpowie na pytanie pierwsze, jeżeli wypadnie orzełek, a na pytanie drugie, jeżeli wypadnie reszka. Nie mówi tego jednak ankieterowi. Ankieter rzuca monetą. Kobieta odpowiada “tak” lub “nie” na wybrane przez siebie pytanie, ale tylko ona wie, na które pytanie z dwóch odpowiada.

Dlaczego to działa? W pierwszej wersji wpis podałem wyjaśnienie całkowicie błędne i dopiero tuż przed zaśnięciem przyszło mi do głowy, że napisałem bzdury oraz jak to wygląda naprawdę. Załóżmy, że kobiety dostają dwa pytania: jedno z nich nas interesuje, drugie zaś jest neutralne i znamy dla niego średnie odpowiedzi dla populacji. Na przykład “Czy  dokonała Pani aborcji?” oraz “Czy lubi Pani gołąbki?”. Załóżmy, że we wcześniejszych badaniach nam wyszło, że 50% Polek lubi gołąbki. Z rachunku prawdopodobieństwa wynika więc nam, że 50% obecnie badanych wybierze losowo drugie pytanie, a z nich połowa odpowie “Tak”, czyli liczba “Tak” na to pytanie powinna wynieść około 25%, zaś pozostałe “Tak” dotyczyć będą interesującego nas pytania o aborcję. Jeżeli więc mamy 35% “Tak”, to znaczy, że 25% pochodzi z pytania o pytania (liczba, którą znamy), a 10% z pytania o aborcję. Mnożymy razy dwa (chyba jasne jest, dlaczego), wychodzi nam, że 20% dokonała aborcji.

Czyli, zakładając, że na neutralne pytanie znamy rozkład odpowiedzi, oszacujemy ze sporą dokładnością rozkład odpowiedzi na pytanie o aborcję. Super! Jestem pełen zachwytu nad elegancją i prostotą tej metody. Osoba, która to wymyśliła, miała naprawdę łeb na karku.

No chyba, że mieliśmy akurat wyjątkowego pecha. Cóż, taka uroda tej metody…

Miejmy w pamięci, że to badanie jest niedokładne i w związku z tym nie można go traktować jako wyroczni, a podawane w nim liczby to nie jest dokładnie tyle, tylko mniej więcej tyle.

Co badanie wykazało? Otóż około 30% Polek przyznało się, że chociaż raz w życiu dokonało aborcji. Tę liczbę znalazłem na pewnej lewicowej stronie, która jednak zapomniała wspomnieć, że dotyczy wszystkich Polek; także tych, które dokonywały aborcji w latach 80tych. Nas interesuje jednak, ile było aborcji w latach 1993-2013 (od wprowadzenia restrykcyjnej ustawy do badania CBOSu). Większość dzieci rodzą kobiety młode. Z danych OECD wynika, że na współczynnik urodzin na tysiąc kobiet wyniósł w roku 2013 88 dla grupy wiekowej 25-29, 71.8 dla grupy 30-35, 30.3 dla grupy 35-39, i już zaledwie 6.3 dla kobiet powyżej czterdziestego roku życia. W roku 1993 te dane były jeszcze bardziej skrzywione: 138.3 dla kobiet 20-24 roku życia, 114.4 dla 25-29, 58.1 dla grupy 30-34, 25.6 dla grupy 35-39 i 6.4 urodzin na tysiąc kobiet w wieku od czterdziestu do czterdziestu czterech lat.

Interesują nas kobiety, które rodziły dzieci w latach funkcjonowania ustawy, a z liczby urodzin podanych powyżej w zależności od wieku matki wynika, że powinniśmy się skupić na tych, które miały powiedzmy góra 35 lat w roku 2013 (bo to one urodziły najwięcej dzieci!). Otóż w tej grupie do aborcji przyznało się 15% kobiet.

Policzmy teraz, ile było kobiet w tych grupach wiekowych w roku 2013. Bierzemy rocznik GUS i jedziemy… To znaczy, przez pomyłkę policzyłem dla roku 2012, ale wybaczcie, nie chce mi się tego wszystko liczyć ponownie. Liczę od 19 roku życia do 35. Wychodzi mi 4 miliony 681 tysięcy. Mnożymy razy 15%, wychodzi 702 tysiące aborcji (w całym okresie 1993-2013).

Dodajmy teraz do tego kobiety od 35 do 40 roku życia. Niestety, w badaniu CBOS mamy procent 31% podany dla grupy 35-44, a przecież te 44 letnie w momencie wejścia ustawy w życie miały 24 lata, i biorąc pod uwagę, że wówczas 20-24 letnie kobiety sporo rodziły (patrz wyżej: więcej kobiet rodziło mając 20-24 lata niż mając 25-29), wiele z nich mogło już rodzić lub dokonać aborcji przed wejściem ustawy w życie. Niemniej, wychodzi 450 tysięcy dodatkowych aborcji przez 20 lat, minus jakiś procent, które zostały wykonane przed 1993. Do tego dochodzą kobiety jeszcze starsze, z których jeszcze większy procent rodził lub dokonywał aborcji przed 1993 rokiem. Załóżmy jednak dodatkowe 450 tysięcy aborcji. I tak otrzymany szacunek będzie niedokładny, a przecież chodzi nam o rząd wielkości, a nie o kilka tysięcy w te czy wewte.

Wyszło nam milion sześćset tysięcy kobiet, które dokonały co najmniej jednej aborcji w ciągu dwudziestu lat. Po podzieleniu przez liczbę lat, wychodzi osiemdziesiąt tysięcy. Jeżeli niektóre kobiety dokonywały aborcji dwukrotnie lub nawet trzykrotnie, tę liczbę można nieco powiększyć. Wychodziłoby nam więc mniej więcej osiemdziesiąt do powiedzmy stu dwudziestu tysięcy aborcji rocznie.

Ale! Zaraz! Pamiętajmy o trendach. Liczba aborcji w Europie spada. W Polsce zmniejszało się przyzwolenie społeczne. Spada także u nas liczba urodzeń, a więc i ciąż. Raczej wątpliwe, by tyle samo aborcji było w roku 1993 i tyle samo w 2013. Można więc przyjąć, że liczba aborcji obecnie jest mniejsza niż w 2013, w 2013 była mniejsza niż w 1993, czyli powiedzmy w roku 1995 było aborcji znacznie więcej niż sto tysięcy, a w 2018 będzie znacznie mniej. Gdyby wziąć tylko kobiety mające 25 lat i mniej w roku 2003, a więc mające najwyżej 35 lat w roku 2003, wyszłoby nam z wyliczeń już tylko koło sześćdziesięciu do siedemdziesięciu tysięcy aborcji rocznie. Mniej więcej. Bo przecież, pamiętajmy, opieramy się o sondaż, a sondaż jest niedokładny.

5. Konkluzje, czyli nikt nic nie wie

Uff, skończyliśmy. Co możemy powiedzieć? Że w Polsce mamy od sześciu do około stu tysięcy aborcji rocznie. Liczby większe niż sto tysięcy są raczej niewiarygodne, co nie znaczy, że niemożliwe. Zauważmy jednak, że większość naszych oszacowań zbiega się w przedziale od czterdziestu do stu tysięcy; osobiście obstawiałbym liczby poniżej środka tego przedziału, powiedzmy pięćdziesiąt do siedemdziesięciu tysięcy aborcji rocznie, z czego olbrzymia większość nielegalnie. To nie znaczy bynajmniej, że mniejsza liczba jest niemożliwa. Trendy europejskie są przecież spadkowe. Bba! Teoretycznie sobie mogę wyobrazić, że w 2018 było nawet mniej aborcji niż sześć tysięcy. Jest to mało prawdopodobne, ale możliwe.

Macie teraz, mam nadzieję, wgląd zarówno w problemy, które moim zdaniem po prostu musi napotkać każdy próbujący oszacować rozmiar tzw “podziemia aborcyjnego” w Polsce, jak i zobaczyliście, jak zwykle rozumuję, próbując ugryźć podobne problemy. Nie wiem, czy po lekturze tego przydługawego tekstu czujecie się mądrzejsi. Pewnie nie – ja  w każdym razie nie mam poczucia, że wiem więcej, niż kiedy zabierałem się za wyszukiwanie danych.

Uff. Postaram się teraz już naprawdę unikać wszelkich kontrowersji.

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.