Jak wszyscy widzą (oprócz mnie – dzięki, Agnieszko!) coś spsułem w konfiguracji i znikł obrazek z nagłówka blogu – nie mam teraz czasu tego poprawić, ale w końcu kiedyś się wezmę i poprawię. A tymczasem – dawno nie było linkownika, czas to poprawić.

Zacznijmy od rzeczy powszechnie znanych i banalnych. Czy wiecie, że w 1939 nominowano Hitlera do pokojowej nagrody Nobla? Zanim zaczniecie się nabijać, fakt nominacji nic nie znaczy: zgłosił go szwedzki parlamentarzysta Brandt, antyfaszysta. Chciał w ten sposób zaprotestować przeciwko zgłoszeniu kandydatury Chamberlaina.

Teraz coś zabawniejszego: parodia irlandzkich tańców i wielkich show typu “Lord of the Dance”. Irlandzcy tańcerze toaletowi! Dla mnie bomba:

Teraz o moim ukochanym komputerze, Amidze. Chyba już pisałem, że nigdy nie czułem takiego przywiązania do żadnego innego: każdy inny było po prostu maszyną, narzędziem, a moja Amiga… miała duszę. W artykule z arstechnica przypomnienie historii zaprojektowania Amigi oraz w jakim sposób Commodore udało się zniszczyć tę wspaniałą maszynę. Między innymi o genialnym konsultancie zewnętrznym, któremu zlecono opracowanie raportu na temat firmy, co genialny konsultant z miejsca wykorzystał do zarekomendowania siebie na nowego CEO. Po nominacji genialny konsultant przyznał sobie gigantyczną pensję i przystąpił bezzwłocznie do wdrażania genialnego planu, który, jak wszyscy zainteresowani pamiętają, zakończył się bankructwem firmy. Arcyciekawych anegdotek jest tam znacznie więcej, aczkolwiek należy wziąć pod uwagę, że mogą się okazać nie tak arcyciekawe dla ludzi będących jakby nieco mniej fanami niż ja.

Ostatnio linkowałem autora tłumaczącego, po co nam dziadkowie i babcie (na przykładzie słoniej młodzieży, którą ktoś musi zbęckować, by spoważniała). Z tego samego źródło o lisach śnieżnych potrafiących skoczyć na ofiarę kryjącą się pod śniegiem kilka metrów dalej i ją złapać… pod warunkiem, że skaczą na północny wschód. Jeden Czech – i  nie, to nie będzie dowcip o tym, jak się nazywa gołąb po czesku (dáhovy obsraniéc) – zbadał sześćset skoków i zauważył, że kiedy lisy skaczą właśnie w tym jednym szczególnym kierunku, w prawie trzech czwartych przypadków dopadają ofiarę. W innych kierunkach prawdopodobieństwo sukcesu jest dość nikłe, zaledwie dwanaście procent. Dlaczego? Nie wiadomo, ale w artykule jest sporo spekulacji na temat magnetycznego zmysłu u lisów.

Jak duży musi być program, by dokopać wam w szachy? Hmmm zapewne odpowiedź zależy od tego, jak jesteście dobrzy. Ale dla tych najsłabszych, odpowiedź brzmi 487 bajty. Tyle “waży” program napisany w assemblerze przez programistę z Rosji. Jestem pod wrażeniem.

Lubisz grać na komputerze? Wspierasz faszyzm! To tylko trochę przesadzone streszczenie artykułu z Guardiana. Otóż w wielu grach trzeba zwalczyć obcych zagrażających naszej planecie, tworzyć silną armię, zdobywać imperia, przywracać naturalną harmonię (to nie dowcip, ja tu cytuję). Jednym słowem, gry komputerowe podstępnie podrzucają biednym graczom skrajnie-prawicową wizję świata i powodują, że wielu z nich zaczyna się instynktownie z nią identyfikować, a stąd już tylko krok do palenia książek i inwazji na Polskę. Serio! Jeżeli twój syn gra w Cywilizację, uważaj! Wkrótce pewnie się golić na łyso i nosić glany.

Za pośrednictwem blogu benedante, artykuł tłumaczący, że starożytny, genialny strateg Sun Tzu wcale nie był taki genialny, a chińscy generałowie uznawali jego dzieło za przestarzałe (w sensie, już setki lat temu tak uważali). Między innymi historia o gabinetowym strategu, który swoją wiedzę o strategii czerpał właśnie z Sun Tzu. Facet otrzymał gigantyczną armię po tym, jak zaimponował cesarzowi znajomością strategii i błyskotliwą krytyką innych. Natychmiast, zgodnie z radą Sun Tzu, wkroczył na teren nieprzyjaciela i – rany, jakie to jest dobre – znalazł miejsce, w którym jego żołnierze mieliby do wyboru umrzeć, albo wygrać. Czyli wzgórze bez dostępu do wody. Łatwo przewidzieć jak to się skończyło…

Dzięki benedante (czyli historyka Johna Bedella) odkryłem też inny fajny blog: na początek, cykl artykułów o zastosowaniu słoni w sztuce wojennej. Dlaczego Rzymianie uważali słonie za przestarzałe i, zdobywszy całą infrastrukturę pozwalającą na łapanie i tresowanie słoni, nawet nie próbowali w nią inwestować? Jakie wady mają słonie, jak sobie z nimi może radzić dobrze przygotowana, zdyscyplinowana piechota? W takim razie, po co w ogóle ktokolwiek chciał używać słonie i dlaczego w Indiach używano ich przez wieki? Przeczytajcie, a się dowiecie.

Ludzie mówią różnymi językami i nietrudno dostrzec, że języki różnią się stopniem rozgadania. Po angielsku powiesz “cat is black”, trzy sylaby. Polska wersja ma cztery. Japońska brzmiałaby, o ile cokolwiek pamiętam, neko wa kuro desu, czyli miałaby sylab siedem. Z drugiej strony, ludzie mówią też z różną szybkością. Pewien angielski kierowca, gdy kiedyś jechałem na stopa, mówił mi, że wszyscy Polacy gadają z szybkością karabinu maszynowego. Grupa naukowców postanowiła, jak się ma jedno do drugiego i okazuje się, że bardziej rozgadane języki są mówione szybciej, a w efekcie “szybkość transmisji informacji” jest identyczna (albo niemal identyczna) dla wszystkich przebadanych i wynosi mniej więcej trzydzieści dziewięć bitów na sekundę. Wynik jest niemal zbyt dobry, by był prawdziwy i pojawia się cały szereg pytań (jak mierzyli zawartość informacji? A co z indywidualnym zróżnicowaniem szybkości mówienia?). Do tego założyłbym się o garść orzechów, że czytałem, że japoński jest właśnie wyjątkowo nieefektywny.

W dolinie Indusu żyli kiedyś sobie ludzie. To znaczy, wciąż żyją, ale piszę tutaj o starożytnej kulturze miejskiej, jednej z pierwszych na ziemi. Nie wiadomo dokładnie, kim byli twórcy tej kultury, jak wyglądali, jak mówili i co się z nimi stało. Jedna z teorii mówi o najeździe starożytnych Ariów, którzy mieszkańcom kolektywnie urządzili kęsim, ale są także teorie całkowicie odmienne. Ci starożytni Ariowie ponoć byli niebieskookimi blondynami, wielbiącymi swastyki oraz najeżdżający pokojowych sąsiadów przy pomocy Tygrysów – wróć! – przy pomocy rydwanów wojennych. Mogli pochodzić z kultury Sintashta, na pograniczu stepów i lasów. I teraz wiadomość, która wszystkich wielbicieli niebieskookich, aryjskich blondynów niezmiernie zasmuci: dużo wskazuje na to, że owi Ariowie byli raczej dość ciemnoskórzy. Razib twierdzi, że mogli cerą przypominać Europejczyków z południa, na przykład z Sardynii.

Mam jeszcze kilka linków, ale zostawię je sobie na kolejną okazję, a teraz zakończę optymistycznym akcentem: w przypadku wojny atomowej, wszyscy zginiemy.