Fantastyk dawnych czar – numer 10 (25) 1984

Spis Treści (lista wszystkich zrecenzowanych Fantastyk)

Październikowy numer  z osiemdziesiątego czwartego roku jest jednym z ostatnich zakupionych ostatnio na allegro w ramach uzupełniania mojego zbiorku. Po nim mam sporą wyrwę, chyba z osiem czy dziesięć brakujących numerów (nie chce mi się teraz wstawać, wyciągać z szafy i liczyć) i dopiero wtedy zaczynają się egzemplarze, które kupowałem jako dzieciak.

W numerze uwaga, tylko TRZY opowiadania. Niemal cały dział zagraniczny zajmuje potężnej długości opowiadanie Gene Wolfe’a. Do tego sporej objętości space opera Krzepkowskiego i na końcu miniaturka van Vogta.

To numer “minijubileuszowy”, dwudziesty piąty. Przeczytałem więc znowu i wstępniak Hollanka, i listy od czytelników. We wstępniaku – chwalipięctwo (ale co tam, zasłużyli sobie) oraz przepowiednia. Rednacz wyraża opinię, że fantasy jest literaturą dekadencką i jej popularność jest chwilowa, a na tron wróci twarda SF. Nooo, biorąc pod uwagę historię ostatnich paru dekad, to jeszcze  trochę brakuje do spełnienia tej prognozy. W listach – nudy. Prośby o wymianę, sprzeczne opinie o komiksach oraz informacja, że pierwszy numer Fantastyki jest nie do zdobycia i nie mają go nawet niektórzy członkowie zespołu redakcyjnego.

Tradycyjnie, opowiadanie ilustruje obrazeczek wylosowany przez zaprzyjaźnioną sierotkę ze stosiku przygotowanego ze współpracujących z czasopismem grafików. Tzn. tak, wiem, to ma być pewnie M. Milion, ale równie dobrze mógłby być to Kosiarz Umysłów albo Andrew Martin.

O Gene Wolfie słyszałem zawsze same superlatywy. Że ach, że och, i geniusz to jest, i tak pisze wspaniale. Przeczytałem do tej pory tylko trzy jego powieści: Cień Kata, Żołnierza z mgły, Żołnierza Arete. Wyjdę teraz na ignoranta, heretyka albo totalnego prostaka, bo uwielbiany przez wszystkich Cień Kata nie wywarł na mnie większego wrażenia. Nie miałem wcale ochoty sięgać po inne książki cyklu, chociaż przekonywano mnie, że dopiero po przeczytaniu całości docenię, jakie to cudowne dzieło i jak też będę potem ochał i achał. O wiele bardziej spodobał mi się cykl o Latro, żołnierzu, który codziennie traci pamięć.

Piąta głowa cerbera miała być opowiadaniem znakomitym, tak mi o nim mówiono, tak też zapewniają w zajawce redaktorzy. Z odpowiednim nastawieniem usiadłem do lektury i naprawdę początkowo gotowałem się do wystawienia bardzo dobrej oceny. Gene Wolfe kilkoma kreskami – zdaniami rzucanymi tu i tam, drobnymi wzmiankami w dialogach czy opisach – buduje niesamowicie bogaty, żywy świat i pasujących do tego świata bohaterów. Zaciekawia i wciąga… ale po to tylko, by potem porzucić czytelnika na pastwę drętwego zakończenia.

Problem z tym opowiadaniem jest taki, że jest za krótkie. Pojawia się Tajemnica (hipoteza Veila), pojawia się Nieoczekiwane Rozwiązanie i nic z tego Rozwiązania nie wynika, następuje przeskok (można wytłumaczyć go poniekąd chwilami utraty świadomości bohatera, ale on sam nic o tym nie wspomina, wynika raczej, że wszystko pamięta) i mdły koniec, w którym o Tajemnicy się zapomina. Zupełnie, jakby autor zorientował się, że musi się zmieścić w limicie iluś tam słów i musi właśnie kończyć – albo zaplanował książkę, do której opowiadanie miało tylko wprowadzać. Bo sama kwestia poszukiwania wiedzy o sobie samym, jak daleko można się posunąć, kiedy można porzucić te poszukiwania to wszystko rzeczy ciekawe, ale – ja i tak domagam się jakiejś puenty, jakiegoś zakończenia, a nie bach, koniec. Ciąg dalszy nie nastąpi.

Po kolubrynie Wolfe’a, niewielki szorcik Alfreda Eltona van Vogta, Obrona. Już czytałem kiedyś, w jakimś zbiorku opowiadań, sam zresztą nie wiem gdzie. Warsztatowo bez zarzutu, ale mnie znudziło.

Jako wkładka – powieść Edgara Rice’a Burroughsa, Księżniczka Marsa. Mam egzemplarz książki wydany w normalny sposób, przeczytałem jako człek młody (już na studiach) i rzecz mi się podobała. Młodzież zna kapitana Cartera pewnie tylko z adaptacji filmowej, zresztą nawet udanej. Aha, i komiks. Bez komentarza, bo tylko żałość człowieka ogarnia na widok tego pardon le mot dzieła.

Wielkie cycki w charakterze dział czy też wieżyczek strażniczych. Kogoś chyba mamusia w dzieciństwie butelką karmiła zamiast cycusiem.

 

 

 

A tu mamy obcego. Obcy jest czerwony, czteronogi i ma coś na głowie i tyłku. Sierotka sama się zdziwiła, że do opowiadania o obcym wylosowała obrazek z obcym.

Nazwisko Krzepkowskiego, niepodzielnie rozpychającego się w dziale prozy polskiej ze swoją pożal się Darwinie space operą kojarzę, to znaczy: zerkając na listę jego książek i opowiadań, pamiętam tytuły. Na pewno czytałem Kreksa, ale nie mam zielonego pojęcia, o czym rzecz była. Sądząc po recenzjach na lubimyczytac, nie jestem w poczuciu osamotniony (Nie było łatwo dobrnąć do końca, a gdy się udało to nie było wiadomo po co. Piękna recenzja 😀 ). Jego “wizja możliwości zbliżenia między mieszkańcami różnych światów” jest niespójna, durnowata (uwaga, psuj: kosmitka o czterech cyckach zachodzi w ciążę z jedną z postaci) i jest najgorszym możliwym wprowadzeniem do space opery, jaki można sobie wyobrazić. Zmarnowane kilka minut życia na lekturę.

Dalej: recenzje, esej bardzo ostro potępiający faszystę Platona, wywiad z Wolskim (Agent Dołu, dla tych, co go kojarzą tylko z ostatnich wybryków) i dział naukowy. Iii tam.

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.