Fantastyk dawnych czar: Numer 2 (17) 1984

Spis Treści (lista wszystkich zrecenzowanych Fantastyk)

Omawiany numer kupiłem na allegro razem z kilkoma innymi, w pakiecie dwudziestu egzemplarzy za 46.41 razem z transportem. Stan – bardzo dobry. Na wewnętrznej stronie okładki mocny akcent, przypominający, że rzecz pochodzi z lat 80tych: zawiadomienie o spotkaniu pisarzy krajów socjalistycznych i o polskich staraniach, by stworzyć wspólny almanach o twórczości pisarzy socjalistów.

We wstępniaku Hollanek posępnie o technice, końcu stulecia, jesieni i Gwiezdnych wojnach oraz radzieckich towarzyszach-literatach.

W listach od czytelników pisarz J.N. twierdzi, że za dużo debiutantów i że wydawcy za bardzo się starają, by debiutanci byli, przez co w antologiach jest mnóstwo opowiadań poniżej poziomu druku. Ho ho, do debiutów łapie się byle kogo, byle tylko się pochwalić, że ma się młodych pisarzy i się ich drukuje. No i patrzcie, posłuchali wydawcy pana pisarza J.N. i już teraz nie łapią do debiutów byle kogo. Po prawdzie, nie łapią już prawie nikogo :D.

Oprócz tego: czytelnicy kłócą się o to, czy w Fantastyce powinna być poezja, z przewagą głosów, że po grzyba. Redakcja się wtrąca, wygłaszając poważnie kompletnie niezrozumiałą opinię, z której trudno wywnioskować, czy jest za, czy przeciw.

Była kiedyś sobie taka bajka o podróżniku mapującym nieznane tereny. Ktoś się chyba tą bajką zasugerował…

Pierwsze opowiadanie jest autorstwa Poula Andersona, autora znakomitego Trzy serca i trzy lwy. Najdłuższa podróż zaczyna się niemrawo, napisana jest także stylem miejscami trochę kulawym – chociaż to może wina tłumacza, a nie autora – ale jest opowiadaniem całkiem niezłym, melancholijnym w tonie, z niebanalnym przesłaniem. Przesłaniem, które wprawdzie już widziałem w różnej formie w kilku opowiadaniach i powieściach, ale wciąż na tyle rzadko, że nie jest oklepane. W skrócie: warto szukać własnej drogi. Opko ma tylko jedną wadę – w połowie lektury przerwałem i klnąc polazłem nalać sobie czegoś do picia. Dlaczego? Bo zawiera pomysł identyczny do tego, na którym oparłem Ślepego Posłańca!! Do diabła!!! Czy naprawdę niczego człowiek nie jest w stanie nowego wymyślić, bo zawsze znajdzie się jakiś Anderson, który wpadł na to wcześniej?!

Jedna z dwóch ilustracji do “Ktoś żyje w tym wietrze”. W drugiej są cycki, więc nie wstawiam, bo jeszcze ktoś mnie o szerzenie rozpusty i pornografii oskarży…

Dużą zaletą Fantastyki jest to, że wystawia na literaturę spoza anglosfery. W tym wypadku redaktorzy postanowili przetłumaczyć opowiadanie hiszpańskojęzycznego autora z Chile, podobno znanego, i samo opowiadanie też podobno należące do klasyki tamtego kręgu kulturowego (klasyki SF). Autor nazywa się Hugo Correa i oczywiście w życiu o nim wcześniej nie słyszałem. Jego Ktoś żyje w tym wichrze pochodzi z roku 1958 i muszę przyznać, że coś w tym utworze jest. Język i warsztat jest poprawny, chociaż nie porywa, akcja też bez fajerwerków, ale jednak… utwór ma swój klimat i pewnie go zapamiętam.  Oprócz tego opowiadania oraz jednego innego w pewnej antologii literatury iberoamerykańskiej, żadne  inne jego utwory (opowiadania albo powieści) nie zostały już przetłumaczone na język polski.

Ilustracja do utworu  jest bardzo ciemna, przez co kilka zdań zlewa się z tłem. Przynajmniej w egzemplarzu, który posiadam.

Kolejne opowiadanie krótkie, autorstwa Jacka Williamsa, o najgorszym możliwym tytule: Szansa dla dinozaurów. Zdradzić zakończenie w tytule, to dopiero trzeba mieć talent – i to w krótkiej formie, gdzie właśnie zaskakujące zakończenie byłoby zaletą. Utwór strasznie chropowaty, tłumaczony przez Bogdana Barana – już widzę, jak niektórzy na weryfikatorium by się pastwili nad niektórymi fragmentami. Spoza kulawych zdań przebłyskuje jednak talent i sporo zapadających w pamięć obrazów, a gdyby nie ten okropny tytuł, to może i zakończenie faktycznie by było zaskakujące.

Nadała mu imię Aleksander i karmiła górnymi marzeniami. (…) Kiedy przeszedł do koszykówki, która w Longhorn była na poziomie, trener stwierdził u niego niezdolność do kolektywnej gry.

Na Szansie dla dinozaurów kończy się część z prozą zagraniczną i wkracza radośnie rozkrzaczona proza polska. O jeżu ogrodowy, za co. Tadeusz Patulski raczy nas efektem swojej fascynacji Gombrowiczem i Witkacym, w postaci opowiadania Pieśń różowej skały – opowiadania okropnego, nadętego, artystowskiego. Nie wiadomo, o co w nim chodzi, napisane niejasno i koślawo i tym razem nie da się tego zrzucić na tłumacza. Spójrzcie na ten fragment:

Skała zaczęła się dzielić na szkło. (…) Lewa część wystrzeliła w górę i oto nad nami zawisła biała katedra dźwięku. Tymczasem prawa poszybowała w odległy horyzont tworząc przenajświętszą pajęczynę. Dźwięk uderzał o ściany Cody, przesuwał się po szybach i znowu wystrzelał w stronę jedynej gwiazdy. Z tego odmętu, z tego pomieszania białego dźwięku wolno, milimetr po milimetrze rodziło się lustro

Okropne, prawda? Na szczęście, lubimyczytac.pl twierdzi, że to jego jedyne opowiadanie. Dobre i to. Na fantaście ktoś temu okropieństwu dał dwie gwiazdki. Na Encyklopedii Teatru też jest jakiś Patulski, może ten sam.

W środku powieść w odcinkach, Formy Chaosu Colina Kappa. Pamiętam, że pierwsza część, którą przeczytałem w Fantastyce, wywarła na mnie kolosalne wrażenie. Potem upolowałem całą książkę i szykując się na ucztę nie lada połknąłem w jeden wieczór. I… trochę mnie rozczarowała. Głównie dlatego, bo pierwsza część była tak dobra, zapowiadała tak cudowny dalszy ciąg, że trudno było dorównać moim oczekiwaniom. Książkę i tak warto przeczytać, polecam, po prostu spodziewałem się dzieła genialnego, a zamiast tego otrzymałem coś ponadprzeciętnie dobrego.

No właśnie, to musiała być zagwozdka dla grafika. Opowiadanie składające się z czterech części, każda nieco o czym innym i o nieco innym klimacie. Wojak i helikopter pasują do początku, ale nijak nie zapowiadają, o czym jest reszta…

Dalej dzieło Andrzeja Augustynka, Atak. Opowiadanie nierówne, jakby autor nie do końca wiedział, o czym chce napisać. Zaczyna się nieźle, potem przechodzi w klimaty powiedziałbym zajdlowskie, by zakończyć się chaotycznie. Ten utwór czytałem już wcześniej, bo zostało potem opublikowane w dwóch zbiorkach (oba były w moim posiadaniu): w Spotkaniu w przestworzach 7 (ten zbiorek wciąż mam) oraz w Trzeciej Bramie (ten miałem, i za cholerę nie mogę teraz znaleźć). I na tym opowiadaniu kariera pisarska pana Augustynka się zakończyła. A szkoda, bo jego dziełko jest, w moim zdaniu, o niebo lepsze od Patelskiego, jak na debiut nie jest złe i kto wie, w jakim kierunku by jego pisarstwo wyewoluowało. Zamiast tego pan Augustynek zajął się karierą naukową i wydał już książki tylko z zakresu psychologii.

W dalszej części numeru coś o Poem, że był nieuporządkowany, nieoczytany, niechlujny i zaledwie przeciętny… i bardzo dobrze, że taki był, bo Poe oczytany, uporządkowany i z precyzyjnym warsztatem napisałby kilka opowiadań i nikt by ich dziś nie pamiętał. A tak, na swój bałaganiarski sposób wszedł do historii literatury.

Wywodów o Leśmianie nie czytałem, pominąłem też leksykon autorów i artykuły popularnonaukowe (m.in. i gorylicy Koko). Z zainteresowaniem za to przejrzałem relację z pobytu redaktorów w Dzierżoniowie, zwłaszcza raport o tym, jak musieli zbierać wodę do miednic, bo wodociągi działały tylko w określonych godzinach. Rozczuliło mnie także narzekanie czytelników na zaledwie stu pięćdziesięciotysięczny nakład czasopisma.

 

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.