Wywiad z Romualdem Pawlakiem

Moim dzisiejszym gościem na blogu jest Romuald Pawlak, autor ponad dwudziestu książek dla dorosłych, młodzieży i dzieci. Jest twórcą wyjątkowo wszechstronnym: pisze fantastykę, powieści obyczajowe, historie dla dzieci. Mój pierwszy kontakt z nim to opowiadanie w Fenixie zatytułowane Jesteś Shareed z roku 1999 (środkowe z trzech w cyklu). Zrobiło na mnie to opowiadanie spore wrażenie, spotęgowane podejrzeniem, że telepatycznie podkradł mi pomysły :). Do dzisiaj nie przeczytałem pozostałych dwóch opowiadań z Ginazy, by nie psuć sobie dobrego samopoczucia.

Gusta i guściki

Radomir Darmiła:
Na początek fundamentalne pytanie: Stargate, Star Trek czy Star Wars?

Romuald Pawlak:
Zdziwisz się – żadne z tych trzech uniwersów. Mam bardzo fajne wspomnienia z oglądania starej trylogii SW, lubiłem kinowe filmy ST i znacznie mniej seriale (irytowała mnie powtarzalność), SG to w ogóle nie moja bajka, w zasadzie film był zabawny, ale reszta jakoś mnie nie ekscytowała.
Myślę, że to ma związek z wiekiem: poza SW, wszystko oglądałem już nie jako nastolatek, który łyka takie rzeczy bez problemu, tylko gość obczytany w fantastyce lat 70 i 80. Czyli w czasie, kiedy zostało opublikowanych co najmniej kilkadziesiąt książek SF, które wciąż są kanonem. Doceniam więc jako widowiska, ale to nie są moje uniwersa…
A właściwie, wróć, czy w ogóle można mnie nazwać wyznawcą jakiegoś uniwersum, obojętnie: filmowego czy literackiego? Chyba nie, chyba nawet nie byłbym w stanie składać takich deklaracji w odniesieniu do Ekumeny Le Guin, mojej ukochanej autorki. Na koniec, pozostając przy takich uniwersach SF, bliżej mi do Babylon 5, nowej wersji Battlestar Galactica i The Expanse. Zauważ, że one są bliższe SF niż tamte – to właśnie ten wpływ lektur SF w wieku, kiedy kształtują się gusty i kody kulturowe. No, zepsuła mnie twarda fantastyka, chociaż nie pogardzę dobrą space operą.

Radomir Darmiła:
Nie jestem pewien, czy bym się zgodził, że Babylon 5 i BS:Galactica są bliższe twardego SF niż Stargate.

Romuald Pawlak:
Hm, powiadasz, że B5 i BS Galactica nie są SF? Dla mnie są – i zmuszony do zastanowienia się, powiem Ci tak: w serialach typu ST czy SG świat ma niewielkie znaczenie, tak naprawdę. Ważny jest… odcinek. Jeśli istnieje kreacja świata, to na marginesach. Zaś oba wymienione przeze mnie seriale są ciągłymi fabułami, chociaż – wiadomo, to w końcu produkcje komercyjne – jakaś część odcinków daje się oglądać osobno. Ale nie masz takiej opcji, że obejrzysz odcinek trzeci,szósty i dziewiąty – i nadal jesteś na bieżąco. Tracisz na niuansach kreacji świata, intrygi, etc. W tym sensie są bardziej “gęste”, bliżej SF. Choć oczywiście mają cechy space opery. Jak wspominałem, space opera to moje guilty pleasure – od czasu do czasu bardzo lubię, dla przyjemności wracam sobie nawet do takiej Zapomnij o Ziemi, której pewno teraz nikt nie czyta, a kiedyś była strasznym hitem 🙂

Radomir Darmiła:
Zaczęliśmy od gustów, więc pozwól, że jeszcze chwilę przy nich pozostaniemy.
Kochasz Umberto Eco, Ursulę Le Guin, Guya Gavriela Kaya. Kogo najbardziej?

Romuald Pawlak:
Gusta to w ogóle dziwna sprawa, bo właściwie należałoby jeszcze wspomnieć, że to zjawisko dynamiczne i zmienne w czasie. Kiedyś nie znałem Luciusa Sheparda, a bardzo lubiłem paru pisarzy, których dziś raczej wspominam z sentymentem niż powiedziałbym, że wciąż lubię. Z wymienionych przez Ciebie bardzo lubię Eco, ale emocjonalnie najbardziej związany – i w jakimś sensie pozostający wciąż pod wpływem – jestem z Le Guin. Bardziej z jej cyklem o Ekumenie niż z Ziemiomorzem. Lewa ręka ciemności czy Wydziedziczeni to dla mnie książki wybitne, formacyjne. Mało kto pisał po prostu tak, że tekst się pochłaniało, zarazem dostając sporą dawkę treści do rozważenia. Współcześnie to właściwie widzę tylko dwóch autorów, którzy idą podobną ścieżką – Petera Wattsa i Teda Chianga. Przynajmniej z tych, których znam, których twórczości liznąłem.

Radomir Darmiła:
Czytałeś Dary Le Guin? Niedawno recenzowałem tę książkę na moim blogu i chętnie bym o niej podyskutował.

Romuald Pawlak:
Ja sobie Le Guin dawkuję ostrożnie, i Dary wciąż przede mną, bo chciałem przeczytać całość, a ta jest dostępna od niedawna.
Przy czym jeszcze odnośnie ulubionych pisarzy – u mnie znaczna część to nie są pisarze związani z fantastyką, bo uwielbiam Isaaca Babla, opowiadania Czechowa czy… pisarza literatury środka (w Polsce za sprawą filmu sprofilowanego jako twórcę romansideł), Davida Nichollsa. W zasadzie, wielu pisarzy lubię. Bo i McEvan, i Cortazar, i Bułhakow… Można wymieniać. Na bezludną wyspę musiałbym zabrać sporą bibliotekę 🙂

Radomir Darmiła:
Witek Dworakowski twierdzi, że niczego nowego nie da się wymyśleć, wszystko już było. Co ty na to?

Romuald Pawlak:
Kompletnie nie zgadzam się z twierdzeniem, że wszystko zostało wymyślone. Nie chcę się kłócić z Witkiem, ale w literaturze, moim zdaniem, nawet nie wszystkie schematy zostały wykorzystane i wciąż powstają nowe. Oczywiście, jak sprowadzisz literaturę do stwierdzenia, że ten, kto pierwszy opisał miłość dwojga osób, był oryginalny, a potem już lecieli sami epigoni, to da się dowodzić twierdzenia Witka. Ale… widziałeś film Her? Też o miłości. Ale to coś świeżego. W literaturze fantastycznej masz wciąż mało obrobione poletko człowieka w świecie technologii, a ściślej, jak to wpływa na relacje – człowieka z innym człowiekiem, człowieka ze Sztuczną Inteligencją (właśnie Her), człowieka w pułapce technologii. Zbiorczo można by to nazwać transhumanizmem? Jasne, Gibson pisał. Tylko że to się potwornie zestarzało, świat nie poszedł tą ścieżką. Paru innych autorów filozofowało na ten temat, daleko nie szukać, Lem. No, ale jest różnica, czy badasz jakiś element, detal takiego świata, jak Chiang czy Watts w swoich tekstach, czy jedziesz ogólnym stwierdzeniem, że technologia pożre człowieka, wypluje i pójdzie dalej ? może na poziomie ogólników wszystko już było, ale sporo tekstów konsumuje problemy, które dopiero się pojawiły. zobacz sobie Cykl życia oprogramowania Chianga, problem identów. To nie jest proste przełożenie na “mam pieska”. A w literaturze, która jest teraz moją sztandarową, czyli dla dzieci i młodzieży, masz problem cyfrowego uzależnienia nastolatków i bycia w obu sferach: realnej i wirtualnej, jednocześnie. To nie jest proste odklepanie schematu, że od czegoś się uzależniliśmy i do widzenia. To jest relacja, jakiej do niedawna świat nie widział. Świat się rozwija i generuje nowe problemy, tak myślę.

Radomir Darmiła:
Widziałem Her i szczerze, nie dostrzegłem tam nic nowego – chociaż pomysły, przyznaję, czasami widziałem nie w filmach czy książkach, ale w esejach na sieci. Ale to interesujące spostrzeżenie.

Romuald Pawlak:
To jest nowe podejście – nie w skali ostatnich lat, ale w skali tego, od czego wyszliście z Witkiem, czyli “wszystko już było”. Bo tam masz SI nie w roli wspomagacza ludzi albo jego Nemesis, tylko jako byt żyjący na wielu płaszczyznach, w tym – kochający na wielu płaszczyznach. Nie ma tu grozy, są emocje. Relacje. I… wielopoziomowość tych relacji. A zarazem nie ma przedstawienia tejże SI jako Boga, przyjaznego jak u Carda, czy złego, jak w większości tekstów wcześniejszych.

Radomir Darmiła:
Jeszcze wrócę do “To jest relacja, jakiej do niedawna świat nie widział” – nie jestem do końca pewny. To znaczy, świat się zmienia, ale my znacznie wolniej. To prawda, że mogą się pojawić nowe problemy, nowe sytuacje i tak dalej – ale pytanie, czy można o nich pisać pasjonująco bez odwoływania się do wcześniej istniejących archetypów czy schematów. Sam problem istnienia w dwóch światach równocześnie przecież zaraz przywołuje gotowe schematy: kogoś udającego (lub będącego) jedną osobę w jednym otoczeniu, inna w drugim. Zmienia się sztafaż, prawda, ale czy problem naprawdę jest aż tak nowy?

Romuald Pawlak:
Ale teraz odwróciłeś moją myśl. Ja o tym mówiłem wcześniej: na wysokim poziomie uogólnień wszystko już było, to jasne. I miłość była, i wojna była, i dwoje kochanków z różnych sfer też już było. Ale spójrz na współczesnych nastolatków i ich zagłębienie w cyberświat. Masz badania, w których jedno z pytań brzmi mniej więcej tak: “Obecność w którym ze światów jest dla ciebie ważniejsza: realnym czy wirtualnym?” I większość nastolatków udzieliła odpowiedzi, że kreacja w sieci jest dla nich ważniejsza, że to tam żyją naprawdę. Widziałeś szkolny korytarz w czasie przerwy? Siedzi rządek dzieciaków i każde wpatrzone w swój ekranik. Ale to nie wyklucza, że właśnie weszli ze sobą w interakcję. I chcesz powiedzieć, że to opisał jakiś artysta w roku 1697? ? Nie, to są nowe relacje, nowe zależności,nowe uzależnienia i – nowe problemy. Plus – co wydaje mi się najważniejsze – skutki powstania takiego cyfrowego plemienia, które zobaczymy w akcji za lat 20, kiedy to oni zaczną nami rządzić. To wydaje mi się nowe, warte uwagi, pisania. Choć tego ostatniego nie umiem, pozostałem dinozaurem cyfrowym :). I to nie zawsze jest sztafaż. Kilku autorów bardzo pogłębiło opis SI, skomplikowało go, powiązało z naszym humanizmem. Chiang bardzo humanistycznie, Watts – pesymistycznie, szczególnie w Poklatkowej rewolucji.

Radomir Darmiła:
Co czytasz dla przyjemności? Wszystko jak leci, czy jednak jakiś gatunek wolisz bardziej od innych?

Romuald Pawlak:
Czytam, co mi wpadnie w ręce, choć steruję strumieniem, żeby zachować względnie przyzwoite proporcje. Spora część tego, co czytam, to nie beletrystyka, a czasem i nie książki, lecz artykuły w sieci. Non fiction z różnych dziedzin, od historii po astrofizykę ? w beletrystyce mam parę ulubionych sektorów, na przykład literatura obyczajowa czy fantastyka (ale ta z naciskiem na SF, albo blisko, powiedzmy, że Reynolds, Hamilton, Chiang, Watts, z polskich autorów Zbierzchowski).

Radomir Darmiła:
Co powinno być w książce, by Romuald Pawlak uznał ją za dobrą, bardzo dobrą, arcydzieło?

Romuald Pawlak:
Nie mam pojęcia. W dodatku to problem w oku patrzącego. Ja kocham twórczość Sheparda, ale znam mnóstwo osób, które się od niego odbiły za sprawą bariery języka czy tematyki.

O PISANIU, WARSZTACIE I ROLI PISARZA

Radomir Darmiła:
Zapoczątkowałem kiedyś wątek na Weryfikatorium o tym, czy znajomość warsztatu psuje, czy raczej potęguje przyjemność z lektury. Podawałem tam przykład Przygód Meliklesa Greka – uwielbiałem jako dziecko, z przyjemnością przypominałem sobie czytając córce, a potem zacząłem sam pisać… i gdy czytałem synowi, co chwilę wynajdywałem tam niezręczności, powtórzenia i tak dalej. Jak jest u ciebie? Czy znajomość techniki robienia kiełbasy psuje ci przyjemność jedzenia?

Romuald Pawlak:
Kiedyś było to trudniejsze, ale teraz bez trudu wyłączam tryb “ja, pisarz” i jestem sobie skromnym czytelnikiem. Gdy czytam, to czytam, szukam przyjemności, nie inspiracji czy czegoś, co mi się przyda do pisania. Oczywisty wyjątek to książki czytane w tym drugim celu.
Jest jednak wyjątek: czasem zderzam się ze ścianą. Czytam i myślę sobie “Kurde, tak bym chciał pisać, ale nie potrafię i nigdy nie będę umiał.” Ostatnio przy Wattsie i Chiangu, przy tym drugim regularnie doznaję załamania, jak można napisać tak dobre opowiadanie i dlaczego to nie ja je popełniłem 😀

Radomir Darmiła:
Może jednak się zdarzyć, że lektura rozpoczęta dla przyjemności zakończy się pomysłem na nową opowieść, co mnie prowadzi do kolejnego pytania: jak odróżnić inspiracje od kopiowania? Da się ustrzec nieświadomego kopiowania ulubionych autorów?

Romuald Pawlak:
Problem inspiracja, czy już choćby nieświadomie kopiowanie wydaje mi się nierozstrzygalny, chyba że mamy do czynienia z całkowicie świadomym procederem naśladownictwa czy kradzieży ? Przy czym, często jest tak, że autor nie planował i stan faktyczny nawet nie odpowiada poczuciu czytelnika, że dany tekst jest podobny do innego, tylko w oku czytelnika powstało jakieś połączenie na podstawie kilku elementów, podczas kiedy do prawdziwego naśladownictwa trzeba by ich więcej. To też kwestia, jak działa nasz umysł, wyszukując sobie znane wzorce. Niemniej, zawsze jest ryzyko. Pewno dlatego kiedy piszę, znacznie mniej czytam. Nadrabiam w przerwach.

Radomir Darmiła:
Dużo czytasz: i to nie tylko fantastyki, ale także dzieła raczej mało popularne, historyczne itd. Czy w ogóle można być pisarzem, nie będąc czytelnikiem?

Romuald Pawlak:
Dwadzieścia lat temu powiedziałbym Ci “No way”, ale wtedy literatura w Polsce była inna. Teraz zdarzają się autorzy płci obojga, których celem jest sława i pieniądze, im nie chodzi o przeniesienie fascynacji czytelniczych w autorskie, nie widać po nich oczytania, jeśli już – to tylko w gatunku, który sami uprawiają, przyglądają się bezpośredniej konkurencji, czy to jednak jest czytanie w sensie, o którym mówisz? Ale z drugiej strony, może to dobrze, może przykładanie do literatury miary Literatury to błąd jakiejś mesjanistycznej, romantycznej wizji, podczas kiedy na świecie to często jest po prostu zawód? Jasne, rzemieślnik też musi znać się na narzędziach i podpatrywać konkurencję, ale spojrzenie na literaturę i niezbędność czytelnictwa się zmieniło. Ubolewam, jednak przyjmuję do wiadomości.

Radomir Darmiła:
Umberto Eco, jeden z twoich ulubionych pisarzy, twierdzi, że czytelnika trzeba sobie wychować. Próbowałeś się kiedyś stosować do tej rady?

Romuald Pawlak:
Tak. Świadomie prezentuję takie podejście przy pisaniu dla dzieci i młodzieży. Staram się ich wychować, pokazać pewne problemy czy ujęcia tematu, nie idę na pasku “wiem, co chcą przeczytać, to im to dam, najlepiej czystą akcję”. Ale to trudne, w przypadku dzieci i młodzieży podwójnie. Niemniej, tak, ja raczej staram się narzucić swoje warunki niż schlebiam gustom i oczekiwaniom czytelnika 😀

Radomir Darmiła:
Z tym wychowaniem wyprzedziłeś moje kolejne pytanie, w sumie mogę go nie zadawać :). Natomiast Eco miał chyba coś innego na myśli: że czytelnik nie od razu chce czytać książkę o poszukiwaniu rękopisu, więc, że trzeba go delikatnie przyzwyczaić i zmienić, by zaczął tego typu prozę lubić. Muszę poszukać dokładne miejsce, gdzie to napisał…

Romuald Pawlak:
Nie, nie, to nadal mieści się w mojej odpowiedzi, choć w jej rozwinięciu. Widzisz, jako autor wywodzący się z literatury popularnej, z fantastyki, świadomie używam schematów literatury komercyjnej do przekazania treści nieco poważniejszych. Bardzo lubię operować schematem kryminału czy literatury awanturniczej, przygodowej – i na tę fabułę narzucić treści obyczajowe. Na przykład w Czapce Holmesa masz kryminał i elementy grozy, ale w gruncie rzeczy jest to opowieść o problemie eurosieroctwa, czyli rozbijania rodziny przez wyjazd jednego z rodziców do pracy za granicą. I skutków tego dla dzieci. W tym przypadku chłopca, któremu brakuje ojca.
A nawiasem, to chyba w posłowiu do Imienia róży Eco napisał, że pierwsze sto stron będzie sitem, które odsieje czytelników szukających przede wszystkim akcji.

Radomir Darmiła:
A wyprzedzone pytanie miało być takie: Jak postrzegasz rolę pisarza? Jako rzemieślnika, dostarczającego rozrywki; artysty, tworzącego sztukę i rozwijającego kulturę; czy wychowawcę, dostarczającego wzorców osobowych? Zwłaszcza w kontekście twojej twórczości dla dzieci, co sądzisz o “odpowiedzialności za słowo”, autocenzurze, kształtowania charakterów czytelników i tak dalej?

Romuald Pawlak:
Te role wcale się nie wykluczają, chyba że ktoś ma głębokie poczucie misji. U mnie to jest rozdzielne, znów – zapewne dlatego, że wywodzę się z literatury fantastycznej. Fantastyka może uczyć, ale może tylko bawić – i to też będzie w porządku. Właściwie to bardzo silnie zależy od gatunku, bo ja na przykład autorów piszących powieści historyczne i wciskających tam kity w rodzaju „ale w sumie w Oświęcimiu było spoko” (zaznaczam, nie czytałem tej powieści, relacjonuję oburzenie recenzentów) uznam za nieco lekceważących czytelnika. Bo to nie jest kwestia neutralna. Natomiast autorów opisujących Warp 9 zaakceptuję – nie widzę tu wielkiej szkodliwości, a nawet pozytyw pozwalający sięgnąć dalej niż wzrok sięga :).
No i właśnie. Dostrzegam taką szkodliwość w literaturze dla dzieci i młodzieży. Oczywiście, tu też może istnieć fajna literatura rozrywkowa, natomiast są tematy, w których warto być ostrożnym. Żeby zilustrować to twierdzenie, zobacz, jaką dyskusję wywołała książka i serial na niej oparty, Trzynaście powodów. O tym, co doprowadziło pewną nastolatkę do śmierci.
Nie jestem więc zwolennikiem jakichś wielkich obciążeń na barkach artystów – od tego są inni, na przykład politycy – natomiast myślę, że jakaś doza wrażliwości i wyczucia powinna nam jednak przyświecać przy uprawianiu twórczości. I powiedziałbym, że o ile dorośli sięgający po Milczenie owiec muszą się liczyć z okrucieństwem tam obecnym, o tyle słabsze grupy odbiorców, w tym dzieci i młodzież, jednak mają prawo do pewnego parasola ochronnego.
Przy czym, na koniec tej przydługiej odpowiedzi: dla mnie to nie oznacza tematów tabu, a jedynie mądrość w sposobie ich opowiedzenia.

Radomir Darmiła:
Pisałeś fantastykę, książki historyczne, historie alternatywne, książki dla dzieci, prozę obyczajową, zdaje się nawet jakiś horror i kryminał (dla dzieci, ale zawsze)… W jakim kierunku masz zamiar jeszcze pójść? Romans?

Romuald Pawlak:
Powrót do obyczaju. I to nie tego, co często na księgarskich półkach opatrzone jest etykietą „literatura obyczajowa”, a w istocie jest po prostu literaturą romansową, tylko do literatury problemowej, gdzie centralną kwestią nie jest, czy Książę pokocha, po wielu perypetiach, Księżniczkę, tylko dosyć istotne kwestie społeczne czy psychologiczne. Nie będę Ci kłamać: napisałem jedną, dosyć dziwną strukturalnie, powieść, trzy kolejne są w planach, chyba że rynek mnie odrzuci, to się także może zdarzyć. Ale mam fazę na pisanie dla dorosłych i serio. Przy czym nie jest to coś nowego w mojej twórczości, raczej powrót po wielu latach do czegoś, czego spróbowałem dekadę temu, wydając dwie książki w Naszej Księgarni. Może to kwestia wieku, może nawarstwiło się parę kwestii, o których chciałbym napisać, obserwacji, których nie da się „sprzedać” w literaturze dla dzieci ani w fantastyce. A może wreszcie tama pękła – bo wiesz, ja cały czas krążę wokół obyczaju, może poza pierwszymi książkami fantastycznymi. I chyba po prostu uznałem, że czas najwyższy odłożyć na bok kostium.
Uczciwie przyznam, że nie wiem, czego się spodziewać. Liczę się z porażką, liczę się z sukcesem, pewne jest jedno: przynajmniej jeszcze jedną powieść napiszę, choćby ją miało opublikować Wydawnictwo Szuflada 😀

Radomir Darmiła:
Biorąc pod uwagę, że nazwisko może być kojarzone jednoznacznie z jakimś gatunkiem, nie myślałeś o pójściu w pseudonim? Znamy pisarza, który jest kojarzony tylko z jednym gatunkiem i napisał świetną książkę podróżniczą, która się ponoć kiepsko sprzedaje – i słyszałem opinie, że właśnie przez nazwisko.

Romuald Pawlak:
Dobre pytanie. Pierwotnie zastanawiałem się przy wspomnianych wyżej powieściach obyczajowych, bo tamte dwie książki sprzed dekady i tak mało kto pamięta. Jednak myślę, że w moim przypadku to nie ma sensu, chyba że jakiś wydawca to na mnie wymusi. A miałem już taki ładny kobiecy pseudonim… ?

Radomir Darmiła:
Twierdzisz, że dla dzieci pisze się trudniej niż dla dorosłych. Wierzę, a czy dostrzegasz także różnice w pisaniu skierowanym do czytelników różnych gatunków literackich: fantastyki, obyczajów? Chodzi mi tutaj o styl, formę przekazu, a nie samą treść.

Romuald Pawlak:
Tak. Przynajmniej w kilku znanych mi przypadkach widać, że autorzy umieją dostosować się do wymogów różnych gatunków. Zasadniczo masz dwie drogi: być cały czas tym samym aktorem, z rozpoznawalnym stylem, wtedy zmianie najczęściej ulega po prostu treść, dostosowana do adresata. Albo umieć pobawić się w literackiego kameleona. Ja staram się być tym drugim – znów więc wypada się przyznać, że właśnie szukam pewnego stylu, sposobu opowieści na potrzeby tych kilku tekstów obyczajowych. Chciałbym, żeby były w miarę spójne pod tym względem. I bardzo doceniam autorów umiejących pisać różnymi stylami. Inaczej zresztą ich twórczość szybko zaczyna się nudzić, przynajmniej mnie.

Radomir Darmiła:
Lubisz kilkuwarstwowe historie, z możliwością ich czytania na kilku poziomach. Czy w opowieściach dla dzieci też próbujesz tworzyć w ten sposób – żeby była tam warstwa dostrzegana przez dorosłych?

Romuald Pawlak:
Tak. I tych warstw możesz zbudować więcej. Podstawą będzie fabuła – jeśli coś nie wciągnie młodego czytelnika na tym poziomie, to już przegrałeś, odrzuci po kilku stronach i zapomni, chyba że to lektura, wtedy sięgnie po jakiś bryk ? potem oczywiście symbolika, sens – i tak, wciąż adresowane do tego młodego odbiorcy. Ale jeśli masz świadomość, że dorosły też sięgnie, warto o tym pomyśleć – to ten sam schemat, według którego produkuje się tzw. kino familijne, gdzie w dobrym filmie znajdzie się sporo dla młodzieży, ale parę żarcików i puszczania oczka będzie skierowane do dorosłych. Myślę o tym – szczególnie przy książkach dla dzieci.
No i czasem mam z tego sporo przyjemności. Na przykład kiedy słyszę, że babcia czytała książkę z wnuczkiem, i oboje płakali ze wzruszenia. A potem babcia czytała jeszcze raz, już sama ? albo po jakimś spotkaniu autorskim rozmawiam z dorosłą czytelniczką i widzę, że dotarł do niej ten przekaz adresowany do rodziców.
Takie plecenie warstw nie zawsze się udaje, to jest niesamowicie trudne, ze względu na sztukę zachowania odpowiednich proporcji.

Radomir Darmiła:
Czytałem kiedyś, że warsztat jest mniej ważny niż pomysł, bo książkę albo opowiadanie z dobrym pomysłem może poprawić redaktor, a żaden redaktor za autora nie wpadnie na dobry pomysł. Co o tym sądzisz?

Romuald Pawlak:
Że to bzdura, lansowana przez autorów vanity lub self. Trochę w obronie własnej. Czasy prostej fantastyki, bo w sumie chyba najbardziej tego gatunku dotyczy Twoje pytanie, minęły z 50 lat temu. Rzeczywiście, kiedyś wystarczyło pisać średnio, a mieć świetne pomysły. Ale od dawna to nie wystarczy, literacki poziom fantastyki wystrzelił w górę. Zobacz, jak pisali Le Guin, Aldiss, Pohl, zobacz, jak pisze Martin, Sapkowski, jak pisał Lem… Pomysły są punktem wyjścia, ale to nie wystarczy.
Poza tym, serio myślisz, że redaktorzy mają czas na przepisywanie tekstów debiutantów czy mało znanych autorów? Wiesz, czasy Maxa Perkinsa, wybitnego redaktora, minęły, dziś tekst, który nie jest przynajmniej średnio napisany, ląduje w koszu. Oczywiście, zdarzają się wyjątki, ale jako reguła, wydaje mi się to bzdurą.
Nawiasem, zdarza się, że redaktorzy podrzucają swoim autorom pomysły. Nadal jednak trzeba umieć je obudować literkami.

Radomir Darmiła:
Znam osoby wątpiące w możliwość pisania “dla kobiet” i “dla mężczyzn”. Co o tym sądzisz?

Romuald Pawlak:
Chyba nie ma dobrej odpowiedzi na to pytanie. Bo zakłada jechanie po skrzydłach z pominięciem środka. Tymczasem i kobiety, i mężczyźni, czytają to, co im odpowiada, czasem kobiety przypisywaną mężczyznom hard SF, czasem mężczyźni fantasy w typie uznawaną za bardzo kobiecą. I podobnie jest z pisaniem. Primo, sensowna odpowiedź wymagałaby zdefiniowania, CO ma zostać napisane. Secundo, potem jest kwestia napisania. No i tu właśnie można się posiłkować przykładami. Jasne, że dla kobiet pisze więcej kobiet, chociaż czy dla mężczyzn pisze więcej mężczyzn, to już bym się zastanawiał, bo po prostu nie wiem, czy w tej chwili w fantasy nie dominują autorki. Niemniej, jeden z największych hitów polskiej literatury kobiecej napisał mężczyzna. Mowa o „Samotności w sieci”. A jedną z bardziej popularnych w Polsce autorek prozy kobiecej jest mężczyzna, autor bardzo dobrych powieści SF. Na pewno jest to więc możliwe. Chociaż wiadomo, że pisać „na krzyż” jest trudniej, bo jednak każdy swoją płeć zna i rozumie lepiej, a przynajmniej powinien. Moim zdaniem, wszystko sprowadza się do warsztatu i umiejętności przemiany w takiego literackiego kameleona.

PRZYSZŁOŚĆ SF

Radomir Darmiła:
Niedawno rozmawiałem z Jonathanem Edelsteinem, początkującym twórcą opowiadań z Usiech. Twierdził, że mamy obecnie złotą erę dla krótkiej formy SF. A w Polsce? Sądzisz, że nadchodzi zima dla fantastyki? Powieści SF przestają się sprzedawać?

Romuald Pawlak:
Najpierw trzeba rozdzielić opowiadania od powieści, czyli książek. Potem użyć siekiery, żeby oddzielić dwa kontynenty. Bo sytuacja w Stanach wydaje mi się diametralnie różna od polskiej.
Zobacz – sytuacja u nas wygląda tak, że właściwie pisma na papierze albo upadły, albo walczą o przetrwanie, albo odrodziły się jak „Fenix”, ale o dawnej wielkości mogą jedynie pomarzyć. Sięgają po nie starzy, wychowani na pismach czytelnicy, ale nowi omijają, to już jest inny typ czytelnika. Z kolei w Polsce publikacja w sieci wciąż niewiele znaczy i niewiele daje. Nic w tym dziwnego, skoro nie wyłoniła się – jak w Stanach – grupa autorów, którzy w sieci zaczynali, ale jednak okazali się warci zainteresowania w każdym medium. Trochę to kwestia wielkości populacji, trochę innych uwarunkowań, jak sądzę. Niemniej, publikacje opowiadań w sieci wciąż niewiele daje, jest raczej miłą ciekawostką. Złoty Wiek wciąż przed nami. I dotyczy to właściwie każdego gatunku, nie tylko SF.
Natomiast jak wygląda sytuacja książek SF w księgarniach? Bo akurat fantasy ma się świetnie. Nie wiem… Wznowień i nowych tytułów trochę się zaczęło pojawiać. Polskiej fantastyki trochę jest, chociaż mam subiektywne odczucie, że mniej niż parę lat temu. Zresztą, w przeliczeniu na tytuły to jednak może być nawet więcej – z tym, że połowę produkcji wyrabia jedno wydawnictwo, kreujące się trochę na indie, funkcjonujące bardziej w sieci niż sieciach księgarskich :). Tak naprawdę nie potrafię więc powiedzieć. Mamy czas zmian, ale jeszcze nie widać, co się z tego wyłoni.

Radomir Darmiła:
Kto przychodzi częściej na spotkania, fani SF czy innych nurtów?

Romuald Pawlak:
Na moje: dzieci i młodzież ? a tak w ogóle, to chyba jednak największą popularnością i liczebnością cieszą się spotkania autorów i autorek uprawiających tzw. literaturę kobiecą. To są naprawdę wierne fanki.

Radomir Darmiła:
Co sprzedaje się lepiej: ebooki, czy papier?

Romuald Pawlak:
Wciąż jeszcze rządzi papier. Ebooki u nas cienko przędą, za to coraz skuteczniej podgryzają papier audiobooki.

Radomir Darmiła:
Czy piractwo mocno wpływa na rynek?

Romuald Pawlak:
Moim zdaniem bardzo. W małej niszy, jaką jest fantastyka, gdzie balansujemy na granicy opłacalności, sporo książek ma nakłady 2000-3000 egzemplarzy, spiracenie np. 1000 powoduje, że książka przestaje być opłacalna, autor uznany zostaje za słabo rokującego – i kończy się to stratą wydawcy i porażką autora, czasem kresem kariery.

Radomir Darmiła:
Myślałeś, by napisać książkę SF o cywilizacji humbaków, na przykład przeniesionych na obcą planetę?

Romuald Pawlak:
Dobre pytanie :). Tak, miałem taki plan, ba, miałem nawet notatki… a potem uświadomiłem sobie, że w jednym z kinowych Star Treków wystąpiły humbaki. No i cóż… Ale może kiedyś napiszę opowiadanie. Bo te zwierzęta mnie fascynują, ich „śpiewy” są niezwykłe. Chociaż, to szersze zagadnienie: interesuje mnie inteligencja zwierząt. Nie jestem po prostu fanbojem idei człowieka jako jedynej istoty rozumnej :).

Radomir Darmiła:
Zarzekasz się, że nie uciekasz od fantastyki, ale czy na pewno? Masz w szufladzie świetną powieść SF, napisaną już dawno – i ta powieść wciąż czeka na lepszą chwilę. Kiedy ta lepsza chwila nadejdzie?

Romuald Pawlak:
Nieee, zaraz po napisaniu to ona rzeczywiście wydawała mi się dobra, ale po dwóch latach to ja się boję ją czytać, żeby sprawdzić, czy to nie jakaś potworna grafomania ? wiesz, próbowałem napisać trochę oldskulową powieść i źle trafiłem w czas, nie z samym przekazem, tylko z nożycami, które ograniczyły ofertę w paru interesujących mnie wydawnictwach. Nabrałem więc wątpliwości, a w dodatku uświadomiłem sobie, że to powinien być prolog do dłuższej serii… no i wiesz. Spojrzałem w lustro, zadałem sobie pytanie, czy bawiłbym się w taką serię, popatrzyłem na perspektywy rynkowe i… odpuściłem. Tak po prostu. Bo ani to dzieło rewolucyjne (chociaż te kolejne części, dziejące się geograficznie i kalendarzowo znacznie później, mogłyby być dosyć świeże), ani ja nie mam jakiegoś pędu na udowadnianie, że wciąż fantastyka jest mi bliska. Przy czym – napisałem kilka opowiadań, dwa ukazały się w „Nowej Fantastyce”, jedno opublikował „Fenix”, ostatnie powinno się za jakiś czas ukazać w jednej z antologii „Fantazmatów”. I nie będę kłamać, że nie myślę powoli o kolejnym opowiadaniu dla NF – w dodatku być może z tego cyklu rozpoczętego Łyżwiarzami o poranku. Ale prawda wygląda tak, że w tej chwili pisanie fantastyki jest dla mnie zabawą, odskocznią, tamten Romek, który myślał fantastyką, już nie wróci, nawet jeśli pojawią się fantastyczne książki.

KOLONIZACJA MARSA

Radomir Darmiła:
I na koniec: dyskutowaliśmy ostatnio o przeszkodach w kolonizacji Marsa. Jedną z nich będzie niska grawitacja; wiadomo, że brak grawitacji u laboratoryjnych szczurów powodował drastyczne obniżenie płodności i stuprocentowy współczynnik niedonoszonych ciąży. Brak danych o wpływie braku grawitacji na zdrowie tak urodzonych dzieci. Nie sądzisz, że w warunkach takiej niepewności, urodziny dzieci stwarzają problemy nie tylko natury technicznej, ale i etycznej?

Romuald Pawlak:
To są dwie kwestie w jednym worku, a w dodatku należy opisać otoczenie tego worka, jeśli odpowiedź ma mieć jakiś sens. A zatem, owszem, nieważkość i promieniowanie kosmiczne wpływają negatywnie, co utrudni wszelką kolonizację poza Ziemią. Tu pojawia się rola techniki, aby ciążenie symulować, a promieniowanie ograniczyć do akceptowalnego pułapu. Niemniej – właśnie „akceptowalnego”. Obawiam się, że np. umieralność byłaby dosyć wysoka.
Dodatkowo, właśnie to otoczenie worka, czyli warunki społeczne, w których taka kolonizacja miałaby się odbywać. Bo wiesz, kwestia akceptowalnych strat ludzkich bardzo silnie tak naprawdę zależy od ustroju i sytuacji polityczno-społecznej. W dzisiejszej demokracji typu zachodniego – nie widzę szans na zaakceptowanie takiego nawet nie ryzyka, tylko pewności chorób i śmierci. Ale pytanie, czy demokracja w typie zachodnim będzie trwać w nieskończoność? Wątpię. Ja widzę narastanie dyktatur, powrót do idei państwa narodowego, starcia potęg i ogólnie – prędzej czy później – wojny, która ten świat przedefiniuje. I teraz wyobraź sobie sytuację za kilkadziesiąt lat: medycyna i technika poszła do przodu, a zarazem dwa lub trzy imperia starają się zająć terytoria, które kiedyś mogą im się przydać. Narzuca się LEO, czyli niskie orbity, ale także Mars, który ekonomicznie długo jeszcze nie będzie miał sensu, ale prestiżowo jak najbardziej. Takie Chiny myślą w długiej perspektywie, a że nie mają skrupułów w eksperymentowaniu, to wiadomo od dawna, zaś w ubiegłym roku dostaliśmy kolejny tego dowód w postaci modyfikacji genetycznych człowieka, ściślej, dwójki dzieci. I tylko ktoś naiwny może myśleć, że odbyło się to bez aprobaty na najwyższych szczeblach.

Radomir Darmiła:
Ha, to dosyć smutna perspektywa: że kolonizacja na Marsie zależy od upadku demokracji. Może na tym skończmy, a dyskusję o kolonizacji będziemy kontynuować w kuluarach.

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.