Wszystkiemu winne stereotypy i brak wzorców osobowych!

Niniejszy wpis jest kontynuacją rozważań na temat przyczyn, dla których jest tak niewiele kobiet w informatyce. W pierwszej części rozważałem wpływ seksizmu i uznałem, że trudno uwierzyć, by seksizm odgrywał poważną rolę, w drugiej starałem się wykazać, że przyczyną tak wielkich dysproporcji raczej nie jest różnica w umiejętnościach. Zastrzegam tutaj, że oba te czynniki mogą wywierać jakiś wpływ, ale nie decydujący.

Obecnie zajmę się kolejnymi przyczynami postulowanymi przez znaną mi literaturę (oraz znane mi feministki): po pierwsze, stereotypy i zagrożenia stereotypami, a po drugie, brak wzorców osobowych dla młodych kobiet. Oba te czynniki miałyby odstraszać kobiety oraz powodować, że ich zdolności drastycznie maleją, przez co przestają rozumieć matematykę oraz tracą umiejętność stukania w klawisze. Jak zwykle streszczenie dla tych, co nie lubią za dużo czytać: uważam, że brak twardych dowodów na wpływ stereotypów i istnienia wzorców osobowych, zagrożenie stereotypem uważam za pseudonaukowe brednie, ale z drugiej strony być może jakąś rolę czynniki te odgrywają, chociaż trudną do skwantyfikowania.

Na wstępie przyznam, że w czasie poszukiwań materiałów przy tworzeniu tego wpisu znalazłem kilka artykułów (po angielsku) znakomicie prezentujących argumenty, które chcę przedstawić i w sumie mógłby je po prostu podlinkować i powiedzieć: mata, czytajta. Skoro jednak już zacząłem pisać, to dokończę, zwłaszcza, że tamte artykuły jednak są po angielsku.

Wpływ wzorców osobowych

Argument o wpływie wzorców osobowych głosi, że kobiety nie chcą studiować informatyki, bo jest za mało znanych kobiet-informatyków. To znaczy: kiedy mały Wojtek widzi strażaka, myśli: łał, jakie to fajne, ja też chcę! Kiedy mały Wojtuś słyszy o Turingu, to myśli łał, faceci mogą być informatykami, ja też chcę! Natomiast mała Iza nie widzi kobiet-informatyków, tylko facetów informatyków. Mała Iza identyfikuje się z innymi kobietami, a więc skoro nie widzi kobiet-informatyków, to trudno jej zainteresować się informatyką. Gdyby natomiast mała Iza wiedziałaby o Adzie Lovelace, natychmiast by pomyślała: Ada była kobietą, ja też jestem, to może ja też mogłabym zostać sławną programistką?

Na pierwszy rzut oka rzecz wydaje się rozsądna. Łatwiej nam identyfikować się z osobami własnej płci. Gdy dzieci myślą, kim mogłyby być w przyszłości, faktycznie mogą szukać wzorców osobowych, z którymi mogłyby się utożsamiać. Problem polega na tym, że (a) mnóstwo dzieci utożsamia się ze strażakami, ale niewiele nimi zostaje (b) nie wystarczy chcieć kimś zostać, by móc i (c) z moich osobistych doświadczeń nie wynika, by to odgrywało jakąkolwiek rolę w moich wyborach.

Co do (a), to wielu ludzi może podziwiać graczy w koszykówkę, wielkich pianistów, szachistów i tak dalej, a mimo to może nie decydować się, by zostać graczami, pianistami, szachistami i tak dalej. Można także nie mieć żadnych wzorców osobowych, a mimo to zdecydować się na wybór jakiegoś zawodu lub hobby. Na przykład, dzieci mogą zacząć się bawić klockami, nie dlatego, bo “inne dzieci się bawią klockami”, tylko dlatego, bo zabawa klockami jest fajna.

Z drugiej strony (bo zawsze jest jakaś druga strona) faktycznie wzorce osobowe mogą odegrać rolę. To znaczy, jeżeli mały Wojtek widzi codziennie setki zabawek, i zobaczy jak mały Jaruś bawi się klockami, to może pomyśleć: mały Jaruś jest podobny do mnie, jemu się klocki podobają, to może mi też się spodobają? Ostatecznie, mały Wojtuś musi czegoś spróbować, by stwierdzić, czy mu się to podoba, czy nie; a nie jest w stanie spróbować wszystkiego. Teoretycznie więc można by uznać, że istnienie wzorców osobowych (jednostek podobnych do mnie) może wpływać na nasze wybory (bo skoro X jest podobny do mnie i coś mu/jej się podoba, to może spodoba się i mi?). Teoretycznie. W praktyce bowiem jest to bardzo trudne do sprawdzenia i przetestowania w rzeczywistości.

Przejdźmy do punktu (b). Nieważne, jak bardzo podziwiałbym Michaela Jordana i jak bardzo chciałbym być jak on (nie chciałbym, to przykład taki), samo chcenie nie wystarcza. Do koszykówki przydaje się jednak wzrost i odrobina talentu. Tak samo mały Wojtuś mógłby marzyć o tym, by być jak Sheldon Cooper, ale jeżeli małemu Wojtusiowi brakuje inteligencji, to fizyki nie zrozumie, na studia się nie dostanie, i nie będzie taki, jak Sheldon. Co więcej, ludzie, mimo efektu Krugera-Dunninga, jakieś jednak tam pojęcie o swoich zdolnościach mają. Jeżeli więc Wojtuś podziwia Sheldona i chciałby być jak on, ale zarazem zauważy, że fizyka jest troszkę jakby za trudna, to na studia nie pójdzie i wybierze inną ścieżkę kariery. Argumentowałem wcześniej, ze akurat różnice w zdolnościach między kobietami a mężczyznami są za małe, by wyjaśniać dysproporcje płci w zawodzie, ale, co postaram się dokładniej wyjaśnić w kolejnym artykule z cyklu, czym zupełnie innym są różnice w preferencjach.

W moim przypadku ja nie poszedłem na informatykę, bo znałem innych informatyków. Poszedłem, bo kiedy zobaczyłem pierwszą grę komputerową, byłem absolutnie oczarowany, zafascynowany tym, co zobaczyłem. Komputer był dla mnie najcudowniejszą zabawką na świecie i chciałem pisać programy, gry, chciałem mieć komputer, chciałem przy nim siedzieć, zmuszać go do wykonywania moich poleceń. Nie miałem pojęcia, kto stworzył komputery, czy programiści są facetami, czy kobietami. Nie znam także nikogo wśród przyjaciół, kto by stwierdził w młodości usłyszałem o Alanie Turingu i postanowiłem być jak on albo zafascynowała mnie historia Billa Gatesa i postanowiłem pójść w jego ślady. Takie rzeczy widuję tylko na filmach, gdzie jakaś kobieta wyznaje, że usłyszała o jakiejś sławnej personie i tak ją podziwiała, że poszła w jej ślady. W moim świecie wśród moich wszystkich znajomych najpierw była fascynacja komputerami, a dopiero potem fascynacja ludźmi, którzy potrafili z komputerami robić cuda. W przypadku zaś mojej żony-informatyka, poszła na studia, bo nie była pewna, co robić w życiu, a informatyka dawała nadzieję dobrych zarobków.

Co więcej: teoria wzorców osobowych nie wyjaśnia, dlaczego mamy tak wielu kobiet-notariuszy. Kobiet-sędziń. Kobiet-adwokatów. Zawody prawnicze uznawane były kiedyś za ściśle męskie, wciąż pokutują stereotypy o surowym prawniku płci męskiej, “sędzina” wciąż brzmi dziwnie dla naszego ucha… a jednak na kierunkach związanych z prawem, administracją i biznesem kobiet jest lekko licząc dwie trzecie, i blisko dwie trzecie sędziów to kobiety.

Równocześnie od blisko trzydziestu lat w filmach pokazywane są kobiety-programiści, hakerzy i tak dalej. Matrix, z hakerką Trinity, ma już dwadzieścia lat. Hackers z kobietą genialną hakerką pochodzi z roku 1995. Jak to jest, że obecnie w tradycyjnie męskim zawodzie notariusza kobiet jest zatrzęsienie (mimo braku wzorców osobowych, poza może z najbliższej rodziny/znajomych), a informatyczek jakby mniej?

No właśnie, ktoś powie: bo to chodzi także o wzorce osobowe w najbliższym otoczeniu. Ciotkę informatyczkę. Znajomą genialną hakerkę. Może i tak, ale jak to udowodnić? Wreszcie, jak to wyjaśnia szturm kobiet na typowo męski kiedyś kierunek, jakim jest prawo? Albo, dlaczego obecnie psychologia zdominowana jest przez kobiety?

Jak dla mnie więc, chociaż teoria ta możliwe, że jakiś wpływ ma, nie sądzę, by można było ją udowodnić (albo jej zaprzeczyć) i trudno mi uwierzyć, by to właśnie brak wzorców osobowych znacząco wpływał na dysproporcję płci na studiach informatycznych: bo wzorce są: mimo wszystko, kobiety-informatyczki są, są obecne w filmach od wielu lat, są też nachalnie promowane znane kobiety informatyczki; oraz ponieważ są inne, tradycyjnie męskie zawody, gdzie kobiet jest od groma, chociaż trudno mi wskazać jakieś sławne wzorce osobowe (np. sławne kobiety-notariusze).

Istnienie różnic a istnienie stereotypów o różnicach

Bardzo podobnym, chociaż nie identycznym argumentem jest istnienie stereotypów “męskich” lub “żeńskich” zawodów. To znaczy, ludzie w naturalny sposób szufladkują sami siebie w pewne kategorie. Ludzie to konformiści i starają się odkryć, kim są w społeczności, czego społeczność od nich oczekuje, a potem usiłują się do oczekiwań dopasować. W takim wypadku mężczyźni w naturalny sposób będą grawitować w stronę zawodów i ról uznawanych za “męskie”, a kobiety w stronę zawodów uznawanych za “żeńskie”. W takim wypadku, można argumentować, kobieta nawet interesująca się informatyką, uzdolniona w tym kierunku i tak dalej, mimo wszystko wybierze inny zawód, jeżeli ulegnie panującemu stereotypowi, że informatyka jest zawodem “męskim”.

Odpowiedzieć na ten zarzut można dwojako. Po pierwsze, stereotypy często są odzwierciedleniem rzeczywistości (i istnieje całkiem sporo artykułów naukowych pokazujących dokładność wielu stereotypów, chociaż za badania poświęcone stereotypom można wylecieć z uczelni). To znaczy, jest taki stereotyp, że pijacy śmierdzą i faktycznie, pijacy często śmierdzą. Jest stereotyp, że brody częściej noszą mężczyźni niż kobiety i – co za zdziwienie, istotnie łatwiej dostrzec na ulicy brodatego mężczyznę (chociaż brodate kobiety też się mogą zdarzyć). Samo istnienie stereotypu nie oznacza, że ten stereotyp kształtuje rzeczywistość.

Częstym przykładem, który znajome feministki rzucają w rozmowie ze mną, jest jakieś studium o zdjęciu noworodka pokazywanego ludziom. Ludzie dostają to zdjęcie i mają zawyrokować, czy noworodek na zdjęciu jest zadowolony czy tez zagniewany. W zależności od tego, czy mówi się to zdjęcie chłopca czy też to zdjęcie dziewczynki ludzie inaczej (średnio) oceniają stan emocjonalny dziecka na zdjęciu. Chłopca częściej oceniają jako zagniewanego, a dziewczynkę jako zadowoloną (czy też spokojną, nie pamiętam dokładnie).

Oczywistym problemem jest to, że aczkolwiek samo studium jest ciekawostką, ono niczego nie dowodzi. Owszem, aby dowieść, że jakiś stereotyp wpływa na zachowanie, najpierw trzeba dowieść, że stereotyp istnieje (bo gdyby nie istniał, nie mógłby mieć wpływu). Ale pokazanie, że stereotyp istnieje, nie dowodzi, że ma wpływ na cokolwiek. To znaczy, fakt, że noworodki-chłopcy są oceniani jako gniewni nie musi wcale powodować, że chłopcy później są bardziej agresywni niż dziewczynki. Jako przykład oczywisty rozważmy film ogona nieznanego zwierzęcia. Jeżeli ten ogon macha, to w zależności od tego, czy ktoś mi powie, że to ogon kota, czy też psa, inaczej odpowiem, co to machanie oznacza. Stereotypy istnieją dlatego, ponieważ nasza wiedza na temat rzeczywistości ma luki, i stereotypy te luki zapełniają (podświadomie). Zwykle jednak normalni ludzie używają stereotypów tylko w sytuacji braku informacji i po pojawieniu się potrzebnych informacji, powinni używać tych informacji (czy jest tak, jak powinno, to już inna sprawa). Fakt istnienia stereotypu może być po prostu uśrednieniem osobniczych doświadczeń. Ja osobiście mam różne stereotypy na temat zachowania ogolonych muskularnych mężczyzn w dresach, ale naprawdę nie sądzę, by to właśnie te stereotypy powodowały ich zachowanie.

Tak więc jeżeli istnieje stereotyp, że informatyk to mężczyzna, to wcale nie musi on być powodem faktycznie istniejących różnic w liczbie mężczyzn/kobiet w informatyce. Wprost przeciwnie; stereotyp może (chociaż oczywiście, nie musi!) być odzwierciedleniem rzeczywistości – być może, rzeczywistości sprzed lat, a więc może być nieaktualny. Skoro większość spotykanych informatyków to mężczyźni, więc pojawia się odpowiedni stereotyp. Czy ten stereotyp ma potem wpływ kształtujący rzeczywistość, to już inna sprawa, którą należałoby jakoś udowodnić – tymczasem znane mi feministki zwykle kończą na wykazaniu, że sam stereotyp istnieje.

Dygresja: pisząc “feministki” mam na myśli jedna moją cudowną koleżankę, oraz kilka anonimowych feministek, z którym dyskutowałem na sieci. Zdumiewa mnie jednak jednolitość używanych przez nie argumentów i identyczna odporność na moje zarzuty. Naprawdę one wszystkie wcześniej czy później rzucały we mnie tym samym studium o zdjęciach noworodków. Samo studium nawet nie czytałem, wierzę, że istnieje i naprawdę zawiera takie wyniki, jak to streściły mi koleżanka i anonimowe dyskutantki.

Dobrze, to była pierwsza odpowiedź: że należy dowieść nie tylko istnienie stereotypu ale także to, że istniejący stereotyp kształtuje rzeczywistość, a nie tylko jest jej odzwierciedleniem. Pozostaje jeszcze jedna sprawa: otóż w przeszłości istniał stereotyp, że praktycznie każdy zawód jest męski. Pierwsi psycholodzy – to mężczyźni. Gdy myślę “psycholog”, zaraz pojawia mi się obraz Bruce’a Willisa oraz Zygmunta Freuda. Sędziowie – to przecież surowi, starsi mężczyźni w togach. A jednak kobiety zdobyły szturmem te zawody i obecnie są one sfeminizowane. Stereotyp sędziego pozostał, nie nadążając za rzeczywistością. Z drugiej strony, mamy już teraz stereotypową nauczycielkę; tutaj stereotyp się zmienił. Dogonił rzeczywistość.

Można by argumentować, że najpierw pojawiają się pionerki, dzięki którym do zawodu trafia coraz więcej i więcej kobiet, co powoduje z kolei, że zmieniają się stereotypy i coraz więcej kobiet zaczyna trafiać do zawodu. Owszem, ale dlaczego taki mechanizm zadziałał dla zawodów takich jak psycholog, notariusz czy sędzia, a nie zadziałał dla zawodu informatyka?

Efekt zagrożenia stereotypem

Trochę innego rodzaju argument dotyczy negatywnego wpływu stereotypów na wyniki testów kobiet (i nie tylko). Niezbyt pasuje to do reszty tego wpisu, ale z drugiej strony piszę właśnie o stereotypach, więc równie dobrze mogę wyrazić swoją opinię na ten temat. Opinię tę da się streścić w dwóch literach: BS. Czyli po polsku, GP (g..o prawda).

Zagrożenie stereotypem miałoby polegać na tym, że kobiety, którym przypomina się o stereotypie “kobiety są gorsze z matematyki” przeżywają niepokój (ang. anxiety), co negatywnie wpływa na ich wyniki z testów – co w efekcie podminowywałoby ich wiarę w siebie i skutkowało ostatecznie, że rezygnują ze studiowania na STEM (tj. m.in. na informatyce).

Należy podkreślić, że jak poprzednio, nie wystarczy tutaj pokazać, że stereotypy istnieją, i że kobiety mają gorsze wyniki z testów; należy zaprojektować eksperyment, który by wykazywał, że faktycznie w sytuacji zagrożenia stereotypem postulowany efekt występuje. Jest to trudne, ponieważ zakłada to, że kobiety mogą być mniej/bardziej zagrożone stereotypem; jeżeli efekt występowałby cały czas (tzn. kobiety raz by zinternalizowały stereotyp i to by wpływało na ich wyniki, niezależnie od tego, czy świadomie o tym pamiętają, czy nie) to trudno byłoby zaprojektować eksperyment pokazujący, że to właśnie stereotyp wpływa na wyniki (bo trzeba by wziąć grupę dziewczyn i od niemowlęctwa wychowywać je w hermetycznych warunkach, w których w życiu by o stereotypie nie słyszały).

Pomijając jednak inherentne trudności w zaprojektowaniu  eksperymentów, wielu badaczy podjęło wyzwanie. Na przykład, jednej grupie przed testem mówiąc, że kobiety są gorsze, a innej nic nie mówiąc. W efekcie powstał obszerny korpus artykułów pokazujących, że samo wspomnienie płci/rasy na teście potrafi wywołać przypomnienie stereotypu i negatywnie wpłynąć na wyniki. Problem polega na tym, że powstało także dużo artykułów pokazujących albo brak wpływu stereotypu (zob. na przykład Flore, Mulder, Wicherts 2019; zwróćcie proszę uwagę, że w tym raporcie znacznie więcej dziewczyn wierzy w stereotyp “dziewczyny są lepsze z matmy” niż odwrotnie!), albo wręcz wynik wprost przeciwny. Metaanalizy regularnie wskazują, że albo efekt nie istnieje, albo jest raczej nikły.

Problem polega dalej na tym, że istnieją poważne powody pozwalające podejrzewać, że artykuły przeczące zagrożeniu stereotypem mają większe trudności w publikacji, co mogłoby wskazywać, że nawet metanalizy wykazujące istnienie takiego efektu, robią to tylko dlatego, bo po prostu publikowane są przeważnie wyniki badań wspierających istnienie efektu zagrożenia stereotypem.

Moje własne doświadczenia z dyskusji na ten temat tym bardziej skłaniają do sceptycyzmu. Na przykład jest taki szeroko cytowany artykuł Steele, Aaronson na temat wpływu zagrożenia stereotypem na wyniki testów Afroamerykanów. Nawet w polskiej wikipedii przez pewien czas ten artykuł był cytowany jako pokazujący, że rzekomo w sytuacji bez zagrożenia stereotypem Afroamerykanie mają takie same wyniki, jak biali. Nawet, gdy poprawiłem treść tak, by odzwierciedlała treść (i w sytuacji zagrożenia stereotypem, i bez niej Afroamerykanie mają gorsze wyniki, ale w sytuacji z zagrożeniem mają gorsze, niż można by to przewidywać na podstawie ich wcześniejszych wyników testów), pozostał dalej błędnie opisany rysunek. To skłania mnie do przypuszczeń, że być może w przypadku innych artykułów ich wyniki mogą być również rozdmuchane.

Podsumowanie

Podsumowując, argumentuję, że brak wzorców osobowych oraz istnienie stereotypów nie wyjaśnia dysproporcji liczby kobiet w informatyce, przede wszystkim dlatego, bo identyczne warunki istniały dla wszystkich zawodów, a jednak w tych zawodach liczba kobiet szybko wzrosła do tego stopnia, że często one teraz dominują te zawody (np. notariusz). W informatyce tymczasem proporcja kobiet specjalnie się nie zmienia. Skoro tam brak wzorców i stereotypy nie przeszkodziły, dlaczego tutaj akurat przeszkadzają?

W kolejnej części spróbuję przedstawić dwa wyjaśnienia, które w mojej opinii wydają się wiarygodne.

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.