Fantastyk dawnych czar: numer 8 (23) 1984

Spis Treści (lista wszystkich zrecenzowanych Fantastyk)

Ósmy numer Fantastyki z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego czwartego roku jest numerem tematycznym, poświęconym smokom. Mamy trzy opowiadania zagraniczne o smokach, jedno polskie, do tego powieść o smokach. Wielbiciele zionących ogniem jaszczurów pewnie piszczeli z radości, chociaż – niestety – grafiki w numerze moim zdaniem są raczej słabe. No, ale de gustibus coś tam coś tam, jak mawiali starożytni pigmeje.

Wstępniak Hollanka oraz listy czytelników tym razem pominę i przejdę od razu do części literackiej.

Grafika autorstwa Gutowskiego przynajmniej faktycznie przedstawia smoka.

Pierwsze opko numeru to Jedwabny smok Stevena Edwarda McDonalda. Z odległymi inspiracjami cywilizacją chińską, bohaterkami, mitem o smoku strzegącym skarbu. Do mnie opowiadanie nie przemówiło. Na początku miałem straszny kłopot z rozeznaniem, kto jest kim, czy Suona jest barbarzyńską księżniczką, czy też może Rit – i która z nich w danej chwili akurat przemawia. Dalekowschodnie motywy i wojownicza oblubienica to trochę mało, by mnie zaciekawić.

 

Grafika Vallejo – porządna jakość, ale jak dla mnie mało smocza.

 

 

 

 

Grafika Golędzinowskiego. Bardzo charakterystyczny styl, ale nie wiem, jak ta grafika ma ilustrować treść opowiadania. Równie dobrze pasowałoby do socrealistycznej opowiastki o górnikach rąbiących węgiel albo medycznego thrillera o zagrożeniach dymu tytoniowego dla płuc.

Drugie opowiadanie, Opętanie Dave’a Smedsa znacznie lepsze, co wcale nie oznacza, że dobre. Początek bardzo słaby i gdyby nie obowiązek recenzenta, odpadłbym po paru akapitach. Powiem więcej – nie tylko początek jest słaby, cała pierwsza połowa jest słaba. Nie wiem, czy to wina tłumacza (Jacek Manicki), czy autora, ale tekst po prostu nudzi, skacze od bohatera do bohatera, zdaje się sugerować, że jedna postać będzie kimś ważnym po to tylko, by potem postać ta padła trupem. Końcowa walka ze smokiem i smoczycą lepsza, jakby z innej historii zaczerpnięta, dynamiczniejsza i ciekawsza. Później jednak wszystko rozmywa się w mdłym i niejasnym zakończeniu.

Tutaj z kolei grafika Zalejskiego. Jest smok, pasuje do treści, a jednak wygląda to jak dzieło siedmiolatka. To już wolę Golędzinowskiego.

Najgorsze jest to, że opowiadanie ma w sobie potencjał. Pasowałoby na prolog czegoś większego, powieści – zresztą, nawet nie powieści, wystarczyłoby, by dopisać jeszcze z kilka stron, by doprowadzić do końca rozpoczęte wątki. Dałoby radę też skrócić wstęp, podszlifować, przestawić parę fragmentów (po co Yonni płynie na wyspę? Po co Dar się tak odgraża, że ma ze smokami porachunki?). No i ta antyklimatyczna konfrontacja ze smoczycą…

 

Ilustracja jakiegoś zagraniczniaka – podpisana jako Holitzke C. Vega (Luserke). Baśniowa, ale jest i smok, i Jerzy.

Pora na najlepsze opowiadanie zagraniczne. Roger Zelazny, więc od razu oczekiwania idą w górę. Sam pomysł jest obecnie wyeksploatowany, mamy przecież Dragonhearta z 1996 roku. Z tym, że Jerzy i smok Zelazny’ego ukazał się w Fantastyce w roku 1984, a napisany został w roku 1980. W recenzjach można znaleźć różne opinie: a to, że historia Zelazny’ego była inspiracją, a to, że film bezczelnie zerżnął, a nawet jakiś rezolutny anonim napisał, że Dragonheart jest adaptacją opowiadania. Jak dla mnie pomysł podstawowy bez wątpienia jest identyczny, ale jednak w Dragonhearcie mamy coś znacznie więcej, niż tylko rycerz dogadujący się ze smokiem, by oskubywać wieśniaków. Zgodziłbym się więc na określenie “w pewnym stopniu zainspirowane” w stosunku historii z filmu do opowiadania.

Samo opowiadanie ma nieproporcjonalnie dużo dialogu; właściwie, większość zdarzeń rozgrywa się tutaj poprzez dialog między dwojgiem bohaterów. Zwykle to jest stawiane jako zarzut, że gadają, gadają, i że tak nie można – ale tutaj to działa. Może dlatego, bo opowiadanie jest bardzo krótkie. Taka formuła zapewne by nie zadziałała w powieści.

Pomijam powieść (ciężko się czyta w postaci wkładki) oraz komiks (okropność) i przechodzę do działu polskiego.

Panie Gwizdała, trzeba by jakaś ilustrację dać tutaj. A o czym opowiadanie? O smoku, rycerzach i takich tam? To już wiem, co narysować! Konia, wytrzeszczonego żółwia a do tego panienkę z czymś pod pachą.

Na początek: Piekara i Smok. Jest tu i Gordor, i Haldor, wspomniane jako zapomniane starożytności. Mamy więc jakieś tam odległe nawiązanie do dużo późniejszych Smoków Haldoru. To plus, ale jedyny plus opowiadania. Jakbym od niego rozpoczął znajomość z Piekarą, to na tym opku znajomość z twórczością autora by się zakończyła. Matko, jakie to opowiadanie jest kiepskie. Jest sobie smok, jest sobie skarb (nietypowy, jak na smoka), są rycerze, zbuntowani chłopi i mag. Oraz ponure zakończenie. Czyli co, czyli powinna być bomba, a jest wielkie rozczarowanie. Później Piekara wyrobił sobie styl, nauczył się porządnie pisać, ale tutaj – widać, że dopiero zaczyna.

Ilustracja pana Pogwizda do opowiadania pana Drzewińskiego. Ładne, ładne, ale jak zwykle rozpacz człowieka dopada, gdy próbuje odnaleźć jakiś sens…

Ostatnim opowiadaniem numeru jest Intryga Andrzeja Drzewińskiego. Nie o smokach, nie fantasy, tylko taka groteska raczej. Ale czyta się i mi przynajmniej pasuje. Styl i warsztat są akurat na tyle dobre, by nie drażnić i nie odrywać od treści, a treść wprawdzie niezbyt mądra, ale wystarczająca na opko. Jak dla mnie najlepsza rzecz numeru.

Dalej mamy recenzję najmniej przeze mnie lubianej książki Strugackich (Miliard lat przed końcem świata) oraz, kuriozum, recenzję powieści, która w większości zajmuje się krewną autora i konkluzją, że Ursula Le Guin była prawniczką emigranta z Polski. Do tego wywiad z Boruniem (bez wodotrysków) oraz Jerry Pournelle wyjaśniający, dlaczego nie mają sensu wizje państwa “pasowców”, czyli górników zamieszkujących Pas Asteroid. Na zakończenie: wiersz autorstwa Briana Aldissa. Eee tam.

Ogółem, numer poniżej średniej.

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.