Wywiad z Jonathanem Edelsteinem

Kolejnym pisarzem, który zgodził się na wywiad, jest Jonathan Edelstein, początkujący autor opowiadań SF i fantasy z USA. Jonathan ma czterdzieści sześć lat, jest żonaty i żyje w Nowym Jorku. Pracuje jako prawnik i chętnie czytam o absurdalnych często zdarzeniach, z którymi styka się w sądzie.

Jonathan był finalistą Jim Baen Memorial Short Story Award w roku 2018, oraz Washingtion Science Fiction Association Small Press Award w roku 2018 za opowiadanie “Oba Oyinbo”, opublikowanym w Orson Scott Card’s Intergalactic Medicine Show (w roku 2017).

W swoich opowiadaniach Jonathan chętnie sięga do motywów spoza Europy, tworząc światy oparte o elementy zaczerpnięte z kultur Nigerii albo kultur astronezyjskich.

Tłumaczenie jest oczywiście moje i wszelkie niezgrabności stylistyczne itd są w związku z tym moją winą. Wypowiedzi Jonathana czasami tłumaczyłem tak, by oddać sens, a nie dosłownie.

Jak to jest w Usiech

Radomir Darmiła:
Przede wszystkim, fundamentalne pytanie: Star Wars, Stargate czy Star Trek?

Jonathan Edelstein:
Star Wars. Nigdy nie widziałem Stargate, a Star Trek jest zbyt poważne i za bardzo się stara. Absurdalne poczucie przygody wszechobecne w Star Warsach i wizualnie powalająca na kolana sceneria są właśnie dokładnie takie, jak trzeba. To żywy wszechświat, nawet jeżeli często niezbyt sensowny.

Radomir Darmiła:
Polscy czytelnicy raczej Ciebie nie znają, bo nikt na polski jeszcze Twoich rzeczy nie przetłumaczył. Ile napisałeś dotąd opowiadań i gdzie je można przeczytać?

Jonathan Edelstein:
Jak dotąd opublikowałem około tuzina opowiadań. Cztery pojawiły się w Beneath Ceaseless Skies, trzy w Orson Scott Card’s Intergalactic Medicine Show. Pojawiłem się także w Strange Horizons, Escape Pod, Daily Science Fiction, Kaleidotrope i jeszcze w kilku miejscach. Wciąż nie udało mi się przebić do Wielkiej Piątki, ale nadzieja nigdy nie umiera.

Radomir Darmiła:
Wielkiej Piątki? To znaczy?

Jonathan Edelstein:
“Wielka Piątka” to Asimov’s, Analog, F&SF, Clarkesworld oraz Lightspeed. Są inne profesjonalne magazyny, ale te wymienione przeze mnie są najbardziej prestiżowe.

Radomir Darmiła:
W Polsce mamy jeden taki prestiżowy magazyn, wydawaną tradycyjnie na papierze Nową Fantatykę. No,  jest jeszcze Feniks. Pozostałe to webziny, które autorom nie płacą. A jak wygląda sytuacja w anglosferze? Macie jeszcze papierowe czasopisma z fantastyką? Płacono ci za opowiadania?

Jonathan Edelstein:
W USA mamy trzy drukowane magazyny (Asimov’s, Analog oraz F&SF), pozostałe to webziny. Te, które płacą sześć centów od słowa uznawane są za używające profesjonalnej stawki (o ile mi wiadomo, stawka rośnie do ośmiu centów ostatnio). Te, które płacą mniej są pół-profesjonalne i są też takie, co nie płacą w ogóle. Za wszystkie moje opowiadania otrzymałem zapłatę, niektóre po stawkach profesjonalnych, niektóre po pół-profesjonalnych. Nie mam pojęcia, w jakich nakładach wychodzą te czasopisma ale sądzę, że dla tych największych liczby oscylują w granicach raczej dziesiątek tysiecy.

Radomir Darmiła:
Ponoć na Zachodzie pisarze po prostu muszą mieć agenta. Prawda?

Jonathan Edelstein:
Agenci są wymagani tylko przy powieściach. Nie mam agenta i nie znam żadnego amerykańskiego pisarza opowiadań, który by miał (no, oprócz tych, co piszą także powieści).

Radomir Darmiła:
Nie planujesz książki? Niektóre twoje opowiadania łączą się przecież w luźny cykl, dziejący się w tym samym wszechświecie, prawda?

Jonathan Edelstein:
No tak, mam kilka (wszech)światów, w których osadziłem kilka historii – chociaż także mam kilka światów stworzonych na potrzeby jednego opowiadania. Obecnie jednak nie planuję książki – moja praca nie zostawia mi zbyt dużo wolnego czasu – ale pewnego dnia, kto wie.

Radomir Darmiła:
A gdybyś zechciał, jak wygląda sytuacja z debiutantami w USA? Czy macie wydawców skłonnych podjąć ryzyko wydania debiutanta?

Jonathan Edelstein:
Naprawdę nie jestem właściwą osobą do pytania o praktyki wydawnicze i sytuację w branży. Niektórzy autorzy idą w self-publishing, inni uderzają do tradycyjnych wydawców, ale nie znam statystyk.

Radomir Darmiła:
Self-publishing? W Polsce kojarzony jest raczej z autorami, którzy nie potrafią się przebić do tradycyjnych wydawców. Mamy także wydawców typu “vanity”, którzy opublikują wszystko, byle im zapłacić…

Jonathan Edelstein:
Samo-publikowanie jest bardziej popularne w USA – dawniej także mieliśmy wydawnictwa “vanity” (i nieco oszustów wciąż pozostało), ale teraz stało się także popularne wśród twórców nie chcących mieć do czynienia z tradycyjnym procesem wydawniczym. Ja się tym nie zajmuję, bo trzeba wtedy samemu dbać o reklamę, a ja nienawidzę samo-promocji i jestem w tym kiepski (i pewnie między tymi dwoma faktami jest jakiś związek).

Radomir Darmiła:
Chciałem zapytać jeszcze o stawki, zaliczki, nakłady…

Jonathan Edelstein:
Nie mam pojęcia jak jest z zaliczkami.

Złoty wiek opowiadań SF

Radomir Darmiła:
Co sądzisz o przyszłości branży? Wiem, wiem, jesteś początkującym pisarzem bez doświadczenia, ale na pewno masz przyjaciół-pisarzy i jakieś zdanie sobie wyrobiłeś. Pytam, bo słyszałem opinie, że w przyszłości czytanie książek i opowiadań będzie aktywnością zarezerwowaną dla “nerdów”, ponieważ większość ludzi nie będzie potrafiło się skupić na tyle długo, by zdołać przeczytać dłuższą historię, a co dopiero powieść. Może powinniśmy się dostosować i pisać bardziej fragmentaryczne opowiadania, bez opisów?

Jonathan Edelstein:
W tej chwili w USA mamy złoty wiek, jeżeli chodzi o publikowanie opowiadań – ponieważ internet obniżył bariery dla publikacji. Spodziewam się, że w przyszłości dojdzie tutaj do pewnej konsolidacji, ale że także będą się pojawiały nowe magazyny z ich własnym specyficznym stylem. Będzie więcej historii przekraczających granice między gatunkami, więcej publikacji specjalizujących się w specyficznych podgatunkach lub typach pisarstwa – jednym słowem, więcej elastyczności, o której drukowane czasopisma z przeszłości mogły tylko pomarzyć.

Kolejnym obszarem, w którym mamy więcej elastyczności i będziemy jej mieć jeszcze więcej, jest długość: mamy zupełnie nowy rynek na powieści, który pojawił się w ostatnich latach, gdy wydawcy nie muszą się babrać w logistycznych zagadnieniach wydawania powieści o takiej długości. Flash Fiction także stało się bardziej widoczne i myślę że będziemy oglądać więcej miejsc poświęconych Flash Fiction i mikroopowiadaniom (jest już teraz kilka miejsc na opowiadania, które mogą się zmieścić w jednym tweecie).

Nie wydaje mi się, byśmy nie potrafili się skupić na tyle długo, by nie móc śledzić historii zawartych w opowiadaniach lub książkach. Tempo życia przyśpieszyło, ale nie aż tak, byśmy nie mogli czytać Flash Fiction, i nie sądzę, by do tego doszło w najbliższej przyszłości. Czytanie należało do jednych z przyjemności ludzkości od czasu, gdy tylko zostało wynalezione i wciąż będziemy pragnęli ucieczki od rzeczywistości oraz inspiracji, które te historie nam dają.

Radomir Darmiła:
Twoja opinia o “złotym wieku” opowiadań SF jest dla mnie szczególnie interesująca, z perspektywy kogoś, kto chciałby zaistnieć w polskim światku. Tutaj opinie na temat sytuacji SF są, dla kontrastu, o wiele bardziej ponure. Webziny nie płacą i słyszałem od uznanych autorów, że publikowanie tam dużo nie daje, bo są rzadko odwiedzane. Co więcej, kompanion dla “Fantastyki”, “Fantastyka Wydanie Specjalne”, w której można było umieszczać nieco dłuższe formy, niedawno została zlikwidowana. Mam znajomego, który uznał, że rezygnuje – przynajmniej na jakiś czas – z science fiction na rzecz prozy bardziej “głównonurtowej”.

Jonathan Edelstein:
Zdecydowanie w USA mamy inny świat, gdzie jest tak wiele wydawnictw coś tam (nawet jeżeli niewiele) płacących za opowiadania. Sprzedawałem swoje historie po dziesięciu czy więcej próbach i na pewno nie udałoby mi się to, gdyby na rynku istniał tylko jeden magazyn. Czy polscy pisarze SF/F wiedzą o angielskich pismach w UK/US/Australii, czy wielu z nich próbuje tam coś wysłać? Wiem, że niektóre magazyny – Strange Horizons i Clarkesworld, na przykład – aktywnie poszukują tłumaczeń, i że Strange Horizons ma oddział o nazwie “Samovar”, który jest właśnie specjalnie przeznaczony dla zagranicznych opowiadań.

Radomir Darmiła:
Nie wiedziałem o “Samovarze”. Nie sądzę też, by zbyt wielu polskich autorów o nim wiedziało.

Jonathan Edelstein:
Jeżeli znasz kogoś, kto pisze fantasy (nie SF) i ma przetłumaczoną historię do wysłania, dość dobrze znam redaktora Beneath Ceaseless Skies. Oczywiście nie mogę zagwarantować przyjęcia, ale byłby zainteresowany spojrzeniem na przetłumaczone prace i mogę mu powiedzieć, by ich oczekiwał. Ja zdecydowanie chętnie bym przeczytał polskich autorów SF/F innych niż Stanisław Lem.

O pisaniu

Radomir Darmiła:
Przyznałeś kiedyś, że masz problem z wizualizacją. Czy wpływa to na twoje umiejętności tworzenia opisów? Czytelnicy narzekali?

Jonathan Edelstein:
Opracowałem kilka “obejść”. Czasami, jeżeli muszę opisać jakąś scenę bardziej żywo, piszę z fotografią przed sobą, która jest tak zbliżona, jak to tylko możliwe, do pożądanego wyglądu sceny. Czasami zaś to obchodzę – nawet bez wizualizacji zwykle daję radę stworzyć opis tego, co chcę, by widzieli czytelnicy. Nigdy nikt nie narzekał, chociaż nie wiem, co moi czytelnicy mówią o moich dziełkach prywatnie.

Radomir Darmiła:
Jak sądzisz, co jest ważniejsze, dobry warsztat czy pomysł? To znaczy, słyszałem opinie, że dobry pisarz powinien umieć pisać interesująco o najnudniejszych rzeczach. Z drugiej strony, słyszałem także, że w SF, bardziej ważne są pomysły – a warsztat powinien być tylko na tyle dobry, by udźwignąć pomysł. Potem i tak redaktor pomoże wygładzić historię.

Jonathan Edelstein:
Jestem wielkim fanem światotworzenia – wyszukuję interesujących światów w historiach, które czytam i próbuję samemu tworzyć interesujące światy w historiach, które piszę. Mówiono mi, że czasami za wiele się skupiam na światotworzeniu i za bardzo koncentruję się na tworzeniu settingu i tła, przez co tracę na uwadze opowieść. Cóż, dla każdego to, co lubi.

Tak czy inaczej sądzę, że kiepski warsztat zepsuje każdą historię, ale dobry niekoniecznie uratuje historię. Pod koniec dnia, potrzebujesz wiarygodnych postaci, historii albo przynajmniej pomysłu wokół którego możesz obudować opowieść i jeżeli te rzeczy są nieobecne, to najlepsza technika co najwyżej pomoże stworzyć muzealny kawałek i niewiele więcej.

Radomir Darmiła:
He he, niektórzy mi mówili to samo o mojej tendencji do światotworzenia. A co z poprawianiem warsztatu przez redaktorów?
Czy redaktorzy mocno ingerowali w Twoje opowiadania?

Jonathan Edelstein:
To zależy od redaktora. Scott Andrews z Beneath Ceaseless Skies, na przykład, domagał się poprawek we wszystkich historiach, które mu nadesłałem i jego sugestie zawsze czyniły opowiadania lepszymi. Inni redaktorzy, z którymi pracowałem, wymagali mniej poprawek albo w ogóle żadnych.

Radomir Darmiła:
Niektórzy sądzą, że pisarze SF powinni być jak stolarze. Nikt nie oczekuje od stolarza tworzenia sztuki, stół ma być funkcjonalny i prosto stać. Pisarz w takim ujęciu jest rzemieślnikiem, który dostarcza rozrywki za pieniądze. Inni mówią, że pisarze to artyści, że kontrybuują do kultury i nie powinni zbytnio przejmować się niskimi gustami czytelników. Wreszcie są też tacy, co uważają, że pisarze mają obowiązki wobec społeczeństwa; że są częścią inteligencji, a skoro tak, powinni więc wychowywać czytelników, dostarczać im wzorce do naśladowania i tak dalej. Co o tym sądzisz? Jaką rolę powinien pełnić autor?

Jonathan Edelstein:
Wydaje mi się, że autor może podjąć każdą z tych ról, zależnie od indywidualnego poglądu na pisarstwo i społeczeństwo. Mówiąc za siebie, łączę pierwsze i drugie podejście. Lubię pisać zajmujące historie i pamiętam zawsze o czytelnikach, ale są także pewne intelektualne motywy, które chciałbym eksplorować w swoich pracach – na przykład, poszukiwanie wiedzy i jego wpływ na poszukujących i ich kulturę to powtarzający się u mnie temat.

Radomir Darmiła:
Jesteś prawnikiem z Nowego Jorku. Słyszałem kiedyś radę, że pisarz powinien pisać o rzeczach, na których się zna, a przynajmniej, że powinien czerpać ze swoich osobistych doświadczeń. A więc? Planujesz może jakąś historię opartych o swoje doświadczenia z pracy prawnika? Co w ogóle sądzisz o tej radzie, by korzystać z własnych doświadczeń?

Jonathan Edelstein:
Raczej jestem za “pisz o tym, co kochasz” ponad “pisz o tym, co znasz”. Jeżeli coś kochasz, możesz to poznać – a chociaż lubię praktykować prawo, nie uważam, by inspirowało zbyt wiele opowieści. Ponadto reguły poufności zabraniają mi używania specyficznych spraw moich klientów. Czasami dotykam prawnych zagadnień w swoich opowiadaniach. Na przykład w opowiadaniach związanych z Mary Ejiofor, główna bohaterka zostaje prawnikiem, a ostatecznie sędzią w Nigerii lat trzydziestych – ale zwykle nie są to kwestie związane z prawem, które ja praktykuję.

Afryka

Radomir Darmiła:
W twoich historiach często pojawia się Afryka. Dlaczego? Masz z Afryką jakieś osobiste powiązania?

Jonathan Edelstein:
To skomplikowane. Odkąd jako nastolatek odkryłem Chinyę Achebe, podziwiałem zachodnioafrykańską literaturę; niektóre z moich zawodowych i półzawodowych pisanin zaczepia o afrykańskie prawo i na dodatek mam osobiste połączenie z Nigerią poprzez moich wspaniałych współpracowników. Afryka jest wielkim, różnorodnym, inspirującym kontynentem z niesamowicie bogatą kulturowo-historyczną siecią powiązań, a do afrykańskich motywów ciągnęło mnie w moim pisarstwie od wielu lat. Nie wyłącznie, rzecz jasna. Czerpię także z historii Żydów (zwłaszcza średniowiecznego, europejskiego judaizmu), historii Ameryki i kultury wysp Pacyfiku. Ale jednak Afryka pozostaje jedną z moich głównych inspiracji.

Radomir Darmiła:
No właśnie, skoro mówimy o motywach nigeryjskich i astronezyjskich, co sądzisz o “kulturowym przywłaszczaniu” (cultural appropriation)?

Jonathan Edelstein:
Ciężko na jedną odpowiedź, biorąc pod uwagę jak wiele koncepcji “kulturowego przywłaszczania” jest w obiegu. Osobiście uważam, że wszystko sprowadza się do szacunku: jeżeli piszę opowiadanie osadzone w innej kulturze, upewniam się, że dobrze odrobię swoją pracę domową, skonsultuję się z ludźmi z tej kultury, by upewnić się, że nie używam jakichś obraźliwych stereotypów i że traktuję tę kulturę jako trójwymiarową społeczność – a nie, jako wystawkę w ZOO. Robię tak zawsze, gdy piszę poza własną kulturą i nie tylko wtedy, gdy chodzi o Afrykę – na przykład jedno z opowiadań, które obecnie szuka publikacji, ma postać z punktem widzenia mormona i posłałem pierwsze wersje tego opowiadania kilku mormońskim beta-czytelnikom, którzy dali mi zwrotnie wiele cennych uwag. Sądzę, że należy tak robić nie tylko dlatego, że okazuje się w ten sposób szacunek, ale także, bo czyni to historie lepszymi, bo dzięki temu lepiej jestem świadomym rzeczy, które inaczej bym przegapił.

Rozpoznaję jednak kilka “czerwonych linii”. Raczej wahałbym się przed napisaniem historii dotyczących największych traum innej kultury. Na przykład, nie sądzę, bym czuł się komfortowo pisząc z punktu widzenia afrykańskiego niewolnika albo Ukraińca podczas klęski głodu w latach trzydziestych. To nie są historie dla mnie do opowiedzenia. Nie czułbym się także komfortowo osadzając swoje rzeczy w kulturach, które nie mają zbyt wielu okazji opowiedzenia własnych opowieści, gdzie istniałoby niebezpieczeństwo, że mógłbym opowiadać ich historie za nich zamiast z nimi. Nie obawiam się osadzania utworów w Nigerii, na przykład, biorąc pod uwagę jak dobrze reprezentowani są nigeryjscy pisarze na świecie, ale obawiałbym się pisać z punktu widzenia rdzennego Amerykanina albo Australijczyka (i dlatego prawdopodobnie tego nie robiłem).

Nawiązując do słów byłego sędziego Sądu Najwyższego USA, Pottera Stewarta, muszę po prostu zaufać, że będę wiedział, gdy to zobaczę.

O Science Fiction

Radomir Darmiła:
Biorąc pod uwagę tempo postępu technologicznego – widzimy rzeczy, które trzy dekady temu byłyby uznane za SF – co sądzisz o przyszłości tradycyjnego SF? To znaczy, Stanisław Lem napisał kiedyś, że SF jest tylko wtedy, gdy po usunięciu elementów “naukowych” historia przestaje mieć sens. Miał na myśli, że jeżeli w historii można podstawić za roboty, rakiety i komputery elfy, magiczne dywany i wszechwiedzących magów, to wtedy nie jest to SF sensu stricte. A więc, czy tak rozumiane SF może przetrwać?

Jonathan Edelstein:
Jestem raczej pesymistą, jeżeli chodzi o przyszłość postępu technologicznego – myślę, że urwaliśmy już wiele niskowiszących owoców i jesteśmy blisko góry krzywej sigmoidalnej w wielu dziedzinach nauki. Będziemy kontynuować postęp i w niektórych polach postęp będzie szybszy, niż gdzie indziej (np. medycyna, gdzie potencjał badań genetycznych dopiero zaczyna być odkrywany), ale w innych polach postęp będzie wolniejszy, a utopie posthumanistów pozostaną mrzonkami nawet za sto lat. Tak więc uważam, że historie osadzone stulecie albo dwa od “teraz” wciąż mogą mieć naukowe motywy, które wciąż będziemy rozumieć jako naukowe, a nie magiczne.

Radomir Darmiła:
W SF, “pomysł jest bohaterem”. W wielu klasycznych książkach SF bohaterzy są schematyczni, jednostronni, nie rozwijają się, istnieją tylko po to, by autor mógł przedstawić interesujące pomysły na temat społeczeństwa, technologii, albo by postawić filozoficzne pytania. Co o tym sądzisz? Czy we współczesnym SF wciąż jest miejsce na taką postawę?

Jonathan Edelstein:
Myślę, że SF musi być o pomysłach, ale historie wyłącznie o pomysłach bywają zwykle jednowymiarowe. Potrzebujemy postaci, by eksplorować pomysły i żyć z ich konsekwencjami, potrzebujemy historii, które doprowadzają pomysły do ich konkluzji, potrzebujemy prawdziwych, żywych światów, które pokazują efekty pomysłów. Sam pomysł jest jak sam warsztat – to może być tour de force ale sam w sobie raczej nie wystarczy na dobrą opowieść.

Radomir Darmiła:
Myślałeś kiedyś, żeby rzucić SF i pisać bardziej “głównonurtowe” rzeczy? W Polsce mi mówiono, że mamy teraz bessę na SF i powinienem przerzucić się na inne, bardziej dochodowe rodzaje literatury: romanse albo literaturę dziecięcą…

Jonathan Edelstein:
Myślałem – nawet napisałem i sprzedałem kilka krótkich opowiadań z gatunku mystery, ale jednak chcę opowiadać historie SF i fantasy.

Radomir Darmiła:
Jest szansa na to, by Twoje opowiadania pojawiły się po polsku?

Jonathan Edelstein:
Byłoby super zobaczyć moje opowiadania w polskich pismach – czy są jakieś, które byłyby zainteresowane w przedrukach lub przetłumaczonych, nie drukowanych dotąd pracach?

Radomir Darmiła:
Jasne, że są. Może jeszcze w przyszłości o tym porozmawiamy. A tymczasem, bardzo dziękuję za rozmowę!

Już po zakończeniu wywiadu zerknąłem na stronę Samovaru i faktycznie, poszukują opowiadań. Stawka – sześć centów za słowo, z maksimum za opowiadanie wynoszącym 300$. Plus drugie tyle dla tłumacza. Wow! Jest tylko jeden problem: najtańszy tłumacz, jakiego znalazłem, brał około bodajże 25 złotych za stronę przeliczeniową. Wychodziło około pięciuset złotych za najkrótsze z moich opowiadań. Spora inwestycja, przynajmniej jak dla mnie. Sam swojej angielszczyźnie nie ufam; zbyt wiele robię błędów z rodzajnikami i czasami gramatycznymi, by móc komfortowo tłumaczyć własną prozę na angielski.

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.