Są pisarki i pisarze, którzy wywarli na mnie wpływ tak przemożny, że prawdopodobnie odcisnął się na wszystkim, co sam skrobię. Twórcy dzieł tak wspaniałych, że gdyby dziewięćdziesiąt dziewięć procent reszty literatury fantasy i science fiction nagle by spłonęło, to nikt nawet specjalnie łez by nie ronił nad popiołami – o ile by pozostały tylko książki tej małej grupki autorów. Do tego elitarnego klubu należy Ursula Le Guin.

Nie wiem, ile miałem lat, gdy pierwszy raz przeczytałem “Lewą rękę ciemności”. Odwiedzaliśmy znajomych ze wsi i nieco znudzony wertowałem ich biblioteczkę. Znalazłem tam “Pszczółkę Maję” i sumiennie przeczytałem od okładki do okładki – a skoro nie widziałem nic dziwnego w czytaniu takiej bajki, zapewne musiałem być dość młody. Gdy odłożyłem “Pszczółkę” na półkę, trafiłem na książkę zupełnie inną. Zacząłem czytać i wsiąkłem w świat cudownie odmienny, czarodziejski, wspaniały; świat wyrzeźbiony przez snycerkę słów o talencie tak potężnym, że graniczącym niemal z magią. Szczerze powiedziawszy, nawet nie jestem pewien, czy to na pewno była “Lewa ręka ciemności”, czy może “Czarnoksiężnik z Archipelagu” – bo po lekturze pozostał mi zachwyt i niewiele więcej. Zdaje mi się teraz, że mało co wtedy z książki zrozumiałem. Od tamtej jednak pory pokochałem Panią Le Guin.

Później, już dużo starszy, znalazłem więcej jej książek; łącznie cztery zachwyciły mnie talentem autorki do budowy klimatu i magicznych krain: “Lewa ręka ciemności”, “Najdalszy brzeg”, “Czarnoksiężnik z archipelagu”, “Słowo las znaczy świat”. Dopiero na studiach znalazłem inne z trylogii Hain, na przykład “Świat Rokannona”. W hotelu asystenta dopadłem jakieś podziemne, odbijane na powielaczu wydanie “Grobowców Atuanu”. To były książki dobrze napisane, ale jednak nie miały w sobie tej magii, którą odkryłem w pierwszych czterech powieściach Le Guin. Potem trafiłem na “Tehanu” i na zbiór opowiadań z Archipelagu i tymi rozczarowałem się straszliwie. Obie książki były najzwyczajniej nudne i czytało się je tak, jakby pani Le Guin koniecznie chciała wygłosić moralizatorskie wykłady. Uznałem, że talentu starczyło jej na pięć wspaniałych dzieł (bo słyszałem o jeszcze jednej dobrej książce, “Wydziedziczonych”, a ponieważ opinię wygłosiła osoba o pewnym dla mnie autorytecie, wierzę na słowo), a na starość skapcaniała, skostniała i popadła w jakieś ideologiczne zacietrzewienie. Tak wiem, prawdziwi fani Ursuli K. Le Guin w tym momencie parskają śmiechem, bo przecież ona napisała jeszcze to i to i jak mogę bezczelnie twierdzić, że ją uwielbiam, jeżeli tego i tego nie przeczytałem. Tyle, że ja naprawdę bałem się kolejnych rozczarowań. Bałem się, że pewnie do tej pory wydano najlepsze jej dzieła, a inne, nawet te najbardziej chwalone, mogą być podlane niesmacznym sosem ideologii – bo przecież “Tehanu” też mi zachwalono.

Źle myślałem.

Zdarzyło się, że mój syn odkrył Diunę Herberta, a w mojej biblioteczce brakowało “Kapitularza Diuny”. Syn nie mógł tego przeżyć i długo wiercił mi dziurę w brzuchu, bym “Kapitularz” nabył i to koniecznie w starym wydaniu, żeby pasował do reszty cyklu. Żal było kupować tylko jedną książkę (przepłaciłbym za transport), więc przy okazji nabyłem jeszcze “Dary” Le Guin. Nie spodziewałem się po niej zbyt wiele.

Książka, co ciekawe, podobno jest kierowane do tzw. młodych dorosłych, czyli takich już nie nastolatków, ale wciąż jeszcze nastolatka w sobie mających (nie, no znam definicję z wikipedii, ale i tak mnie śmieszy to rozróżnienie).  No cóż. Kolejny dowód na to, że nawet w wieku czterdziestu lat żaden ze mnie prawdziwy dorosły.

“Dary” nie są jednak powieścią, którą bym polecał każdemu. Napisane są stylem potoczystym, nieśpiesznym, pasującym do ludowej klechdy, do zwierzeń szeptanych przy świetle świecy, albo historii opowiadanych sennym głosem przy kominku. Podobno pisarz powinien pisać dynamicznie, operować krótkimi zdaniami – bo krótkie zdania nie męczą, bo łatwiej się je czyta – i znam takich pisarzy, którzy pewnie by przycięli każde zdanie tej powieści tak, by stała się dynamiczniejsza, by podkreślić akcję, uwypuklić punkty zwrotne, trzymać czytelnika w napięciu i tak dalej. Ale taki zabieg tę książkę by właśnie zepsuł, nie poprawił; jej urok polega między innymi i na tych długich zdaniach, i na nieśpiesznej akcji. Mi czytało się ją znakomicie, znacznie lepiej i szybciej niż dwie inne książki, które w tym samym czasie kupiłem na allegro.

Tak więc wiecie już, że słowa w “Darach” płyną leniwie, ale jeżeli wyobrażacie sobie wielką rzekę toczącą się rozlewiskami przez rozległe równiny, to jesteście w błędzie. Wyobraźcie sobie raczej mały, górski strumyk, krzaki rosnące na kamienistym podłożu, smagane wiatrem pola i zimne lasy, pełne poskręcanych drzew. Koniecznie sobie wyobraźcie, bo właśnie klimat w “Darach” jest bardzo ważny, chociaż przecież opisów nie ma tam zbyt wielu. Mamy góry, doliny, ubogie ziemie i twardych ludzi zamieszkujących wyżyny, gardzących miękkimi lalusiami z Nizin. Le Guin daje kilka kresek, wyobraźnia wypełnia resztę.

A więc twardzi górale, surowe otoczenie; to jeszcze mało, by powstała książka fantasy. Musi być magia i magia jest – w postaci tytułowych Darów, które przechodzą z matki na córkę, z ojca na syna. Dary straszne bardziej i mniej; od możliwości zabicia jednym spojrzeniem, po przywoływanie zwierząt. I mamy też bohatera, młodego chłopca, który czeka na swój Dar bardzo długo.

Historia nie jest jednak opowieścią o Darach. Magia istnieje, jest używana, giną ludzie, ale to wszystko dzieje się w tle, bo Le Guin interesuje co innego: dorastanie. Dorastanie do Darów – owszem, ale… nie tylko. Dorastanie w ogóle. A także wybór; zdobywanie sobie własnego miejsca w świecie. Dorastanie, ale także wyrastanie: wyrastanie z cienia rodziców. Opowieść o próbie sprostania oczekiwaniom i odnajdywaniu prywatnej ścieżki. Opowieść poniekąd zaskakująca, opowieść z przesłaniem – ale bez tego nieznośnego moralizatorskiego tonu, który tak bardzo nie pozwalał mi cieszyć się “Tehanu”.

Co więcej – przez pewien czas, w trakcie lektury, przy połykaniu kolejnych stron przychodziło mi na myśl, że to bardzo męska powieść. Bez psujów (spojlerów) trudno mi wyjaśnić dlaczego, jednakże pewne elementy tej historii trącały mocno struny w mojej duszy. Nie miałem jednak racji. Męska powieść zakończyłaby się inaczej. Bardziej sztampowo. Le Guin nie pisze męsko, kobieco zresztą też nie – bo cokolwiek by mi mówiono, naprawdę istnieją style bardziej kobiece  lub bardziej męskie – ona po prostu pisze po swojemu, nie dając się zepchnąć w żadne szuflady.

Oczywiście, biorąc pod uwagę tematykę, natychmiast nasuwają się porównania z Gedem i z jego dorastaniem, z jego godzeniem się z samym sobą i jego wędrówką w poszukiwaniu własnego miejsca w świecie. Świat Geda jest oryginalniejszy, bogatszy, posiada bez porównania więcej kolorów. A jednak dla mnie “Dary” mają więcej uroku i wydają się prawdziwsze, dojrzalsze niż “Czarnoksiężnik z Archipelagu”.

Czy powieść ma wady? Owszem. Dwie. Po pierwsze, jest bardzo krótka. W dzisiejszych czasach, gdy autorzy starają się tłuc tomiszcza jak najbardziej opasłe, gdzie koniecznie każdy musi zawrzeć retrospekcję, przemiany wewnętrzne, opis świata – co oczywiście nie da się zmieścić na mniej niż tysiącu stron – “Dary” wydają się mieć rozmiar niemal broszurkowy. Pozostaje po lekturze trochę niedosyt, bo choć historia jest domknięta, chociaż widać, że autorka powiedziała dokładnie to, co chciała – to jednak ciekawi, co jest dalej, to jednak nie chce się rozstawać z bohaterami. Drugą wada jest poważniejsza: to pierwsza część cyklu. Dwie pozostałe części od dziesięciu lat czekają na polskie wydanie (korekta rok 2021: są przetłumaczone. Kupiłem. Przeczytałem: recenzja “Głosów” jest tu, a “Mocy” tu).

Na koniec: ciekawostka. Ursula Le Guin napisała kiedyś do Playboya jedno opowiadanie, które podpisała tylko inicjałami. Dlaczego? Wydawcy chcieli ukryć, że była kobietą. Wstyd, wstyd wydawcy.

Spis wszystkich recenzji

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *