Czego nie lubię w serialach fantasy

Od pewnego już czasu wzbierała we mnie chęć wylania żalów i frustracji w postaci artykuliku, który Anglosasi nazywają rant. Lubię fantasy, w postaci zarówno drukowanej, jak i zwizualizowanej. Z tym, że im jestem starszy, tym bardziej mnie drażnią rzeczy, które kiedyś przyjmowałem jako część konwencji. Nie jestem w tych odczuciach osamotniony; a jednak mam zarazem ponure przeświadczenie, że choćby podobnie myślących byłyby tysiące, to i tak reżyserzy, scenarzyści  i producenci dalej by radośnie wstawiali różnego rodzaju “kfiatki“.

Tak naprawdę to niektóre z rzeczy, które mnie drażnią, zdarzają się równie często w innych gatunkach. Ale akurat niedawno obejrzałem właśnie serial fantasy, więc o fantasy pisać będziemy.

Debilne zbroje, czyli nikt nie celuje w pępek

Jak wygląda klasyczna bohaterka fantasy? Wiadomo. Obowiązkowo kusa spódniczka, ewentualnie cała w skórach. Stalowy biustonosz. Ramiona raczej nagie, bo wiadomo, na cholerę kobiecie naramienniki. Brzuch? Na wszystkich bogów, nie chcesz chyba sugerować, że wojowniczka ma zasłonić pępek?! Bluźnierstwo!

Ale przecież nie zawsze bohaterki odsłaniają pępek! Czasami zamiast tego wyglądają, jakby wyszły z lochów BDSM…

Coś okropnego. Mało co drażni mnie tak bardzo, jak rzekomo super wojowniczka, która zamiast ubrać się funkcjonalnie, przebiera się za kolejny wariant Xeny Wojowniczej Modelki. Niech już będzie, że nie ubierze zbroi, bo za ciężka i spowalnia ruchy. Ale, na litość boską, niech w takim razie ubierze się normalnie.

Są wyjątki. Wiele razy pisałem o Brienne z Game of Thrones, bo Brienne wygląda jak wojowniczka, nosi zbroję i wygląda tak, jakby faktycznie do tej zbroi pasowała.

Inna sprawa, to ogólna niechęć wszystkich bohaterów do noszenia hełmów. Tarcze czasami gdzieś tam się pojawiają, ale hełmy, panie, to dla pospólstwa są. Nie wiem w ogóle po co te hełmy wynaleziono, skoro w każdym filmie widać, że się ludzie świetnie bez nich obywają. Pewnie, jak ktoś próbuje łupnąć bohatera mieczem w łeb, to bohater oburzony gromi napastnika wzrokiem i wtedy napastnikowi robi się tak głupio, że łupie siebie, zamiast bohatera.

No dobra, ale hełmy jeszcze przeboleję, bo wiadomo – telewizja, trzeba pokazać twarz bohatera. I ze zbrojami kobiet też jakby ostatnio bywa lepiej. Ale jest jeszcze jedna rzecz, która doprowadza mnie do pasji: biegnie na bohatera facet w zbroi, pełnej płytowej, albo nawet kolczudze. I oto bohater tnie go płynnie przez brzuch. Normalnie byśmy się spodziewali, że usłyszymy brzdęk!, a facet w zbroi nawet nie zauważy, co się stało, ale nie: jakimś cudem bohater przecina zbroję jednym płynnym ruchem i ten w zbroi dramatycznie rozkłada ręce, padając na ziemię. Na zbroi nie widać śladu, miecz nie klinuje się, krwi nie ma, po prostu… najwidoczniej cięcie mieczem wykonane zostało starożytną chińską techniką ye-bu-du, bohater odpowiednim ruchem nadgarstka ustawił miecz pod takim kątem, że uderzenie przekazało energię ksi (a nawet xi, by było bardziej fantasy) i to ta energia przeszła przez zbroję, deformując wrogowi organy wewnętrzne.

Pozostaje tylko pytanie, to po grzyba oni wszyscy noszą te zbroje. Zapewne jako dekoracje po prostu, by pokazać widzowi: uwaga, to jest fantasy. Bo inaczej widz by się nie zorientował.

Bądź odważny i walcz w słusznej sprawie, a dopie*isz tysiącom

No właśnie, napisałem o tym bohaterze tnącym mieczem w zbroję płytową. Normalny człowiek by sobie nadgarstki nadwyrężył, albo co. Ale nie bohater. Bo bohater jest bohaterski, supermeński i w ogóle nadzwyczajny. Dlatego właśnie oderwany od pługa kurdupel nie ma problemu z zabiciem napakowanych, wytrenowanych drągali. Strasznie to jest wnerwiające.

Wygląda to mniej więcej tak: chuderlawy emo siedzi sobie w chałupce, wypatrując tęskno oczęta, i nagle pojawia się okazja. Trzeba stanąć po stronie dobra. Nasz emo wtedy łapie za mieczyk i staje, po dobra stronie, odważnie i heroicznie staje, lekko tylko zasapany. Emo wygląda przystojnie, zwinnie i metroseksualnie. Z łatwością mógłbym uwierzyć, że przebiegnie pięć kilometrów, wygra mecz w kosza, albo pomoże wnieść paczki bohaterce na siódme piętro. Ale tutaj on paczek nie nosi, nie! On staje przeciwko pięciu facetom, każdy dwa metry wzrostu i kłęby mięśni, każdy z toporem o wadze połowy naszego emo i co? I wiadomo co. Mięśniaki mają przerąbane. Nasz emo raz każdego puknie (w brzuch) patyczkiem i każdy mięśniak pada jak ścięty. Bba! Czasami emo się z mięśniakiem posiłuje i wygrywa, czystą siłą woli.

Czujecie to? Z jednej strony facet silny, uzbrojony, dla którego wojaczka to życie – z drugiej jakaś metroseksualna łajza, która właśnie wstała z fotela i pierwszy raz w życiu złapała za coś cięższego od widelca i kto wygrywa? No łajza oczywiście. Jakże by inaczej.

Bywa gorzej. Reżyser/scenarzysta uzna, że łajza jednak nie może walczyć mieczem, bo coś tam coś tam, więc łapie za łuk. A próbowaliście kiedyś napiąć łuk i trafić do celu? To nie jest tak łatwo. Do napięcia porządnego łuku trzeba jednak sporej siły. By w coś trafić, też trzeba nieco wysiłku. Naprawdę, nie bez powodu łucznicy kiedyś trenowali całe życie.

Ale to nie dotyczy bohatera. Bohater spojrzy, ktoś mu pokaże za co się łapie, raz strzeli, drugi raz strzeli i już – mistrz łucznictwa.

To samo dotyczy kobiet, ale o tym już pisałem (“Nie czepiaj się, przecież to fantasy”). Chuderlawa panienka z dekoltem, która na oko miałaby problem z pokonaniem na rękę astmatycznego szesnastolatka, łapie za półtorakilogramowy miecz i macha nim jak łyżeczką, bez problemu zbijając uderzenia zadawane przez potężnego mięśniaka. Próbowaliście kiedyś sparować uderzenie mieczem?

Kurcze, czy naprawdę to tak dużo, wymagać, by bohater/bohaterka pokonujący siłaczy chociaż wyglądali na takich, co mają dość pary w łapach, by mieczami pomachać? Czy naprawdę tak trudno by było pokazać, że jednak wieśniak bez treningu zawodowemu wojownikowi to może buty wylizać, a nie rozpruć brzuch jednym cięciem?

EDIT: kolega znający się na rzeczy twierdzi, że, cytuję: “dobrze zrobiona broń jest tak wyważona że praktycznie nie czuje się jej w rękach. A jeżeli potrafisz miecz utrzymać to po krótkim treningu sparujesz dowolne cięcie przeciwnika, nawet jak jesteś “Chuderlawa panienka z dekoltem””. Przypominam jednak, że piszę tutaj o przypadku kogoś, kto łapie za miecz pierwszy raz w życiu i macha nim jako pro.

Gdybyśmy jednego takiego bohatera mieli, to sami byśmy tę wojnę wygrali

No właśnie, bohateroza. Kiedyś mi to nie przeszkadzało, bo wiadomo, bohater to bohater, osoba z definicji wyjątkowa. Tyle, że kiedy widzi się jeden film o supermenie, drugi, trzeci, to człowieka zaczyna to trochę męczyć. Idzie bohater, przed nim trzech wrogów, trzy razy macha mieczem, padli. Idzie dalej, stoi wielkie bydlę w zbroi, bohater brew zmarszczy, dmuchnie, bydlę zdycha na ziemi. Bohater dalej sobie radośnie pomyka, po drodze zetnie oddział wojska, kwiatek zerwie, w zębach podłubie, odrąbie głowę złemu najemnikowi i pędzi dalej, nawet nie zasapany.

A słyszał ktoś o zasadzie nec Hercules contra plures? Dlaczego ci wszyscy wrogowie uprzejmie czekają i atakują pojedynczo, góra po dwóch, zamiast ruszyć hurmą? Jak to się dzieje, że bohater nawet się nie spoci? Każdego raz dotknie, patyczkiem popchnie i już – trup ściele się gęsto. Nie mogłoby być jak w Bravehearcie, gdzie w bitwie widać, że walka to ciężka robota? Gdzie ludzie sapią, machają mieczami, słaniają się ze zmęczenia – no widać, że to nie przelewki, że by ściąć komuś łeb, to trzeba się trochę napracować.

Doprawdy, wkurzające jest, gdy walka sprowadza się do bohater kontra główny zły, bo armia głównego złego robi tylko za pomniejsze przeszkadzajki. Po co ten bohater ukrywa się czasami, zamiast od razu pójść w pojedynkę szturmować zamek głównego złego, to ja nie wiem…

Wszędzie Ameryka

Kolejna wkurzająca rzecz to współczesność wielu filmów i seriali. Bohaterowie często zachowują się jak ludzie współcześni, a nawet, jeżeli w tle pałętają się jacyś zabobonni wieśniacy, to sami bohaterowie zwykle są sceptyczni gdy trzeba, piętnują bigotów, stają po stronie uciśnionych i tak dalej.

Brakuje mi tam mentalności typowej dla dawnych, plemiennych czasów, gdy ludzie niemal wszyscy byli zabobonni. Gdy o jakości broni decydowało nie tylko wykonanie, ale czarodziejska moc kowala. Gdy wierzono w rodzinę (składającą się z kuzynów czwartego stopnia) i plemię. Gdzie ślepo wierzono w tradycję, a ich naruszenie uważano za zbrodnię nie przeciwko ludziom, ale przeciwko bogom. Gdzie wreszcie królowała ksenofobia, każdy miał miejsce społeczeństwie, arystokraci za oczywiste uważali, że zasady honoru obowiązują tylko w stosunkach z innymi arystokratami, zabójstwa były na porządku dziennym. Gdzie ludzie nie byli indywidualnościami, ale członkami skomplikowanych struktur, a ktoś bez klanu/plemienia był nikim, autsajderem. Jednym słowem, brakuje mi inności. Chciałbym oglądać serial naprawdę fantasy, a nie współczesną Amerykę w sztafażu fantasy.

Inny przykład to skład etniczny. Ot, w jednej wiosce mieszkają obok siebie biały, Murzyn, Azjata. Dlaczego? Bo w Ameryce tak jest, i najwidoczniej scenarzystom i reżyserom trudno sobie wyobrazić, by istniały światy, gdzie jest inaczej – gdzie plemiona są ściśle od siebie oddzielone, gdzie nawet, gdy dwie grupy etniczne żyją na tym samym terenie – to żyją osobno. Nie razem – tylko obok siebie, według różnych praw. Do tego stopnia nie są w stanie sobie tego wyobrazić, że samo podniesienie tej kwestii uważają za rasizm.

A skoro już mowa o prawach – inna sprawa, to jak często w serialach fantasy (i sf!) widzimy odzwierciedlenie amerykańskiego stosunku do prawa? Niewinny jest niewinny dopóki nie udowodni mu się winy. Mamy adwokata, a czasami nawet osobno sędziego i ławę przysięgłych. Mamy często spisane prawa. Mamy wreszcie obrońców odwołujących się do współczucia, poczucia humanitaryzmu, albo współczesnych pojęć sprawiedliwości. A gdzie wola bogów? Gdzie dbanie o to, by obrażeni złym wyrokiem bogowie nie przeklęli społeczność?

Zabij mi kumpla, a pójdę za tobą w ogień

Zbyt gorąco, by się rozpisywać dalej, więc już zbliżać się będę do końca. Wiecie, co jeszcze mnie wkurza? Gdy mamy jakiegoś albo dobrego, albo złego, który zdobywa właśnie władzę i jakiś facet mu się stawia. Wtedy ten zdobywający władzę ktoś zabija faceta, który mu się stawia. Inni patrzą przerażeni na zabitego, na naszego ktosia, nasz ktoś wygłasza wtedy porywającą mowę i, nie uwierzycie, wszyscy postanawiają, że nasz ktoś jest super przywódcą!

Serio? A gdzie bracia, kuzyni, przyjaciele zabitego? Nikt nie chce go pomścić?

Gorzej – często antagonista bohatera jest wodzem jakiejś bandy i traktuje swoją bandę jak zbiór patałachów do odstrzału. Krzyczy na nich, traktuje jak idiotów, pomiata nimi, potrafi pobić, zabić. W porządku, może czasami takie coś się zdarza; ale na dłuższą metę mężczyźni idą za przywódcą z jakiegoś powodu. W tych filmach/serialach fantasy nie wiadomo, czym właściwie przywódca porywa swoich ludzi. Samym strachem?

Kto za to wszystko płaci?

Chciałem napisać więcej, ale wakacje, gorąc, nie mam siły. Zakończę więc ostatnim rachitycznym akapitem: gdy mamy serial/film, w którym ignorowane są wszelkie możliwe realia. Mała wysepka buduje gigantyczną flotę, nie wiadomo skąd biorąc wystarczającą liczbę rzemieślników i materiału. W środku zimy mamy olbrzymią armię, którą nie wiadomo kto żywi. Zbroje wykonuje się w kilka dni. Strzały machają od niechcenia. Materiały zawsze są dostępne. W oknach mamy szkło, w domach największej biedoty stoją porządne meble, byle wieśniak ma stado zwierzaków i własną ziemię

Tak, wiem. To fantasy.

I przyznaję – jeżeli historia jest dobrze opowiedziana, to te wszystkie rzeczy, o których napisałem, mogą mi nie przeszkadzać. Dobry serial, dobry film może mieć czternastoletniego chłopca, który spotyka mistrza, który go tak super wyuczy sztuk walki, że na czwarty dzień chłopiec bez problemu tłucze pięciu nasłanych przez Złego Władcę żołdaków. Ale im więcej takich szczególików, im więcej wkurzających nieścisłości, tym bardziej krytycznie podchodzę do historii, tym trudniej mi zawiesić niewiarę. A im gorsza historia, tym łatwiej mi dostrzec wkurzające detale. Weźmy Władcę Pierścieni: czym właściwie żywiły się orki i najemnicy ściągnięci przez Saurona w Morii, gdzie wszędzie królował popiół, a w zatrutej ziemi nic nie rosło? No czym? Diabli wiedzą. Ale historia jest tak dobra, że nas to nie obchodzi.Daleki jestem od skreślania opowieści tylko dlatego, że bohaterowie w czasie walki robią przerwy na pogaduszki i zamiast przywalić drugiemu w jaja, grzecznie napierają na siebie mieczami.

Po prostu, fajnie by było kiedyś zobaczyć serial, w którym takich wkurzających detali by nie było.

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.