Fantastyk dawnych czar: numer 7 (22) 1984

Spis Treści (lista wszystkich zrecenzowanych Fantastyk)

Kolejna Fantastyka, którą przeczytałem dopiero teraz, kupiona w pakiecie dwudziestu egzemplarzy. Numer nieco słabszy od dwóch ostatnich (tj. 4 (19) oraz 5 (20) 1984) , jednakże trzyma poziom. Okładka na kredowym papierze, jednakże jak na mój gust brzydka i słabo zaprojektowana, w każdym razie poniżej przeciętnej dla czasopisma.

Reklamowany na okładce temat Polska Fantastyka w czterdziestoleciu w gruncie rzeczy zostaje wyczerpany na wewnętrznej stronie okładki, gdzie pan Niewiadowski rzuca całą listę nazwisk znanych i nieznanych – na przykład kompletnie nie kojarzę Czesława Chruszczewskiego, a Weinfelda nazwisko kojarzę i chyba nawet coś jego autorstwa w mojej biblioteczce stoi, ale nie mam pojęcia co i raczej nic nadzwyczajnego, bo inaczej zapamiętałbym chociaż jakiś detal, a tu nic.

W spisie treści brak powieści i komiksu, ale oczywiście zarówno powieść, jak i komiks są. Nie czytałem, bo brakuje mi numer poprzedniego, dwudziestego pierwszego.

W listach od czytelników: wyniki ankiety. Nic zaskakującego zrazu, większość to mężczyźni, głównie młodzież i studenci, w grupie osób pracujących zawodowo prawie trzy razy więcej ścisłowców. Zaskakujące są głosy na najlepsze opowiadanie: w pierwszej dziesiątce znalazł się (wprawdzie na ostatniej pozycji) tak zjechany przeze mnie sługa miasta. Większości opowiadań jednak nie czytałem, musiały trafić akurat do tych numerów, których (jeszcze) w posiadaniu nie mam. Do tego czytelnicy ponoć domagali się poezji, a redakcja radośnie ten postulat spełnia (o, wy świnie…).

Ilustracja zrobiona porządnie: M. Stryjecki, “List do Clearysów“.

Dział literacki otwiera krótkie opowiadanie Connie Willis, amerykańskiej pisarki mocno nagradzanej Hugo i Nebulami. List od Clearysów jednakże nie trafił w moje gusta. Gdyby to było pierwsze opowiadanie tego typu, o straszliwym zagrożeniu płynącym z broni atomowej, może przejąłbym się bardziej, ale tak – spłynęło po mnie nie wywołując żadnej emocji. Zapewne swego czasu takie opowiadania musiały być modne – mam wrażenie, że ta sama autorka poruszyła ten temat w innym opowiadaniu, “W Rialto” z 1989 roku, opublikowanym w Nowej Fantastyce w roku 1994. To drugie wydaje mi się napisała sprawniej i mocniej. Tutaj – mamy delikatnie zarysowany świat postapo, małą dziewczynkę i niby nie od razu wprowadzoną informację, że strasznie było, ludzie tragedie przeżywali i tak dalej. Nuda. Do tego mało zaskakujące coś, co być może miało być puentą.

A tutaj przykład stylu, który misiowi nie podchodzi. Ilustracja nieudana, M. Zalejski, “List do Clearysów”

A jednak opowiadanie to zdobyło Nebulę w kategorii najlepszego SF w ciągu dwóch lat przed 1983 rokiem. Idąc za linkami z wikipedii, można trafić na link do recenzji po angielsku, która cytuje również sporo negatywnych opinii, o tym, że opowiadanie jest mało odkrywcze. Sama recenzja jest jednak pozytywna i dzięki niej dostrzegłem drugie dno: na przykład, kompletnie przegapiłem, dlaczego bohaterka opowiadania ma na ręce oparzeliznę – na samym początku stwierdza, że za każdym razem, gdy pali w piecu, dotyka ręką drzwiczek i parzy się w to samo miejsce. Recenzja wskazuje, że dziewczynka nie robi tego bynajmniej przypadkowo, że w ten sposób ukrywa przed matką (i sobą?) objawy choroby popromiennej. Lubię takie drobne smaczki, ukryte dna, więc po przeczytaniu recenzji moja opinia o opowiadaniu sporo urosła. Chyba jestem jednym z tych leniwych, śpiących czytelników, na których narzeka John Kessel w swojej recenzji.

Connie Willis was always awake. It’s the readers who are asleep.

Realistyczna, kolorowa ilustracja, dobrze pasująca do treści opowiadania, autorstwa Bilewicza

Z kolei Idealna skrytka Henry’ego Kuttnera przeczytałem z przyjemnością. Kolejne opowiadanie z cyklu o genialnym uczonym Gallagherze… to znaczy, niezupełnie uczonym i niezupełnie genialnym. Gallagher tworzy dzieła genialne po pijaku, a na trzeźwo nie ma pojęcia, co zrobił i jak. Zwrot fabularny poniekąd przewidywalny, ale rzecz zabawna i pozostawiająca czytelnika w dobrym humorze. Mimo długości historia nie nuży. Skorumpowany prawnik bez skrupułów, pijany wynalazca narzekający, że wyrobił sobie odporność na alkohol i genialny wynalazek, który nie wiadomo jak działa – co nie przeszkadza prawnikowi z niego skorzystać – trudno o lepszą receptę na dobrą zabawę.

– Jesteś pijany.

-Usiłuję być – sprostował Gallagher. – Ale  z wiekiem nabawiłem się straszliwej odporności na alkohol. Okropnie dużo czasu mi to teraz zabiera. Przez twój telefon jestem dwa i pół drinka do tyłu.

A to proszę, też Zalejski, i dla odmiany realistyczne w stylu i pasujące do klimatu SF. Można? Można.

Trzecia pozycja w dziale prozy zagranicznej to Wartownik Arthura C. Clarka. Skądś to opowiadanie kojarzę, chociaż dopiero pod sam koniec doszedłem do wniosku, że już musiałem je czytać. Całość bardzo clarkowska, napisana bez fajerwerków, poprawna i sucha – oparta na jednym pomyśle, chociaż zawierająca także budzące lekką irytację wzmianki o parapsychicznych technologiach i naukowcu serio podejrzewającym istnienie księżycowej cywilizacji. Najsłabsza rzecz numeru.

Tak samo jak z Wartownikiem, tak samo z Tlatocetlem mam wrażenie, że musiałem już kiedyś czytać; tak samo pamiętam tylko końcowe akapity. Może z długim opowiadaniem Marka Oramusa zetknąłem się w jakimś zbiorku. Opowiadanie porządne, nieco dydaktyczne w formie, ale bez nachalności; ludzie są źli, no trudno, tacy są. Tacy powstali i trudno ich za to winić. Do tego szczypta filozofii. Ciekawe przez zmianę perspektywy opowiadanej historii oraz brak szczęśliwego zakończenia, oraz operowanie formą graficzną dla zaznaczenia zmian w świecie.

Granat (…) komuś mało zorientowanemu także wydaje się bezpieczny. Metalowa kula z uchwytem, solidna skorupa. Nie promieniuje i jest sterylnie czysty. A jednak potrafi z łatwością rozerwać ufnego kolekcjonera na strzępy.

Coś mi nie pasuje w tym opowiadaniu, chociaż nie wiem co. Niby czyta się dobrze, niby napisane sprawnie, a jednak mam niejasne wrażenie, że coś jest nie tak. Nie zrozumcie mnie źle, opowiadanie to uważam za lepsze (i to dużo lepsze) niż clarkowskiego Wartownika, ale jednak coś mi zgrzyta. Może dlatego, bo Oramus wrzucił tam tak wiele elementów, bo tak wielu chwytów użył, bo tak wieloma pomysłami chciał się podzielić. A przecież redakcja zapewnia, że ze względów technicznych opowiadanie i tak skróciła.

Hycle polują na psy dla zysku, a nie dlatego, ze stanowią miecz w ręku psiego Boga. Nie interesuje ich, ile razy odłowiony egzemplarz przekroczył normy – gdyby takie istniały wśród psów. A już co najmniej śmieszne byłoby posądzanie ich, że uśmiercają psy za przewiny całej populacji, za psią skłonność do zwady, kradzieży czy cudzołóstwa. Śmieszne jest to poszukiwanie w zwyczajnych sprawach głębokiej filozofii – a jednak nie potrafimy umierać bez tego.

Zgrzyta mi także początek – na weryfikatorium zaraz wytknięto by autorowi zaimkozę obecną w pierwszym akapicie i trudność wskazania, do kogo odnosi się zaimek “go” pojawiający się kilkakrotnie.

A ilustracji do Tlatocetla  nie pokażę, bo straszliwie szpecą one Oramusowe dzieło.

W dziale krytyki: Peteckiego Tysiąc i jeden swiatów (krótka zajawka, a nie recenzja), oraz Lem: recenzja Prowokacji (długa) oraz Kongresu Futurologicznego (krótka). Następnie książka Białczyńskiego, którego nie znam, który został zjechany za pierwszą próbę “wyjścia z getta” SF. Pisarz spróbował napisać coś głównonurtowego, no i ponoć mu nie wyszło. Ponoć w SF pisał prosto, realistycznie, sprawnie, a tutaj postanowił pójść w eksperymenta. Niepotrzebnie.

Dalej o Cortazarze, ale tego już nie czytałem, oraz poezja, którą z obrzydzeniem ominąłem. Dział naukowy Iłowieckiego tak samo (bo nie chcę sobie zarzucać mózgu teoriami sprzed tylu lat, dawno mogą już być obalone).

 

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.