Dyskutowanie na internecie

Wiele mam nałogów, ale dzisiaj przyznam się tylko do jednego, do jednej fatalnej słabości: nie potrafię się wstrzymać od komentowania na sieci. Widzę błędną uwagę, kretyńską opinię, okropny artykuł i zaraz podnosi mi się ciśnienie krwi, podskakuję na krześle, palce same się wyrywają do klawiatury. W kilka sekund piszę coś głupiego, wciskam wyślij i już po chwili czuję wstyd, jak alkoholik, który sięgnął do lodówki po masło i przypadkowo strzelił setkę na dobry początek dnia.

Uwielbiam dyskusje. Wymyślanie argumentów, zastanawianie się nad rozumowaniem przeciwnika. Zdarza mi się od czasu do czasu, że w dyskusji przyjmuję, dla zabawy, jakiś pogląd, który jest mi obojętny albo nawet obcy, i zaciekle go bronię – po części dla czystej intelektualnej zabawy, a po części dla ciekawości, jak uzasadniają swoje stanowisko przeciwnicy tego poglądu. Ja, ateista – broniłem ultrakatolickich poglądów na świat. Ja, zwolennik wolnego rynku i kapitalizmu – walczyłem zaciekle o prawa pracownicze. Broniłem teorii feministycznych i antyfeministycznych.

Kiedyś pewnie jeszcze do tematu wrócę, dzisiaj tylko podzielę się jedną refleksją: otóż ostatnio coraz częściej w dyskusjach napotykam ludzi, którzy kompletnie mają w nosie, co napisałem i za przeproszeniem “walą gotowcami”. Powiedzmy, że w dyskusji napiszę “Geralt nie nosił brody” i zaraz w odpowiedzi dostaję coś w rodzaju “alt-rajtowcy są porąbani, skoro myślą, że w świecie wiedźmina nie mogło być murzynów”. Albo rzucę luźną uwagę “zbroja dla kobiety wojowniczki jest idiotyczna, gdy odsłania pępek” i muszę przeczytać długa tyradę o tych okropnych feminazistkach, które chciałyby kastrować mężczyzn. Innymi słowy – ludzie coraz rzadziej dyskutują ze mną, a coraz częściej z wyimaginowanym przeciwnikiem, takim frankensteinem złożonym z dziesiątków innych ludzi na sieci.

Zupełnie, jakby poglądy musiały chodzić w pakietach i skoro ktoś chciałby, by Ciri była biała w serialu, to oznacza na sto procent, że musi być rasistą, wierzyć w “biały genocyd” i hajlować podczas urodzin Hitlera. A jeżeli komuś dla odmiany kolor skóry Ciri jest doskonale obojętny, no to na pewno jest tzw. SJW uważającym, że biali powinni dzień i noc przepraszać za kolonializm, niezależnie, czy owi biali pochodzą z Anglii, czy – dajmy na to – Bośni i Hercegowiny.

Już mniejsza z tym, gdy to się dzieje na początku rozmowy, gdy rzeczywiście kilka zdań rzucanych dla rozruszania dyskusji może się komuś wpakować w jakiś stereotyp (bo poglądy od czasu do czasu rzeczywiście chodzą w pakietach). Gorzej, gdy dyskusja trwa, jasno wyłożę swoje racje, a mimo tego dyskutant wszystko to zignoruje, bo zauważy w moim komentarzu jakieś kluczowe zdanie, które w nim obudzi tryb plemienny i natychmiast uzna, że wszystko, co poza tym jednym zdaniem napisałem, to taka wata mająca stępić jego czujność, a tak naprawdę to myślę… i tu wstaw najgłupszy możliwy pogląd internetowego frankensteina.

Z czego to się bierze? Z charakteru internetowych rozmów, gdzie każda interakcja polega na wymianie kilku zdań, po czym prawdopodobnie dyskutanta nigdy więcej się nie zobaczy? Z tego, że równocześnie ludzie dyskutują z kilkoma osobami, i ich poglądy zlewają im się w całość? Z tego, że takich dyskusji mogą prowadzić kilka dziesiątków dziennie? Pewnie tak. Pytanie brzmi jednak, czy to się potem nie przekłada na kulturę dyskusji w ogóle, w prawdziwym życiu?

 

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.