Europejski styl życia, czyli ramowanie.

Niedawna afera z ministrem czy też wice-prezydentem od europejskiego stylu życia (European Way of Life) wyznaczonego przez von der Leyen przypomniała mi, że miałem napisać coś o ramowaniu, czyli jednym z chwytów retorycznych, których wyjątkowo nie lubię. Żadnym fachowcem nie jestem, piszę więc z perspektywy kompletnego laika; chodzi mi o pewną metodę ustawiania przeciwnika do dyskusji, a czy ona nazywa się fachowo ramowanie, czy też inaczej, jakby interesuje mnie mniej. Umówmy się jednak, że na potrzeby tego wpisu będę używał właśnie tego słówka.

O co chodzi? W przypadku von der Leyen i jej poronionego pomysłu,  kobieta (Margiritis to chyba żeńskie imię) od europejskiego stylu życia miała się zajmować między innymi imigracją. Natychmiast skrytykowano ten tytuł za używanie retoryki skrajnej prawicy. Dziennikarze dodali dwa do dwóch i wyszło im, że imigracja jest zagrożeniem europejskiego stylu życia, a to już jest okropność i faszyzm. Von der Leyen odrzekła, że nie można tak na to patrzeć: nie można oddawać języka faszystom. Po prawdzie, teraz to ja już nie wiem, czy Europejski Styl Życia to popieranie migracji, czy może wprost przeciwnie; nie w tym rzecz. Powstaje pytanie, o czym myślała von der Leyen, gdy wybierała taki właśnie tytuł. Przychodzi mi na myśl przypuszczenie, że chciała połączyć-skojarzyć te trzy słówka z postępowymi sloganami (bo nie podejrzewam jej o poparcie prawicy, mimo jej pochodzenia partyjnego): solidarność, tolerancja. Nie wiem, czy mam rację, to tylko zresztą punkt wyjścia dla całego wpisu, ale być może chodziło o to, by móc mówić: jesteś przeciwko X? Czyli jesteś przeciwko europejskiemu stylowi życia! Czyli nie popierasz europejskich wartości!

No właśnie. Europejskie wartości. To też świetny przykład ramowania.

Co to jest ramowanie? To narzucenia przeciwnikom w dyskusji odpowiedniego słownictwa; tak, by samo przyjęcie starannie wybranych sformułowań powodowało nasze zwycięstwo przed rozpoczęciem właściwej rozmowy – przeciwnik startuje ze słabszej, a czasami nawet przegranej pozycji. Wybieramy pozytywnie kojarzone słowa: prawa, sprawiedliwość, Europa. Albo negatywne: śmierć, kradzież, przestępstwo. Podczepiamy pod nie nasze definicji i voila: mamy ramowanie.

Przykład? Dyskusja o aborcji. Czyli albo o prawach reprodukcyjnych, albo o ochronie życia nienarodzonych. Jeżeli jesteś z lewicy i zgodzisz się na polemikę w telewizji z przeciwnikami zabijania nienarodzonych, przegrałeś, zanim pojawisz się w studiu. Jeżeli jesteś fundamentalistą religijnym i weźmiesz udział w panelu o prawach reprodukcyjnych, tak samo. W pierwszym przypadku: lewicowiec musi dyskutować o tym, czy wolno zabijać – a sam dobór słów (zabijać, nienarodzeni) implikuje, choćby podświadomie, że płód jest człowiekiem. W drugim przypadku, fundamentalista musi zacząć od rozważań, czy kobiety mają prawo dyskutować o własnym ciele – gdzie dobór słów (moje ciało, płód, usunięcie ciąży) z miejsca ustawia go w pozycji bardzo niewygodnej, gdzie na wstępie musi tłumaczyć się, z jakiej racji chce dyktować płci pięknej, co może a co nie z własnym ciałem. To właśnie jest ramowanie.

Dobrym przykładem są właśnie te europejskie wartości albo europejskie poglądy, albo zachodnie. Europejskie, czyli jakie? Dobre, bo Europa, Zachód kojarzą się – a przynajmniej kojarzyły – bardzo dobrze. Postęp – też dobre słowo, a więc postępowy jest dobry. Dlaczego masz takie zaściankowe, wsteczne opinie? Nie chcesz, by Polska była częścią Zachodu i Europy?

Niebezpieczeństwo pojawia się wówczas, gdy zniecierpliwiony dyskutant, okładany semantyczną pałką, zaczyna kojarzyć uprzednio pozytywne słowa negatywnie. Ramowanie przestaje działać: postępowy nabiera ironicznego wydźwięku, Zachód staje się zgniłym Zachodem i tak dalej. Dyskutant, nie widząc drogi ucieczki, zamiast rozmawiać o faktycznym przedmiocie dyskusji, zaczyna przemyśliwać, jak zniszczyć skojarzenia, jak je zmienić (o to zapewne chodziło von der Leyen) albo też odrzuca je w całości i skoro zachodnie wartości oznaczają coś, z czym się nie zgadza, zaczyna reagować alergicznie na słowo Zachód.

Jak sobie z tym radzić? Czasami trudno o neutralne słownictwo, a już sam zestaw poglądów niejako narzuca dobór pojęć. Przecież ramowanie nie musi być skutkiem niecnych zamysłów. Gdy lewicowiec szuka słów najlepiej oddających jego zdanie na temat tego, jak powinny być ułożone stosunku w państwie, sprawiedliwość społeczna może się sama narzucać. Tyle, że kiedy potem taki człowiek dyskutuje ze mną, musi się przygotować na moją gwałtowną reakcję. Dla mnie przecież to, czego tacy ludzie chcą, często jest właśnie skrajnie niesprawiedliwe. Nic mnie bardziej nie wkurza, niż kiedy zadufany w sobie człowiek pyta, dlaczego jestem przeciwko sprawiedliwemu podziałowi bogactwa. No właśnie nie jestem; właśnie jestem przeciwko niesprawiedliwemu podziałowi. Tak samo gdy dyskutujemy o równych prawach (jestem za równouprawnieniem, ale moje dyskutantki w moim pojęciu są właśnie często przeciw równym prawom).

Można by więc wysnuć dość pesymistyczny wniosek, że w takim razie dyskusja jest niemożliwa. Wracając do praw reprodukcyjnych oraz ochronie nienarodzonych, z punktu widzenia ich proponentów one przecież precyzyjnie i dokładnie oddają sedno sprawy. Przyjęcie słownictwa neutralnego może się dla nich już wydawać oddawaniem pola przeciwnikom. Dyskusja w takim wypadku sprowadza się nie do wymiany argumentów czy szukaniu kompromisu, ale na przekrzykiwaniu się albo próbie skojarzenia przeciwnika z czymś paskudnym (stąd zdjęcia wykrzywionych twarz feministek, tak częste w memach po prawej stronie, albo rysunki łysych tępych dresiarzy po stronie lewej).

Można jednak przynajmniej próbować. Albo przynajmniej rozumieć, że nasz słownik oddaje nasze poglądy, a kiedy przeciwnik się z nami nie zgadza, to niekoniecznie dlatego, że chce dla wygody mordować dzieci – albo, że z kompletnie mizogynistycznych pobudek chce rządzić naszym ciałem.

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.