Fantastyk dawnych czar: numer 9 (24) 1984

Spis Treści (lista wszystkich zrecenzowanych Fantastyk)

To drugi pod rząd numer tematyczny, poświęcony fantasy. Okładka wyjątkowo brzydka, przynajmniej jak na mój gust. W odcieniach zgniłej zieleni, do tego wampirzyca, wiedźma jakaś i coś… No, jakoś tam ilustrująca wiodący temat numeru.

W listach od czytelników kontrowersje na temat posterów (moim zdaniem brzydkie, zdaniem większości czytelników też). Do tego głos na temat ilustracji, że większość brzydkich. Popieram całym sercem. Ale, żeby nie było za dobrze, czytelnik piszący o brzydkich ilustracjach równocześnie pragnie więcej poezji, zboczeniec jeden… Dalej mamy jednostronicowy eseik Andrzeja Niewiadowskiego na temat tego, czym jest fantasy. Dziw, że wtedy redaktorzy czuli potrzebę wyjaśniania tego zagadnienia. I wreszcie, można przejść do prawdziwego gwoździa numeru. Ursula! Kroeber! Le Guin! Aż mi się ręce trzęsły, gdy przewracałem kartki. Na początku wydawało mi się, że opowiadanie gdzieś czytałem, ale nie – chyba tylko widziałem fragmenty w Małej Fantastyce.

To chyba czarodziej stojący przed jaskinią. Chyba. Ilustracja M. Bednarz.

Opowiadanie Mistrzyni Reguła Nazwisk bardzo dobre. Nie jest to arcydzieło i chyba ze zbyt wielkim nabożeństwem do niego podszedłem, oczekując nie wiadomo czego, ale summa summarum podobało mi się. Dobrze napisane, dobrze przetłumaczone (Marek Doskocz) i z nieoczywistą puentą. Rzecz osadzona w dobrze nam znanym Archipelagu, mamy więc magów, prawdziwe imiona i prawdziwe postaci rzeczy oraz władzę, którą nad rzeczami daje znajomość ich prawdziwego imienia. Rzecz jednak napisana cztery lata przed publikacją Czarnoksiężnika z Archipelagu (1964), stąd też i pewne szczegóły wizji wydają się jeszcze nie w pełni skrystalizowane, gdyby je porównać z główną częścią cyklu, a świat, choć znajomy, ma w sobie jednak delikatny – ale jednak widoczny – odcień odmienności.

Jest to jednak fantasy rozrywkowe, czytadło, nie przekazujące głębszych treści. Inna sprawa, że może trudno napisać było Mistrzyni napisać coś głębokiego w tak krótkiej formie. Nie da się ukryć, że Le Guin pisze jednak dość leniwie, to znaczy – że akcja u niej wydaje się sączyć, wydarzenia spacerują od strony do strony, rzadko tylko przyśpieszając kroku. A mimo tego ten leniwy, gawędziarski styl nie nudzi. Dlaczego? Może dlatego, że jest gawęda snuta powoli, ale o szalenie interesującym świecie, dość interesujących bohaterach i zdarzeniach, oraz dotykająca ważnych problemów. Tak czy inaczej – w efekcie opowiadanie jest dobre, bardzo dobre nawet, ale jednak autorka miała za mało miejsca, by rozwinąć skrzydła.

Przy odrobinie dobrej woli, jakichś nawiązań do treści opowiadania można w tym dziełku G. Bednarza dostrzec. Mgła, tajemnicze kształty… Nieee, zmieniam zdanie. Co to, do wuja, ma być?

Po Le Guin kolejny giganty fantasy, jeden z protoplastów gatunku: Robert E. Howard i Królestwo Cieni. Dla mnie prawdziwa gratka, nigdy wcześniej nie czytałem żadnego opowiadania o Kullu z Atlantydy. Jestem jednak poniekąd rozczarowany. Jako dzieciak zaczytywałem się Conanem, jego przygody nigdy mnie nie nudziły, a na dodatek brakowało im napuszonej powagi, jaką można znaleźć u niektórych naśladowców Howarda. Wiedziałem, że wcześniejsze opowiadania nie zdobyły Howardowi popularności, więc zakładałem, że rzecz o Kullu będzie słabsza. I słusznie. Rzecz jest słabsza. Znacznie.

Nie wiem, czy wynika z różnicy wieku między mną-pryszczatym nastolatkiem a mną-czterdziestoletnim dziadem, czy też faktycznie opowiadanie jest tak słabe. Tłumacza (Cholewa!) nie ośmielam się nawet podejrzewać o współwinę. Niby można znaleźć tu wszystkie elementy obecne także w cyklu o naszym ulubionym barbarzyńcy z Cymerii: mamy mięśniaka-dzikusa, który przemocą zdobył tron starożytnego królestwa. Są wzmianki o starożytnej historii, walki ludzi z straszliwymi stworami, są ludzie-węże, leje się krew, okraszone jakimiś pseudofilozoficznymi kwestiami. A jednak… Ta mieszanka, tak wspaniale smakująca w Conanie, tutaj wydaje się kiczowata. Coś nie zagrało, czegoś było za dużo albo za mało. Całość brzmi bardziej jak próbę naśladownictwa Howarda popełnioną przez początkującego fana (obowiązkowo pryszczatego nastolatka), niż jak klasyka gatunku. Gdyby ktoś to dał mi do oceny, powiedziałbym: warsztat porządny, ale efekt mierny.

Pan Pogwizd ilustruje opowiadanie o Śmierci. Myślałem, że rysunek ten jest psujem (spojlerem), ale nie, to tylko takie tam bździu bździu luźno związane z tematem. Można by tą ilustrację wziąć i dołożyć do tuzina innych opowiadań i pasowałoby mniej więcej tak samo.

Numer poświęcony fantasy, nic więc dziwnego, że ostatnie opowiadanie z działu zagranicznego też należy do tego gatunku. Opowiadanie Petera S. Beagle’a odróżnia się jednak od poprzednich dwóch. Tamte zawierały fantasy klasyczne, ze światem umiejscowionym gdzieś między starożytnością a średniowieczem, z mieczami, czarami i brakiem zaawansowanej techniki. Beagle dla odmiany stworzył baśń dla dorosłych, którą ja, jeśli trzeba wbrew wszystkim krytykom i całemu światu, wrzuciłbym do kategorii odmiennej od fantasy.

Beagle potrafi pisać fantasy bardziej klasyczną. Przeczytałem trzy jego książki (jedną z nich dwukrotnie, raz samemu, drugi raz córce): Ostatniego jednorożca, Sonatę jednorożców oraz Pieśń karczmarza. Za najlepszą (i najbardziej do klasycznego fantasy podobną) uważam Ostatniego Jednorożca. Też baśniową, poetycką, ale jednak dającą się wrzucić w szufladkę razem z Le Guin. Widziałem też film na podstawie książki, bardzo słaby, chociaż z świetną piosenką początkową. Mojej córce też się podobała (a miała wtedy nie wiem, sześć? Siedem lat? Nie pamiętam. Mało.). Pamiętam, jak parsknęła śmiechem i kazała sobie ponownie czytać zdanie o tym, jak głównego bohatera szczuto psami, aż zagustował w psinie (tzn. psim mięsie). Sonata poszła jeszcze dalej w baśniowość, a Pieśń karczmarza… nie pamiętam. Strasznie mnie męczyła tamta książka.

Taak. Biały jest metaforą papieru, a czarny alegorią literek. Mało co wkleiłbym obrazek do góry nogami, na szczęście aparat ujął też kilka linijek tekstu.

Wiem więc, że nie wszystko Beagle’a trafia w mój gust i wiem, że autor lubi iść w baśniowość. Tak jak tutaj.  Rzecz zaczyna się jak bajka, ma bajkowych bohaterów i przez długi czas wije się jak bajka i wreszcie kończy się jak najtypowsza, cholerna bajka z rodzaju tych, które można by czytać niegrzecznym dzieciom w świetlicy. Owszem, Beagle pisze dobrze, a pan Marek Doskocz umie jego prozę dobrze przetłumaczyć (chociaż ja bym tam sporo zaimków powyrzucał, jako niepotrzebnych). Owszem, nie nazwałbym tego złym opowiadaniem. Ale nie jest to jednak coś, co pasuje do mojej wrażliwości czytelnika i mojego wyobrażenia, jak powinna wyglądać fantasy. Rozumiem jednak, że są osoby, które tego rodzaju pisarstwem mogą być zachwycone i im tego nie odbieram.

Matko jedyna. Za jakie grzechy…

Komiks pomijam, z całym szacunkiem dla twórców, paskudztwo. Powieść (Jeźdźcy smoków) pomijam z tego samego powodu, co ostatnio – nie lubię czytać wkładek.

Skoro numer miał być o fantasy, ostrzyłem sobie ząbki na jakieś polskie opowiadania tego gatunku, coś świeżego, nieznanego – bo nazwiska autorów nic mi nie mówiły. A tu zonk: w części polskiej, tradycyjnie. Najpierw Jan Lubos przynudza w półtorastronicowym Mutancie, w zamierzeniu pewnie wstrząsającej historii o eksperymentach złych naukowcach na dzieciach, opowiadanej dwadzieścia lat po fakcie przez najgenialniejsze z dzieci, które teraz to dopiero się odegra… Koniec. Serio serio. Tak mniej więcej można streścić to opko. Wyróżnione w konkursie Fantastyki. Później znacznie lepsze opowiadanie Dariusza Romanowskiego (też wyróżnienie w konkursie): zaczynające się okropnie, przechodzące w rzecz naprawdę dobrą, by na koniec dobre wrażenie zabić o wiele słabszą końcówką, w której autor stara się nie dopuścić możliwości jakiejkolwiek alternatywnej interpretacji. Czytelnikowi trzeba wyjaśnić wszystko, dokładnie i nie zostawiając miejsca na wątpliwości. Ech. A jednak krótki Świat za szkłem  spokojnie mógłbym zarekomenderować do jakiegoś zbiorku opowiadań pod tytułem Polska fantastyka lat osiemdziesiątych.

Jacek Martynik w Okrągu czasu  (Tak! Okrągu!) do fatalnego początku dodaje niezły środek, a potem znienacka atakuje zaciekawionego czytelnika bezsensowną puentą. “Okrąg” czasu. Aha. No bardzo to było odkrywcze.

Niedawno rozmawiałem z Jonathanem Edelsteinem na temat Flash Fiction i jak w sam raz w tym numerze trafiły się szorty, czyli króciutkie utworki (niektóre mające poniżej stu słów). Ziemkiewicz i Dębski – dwa znane nazwiska i dwa rozczarowania. Trzy short stories Ziemkiewicza nudne i badziewne, Dębskiego przydługawy short potwornie przewidywalny. Pozostałe – rozwleczone żarty. Na tym tle krótki szort Matkowskiego (o bardzo długim spadaniu po katastrofie samolotu) oraz Drzewińskiego wydają się perełkami. Ale ogólnie, żadnego nie polecam, nawet tych dwóch ostatnich. Strata czasu.

Dalej mamy esej na temat fantasy, recenzje (nudy), dział naukowy (pewnie przestarzały, bądź co bądź minęło dobrze ponad trzydzieści lat) i wreszcie sprawozdanie z konwentu w Brighton, z krótkim wywiadem z Rogerem Zelaznym. W tym ostatnim najciekawsza informacja – Zelazny pracował w ZUSie. Nie polskim oczywiście, amerykańskim odpowiedniku :D.

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.