Fantastyk dawnych czar: Numer 11-12 (14-15) 1983

Spis Treści (lista wszystkich zrecenzowanych Fantastyk)

Od tego numeru zaczęła się moja znajomość z Fantastyką. Mój własny egzemplarz został sczytany do szczętu, zanim zaginął gdzieś w którejś z szaf w rodzinnym domu. Zaginął, albo został zaginięty, bo pozostała mi po nim porysowana i poniszczona okładka (jako młody człowiek podchodziłem dość nonszalancko do zagadnienia, jak należy odpowiednio traktować książki i czasopisma). W tym roku, jak już pisałem, kupiłem cały pakiet numerów archiwalnych na allegro i między innymi trafił w moje ręce także – ponownie – właśnie ten. Pierwszy przyjaciel. Przewodnik do świata SF. Bez żadnej przesady mogę napisać, że wypakowując paczkę z tym numerem czułem prawie łzy w oczach.

Na dodatek poprzedni właściciel traktował swoje zbiory znacznie lepiej niż ja moje, dzięki czemu w moje ręce trafił teraz numer w relatywnie dobrym stanie (jak na czasopismo wydrukowane, bagatela, trzydzieści sześć lat temu). Tym przyjemniej jest trzymać go w ręku.

Oczywiście, gdy moi rodzice (chyba ojciec, a może siostra?) zakupili Fantastykę, miałem lat siedem, więc raczej przeglądałem tylko obrazki, albo coś tam może sobie literowałem. Chodziłem do pierwszej klasy podstawówki. Niemniej egzemplarz od razu sobie przywłaszczyłem i później czytałem wielokrotnie.

Tyle zostało z mojego egzemplarza. Porwana, pomazana pisakami okładka.

Najlepsze w nim było to, że miał podwójną objętość. Dziewięćdziesiąt stron porządnych opowiadań: łącznie siedem zagranicznych i pięć polskich. Dwa nazwiska, które powinny być znane każdemu fanowi SF: Niven i Kres, plus parę mniej znanych, ale też nie całkiem zapomnianych.

Pierwsze opowiadanie z numeru jest autorstwa Larry’ego Nivena – no wiecie, tego od Pierścienia. Moja Tęcza na horyzoncie sporo tej powieści zawdzięcza – podróż niezgranej ekipy po nieznanym świecie, dysponującej techniką znacznie lepszą od tubylców, plus niezwykłość świata to patent w gruncie rzeczy zaczerpnięty z tej powieści – chociaż szczerze, dopiero po napisaniu więcej jak połowy tekstu zorientowałem się w podobieństwach. Tutaj Niven raczy nas opowiadaniem bardzo klasycznym, typowym twardym SF opartym na jednym pomyśle. Takim typowym idea is a hero, pomysł jest bohaterem: struktury, w którym w gruncie rzeczy nie są ważni ludzie, bohaterowie, relacje między nimi – w którym rdzeń opowiadania to pomysł zaczerpnięty z nauki. Efekt bardzo smaczny (zjadliwy, jak to się mawiało w mojej rodzinie, w sensie: dający się zjeść, a nie toksyczny).

Całostronicowa, realistyczna ilustracja to jest to, czego misie oczekują od rysowników SF. No, kreska mogłaby być lepsza, ale i tak jest nieźle, prawda?

Kolejne opowiadanie to autora mniej mi znanego, Erica Franka Russella. Elemelek (w oryginale: Allamagoosa) jest jednak, moim zdaniem, lepszy od Dziurawca Nivena. To sympatyczna humoreska o kosmicznym nieporozumieniu, pozostawiająca na twarzy uśmiech za każdym razem, gdy się ją przeczyta. Dowód: ja. Puentę znam, opowiadanie czytałem kilka razy, a mimo tego pod koniec dalej się wewnętrznie uśmiechałem. Wewnętrznie, bo ja rzadko się śmieję na głos.

A tutaj mamy bardziej realistyczny i mniamuśny drugi obrazek do Elemelka

Dalej dwie słowiańskie (rosyjska i bodajże czeska… guglu guglu… a nie, jednak serbska) miniaturki. Ta autorstwa Rosjanina taka raczej mdła. Ta serbska ciut lepsza, ale tylko ciut.

Po miniaturkach: kolejne duże opowiadanie: Z trawy, mgły i piasku Vondy McIntyre. Powiedziałbym: bardzo feministyczne w ogólnym wydźwięku. O lekarce w świecie takim jakby postapo, o nieufności, uprzedzeniach i kobiecej mocy.  Niby nagrodzone Nebulą w 1973 roku. Gdy teraz czytałem kolejny raz, nie spodobało mi się, chociaż napisane sprawnie. Teraz wydaje mi się nudne, ale pamiętam, że jako na dziecku jakieś wrażenie na mnie wywarło; nie pamiętałem wprawdzie całej treści, ale zapamiętałem zarówno imiona węży głównej bohaterki, jak i kilka kluczowych scen.

 Specjalny rodzaj poranka z kolejną sensowną całostronicową ilustracją, która znowu ma związek z treścią opowiadania. I chociaż styl Janusza Giniewskiego nie do końca mi odpowiada, to jednak pasuje mi lepiej niż różne udziwnione arcydzieła.

I wreszcie: najlepsze, jak dla mnie, opowiadanie numeru. Autora, którego nazwiska kompletnie nie kojarzę. Gardner R. Dozois. Żaden tytuł ze znalezionych na sieci mi nic nie mówi. Specjalny rodzaj poranka jednak jest napisany naprawdę porządnie, wywarł na mnie duże wrażenie i przypomniałem sobie całość niemal natychmiast po pierwszych dwóch zdaniach. Wojenna opowieść SF, w której dużą rolę odgrywa współczucie, bardzo okrutne (takim je kiedyś odebrałem), ale jednak nie antywojenne, przynajmniej ja nie odebrałem go jako antywojennego. Zdecydowanie dla tego jednego opowiadania warto było wydać tych kilka złotych.

A teraz coś z cyklu: Za godzinę deadlajn, a jeszcze nie mamy ilustracji! Losowo wstawiony rysunek kompletnie nie pasujący do treści opowiadania.

Z kolei Nieśmiertelni wydają mi się dużo słabsi. Znowu, świat o klimatach zbliżonych trochę do postapo, rozpadające się społeczeństwo, motocykliści, bieda, umarłe miasto. Niby wszystko to, co misie lubią najbardziej, a jednak… coś mi nie pasuje. Nie zrozumcie mnie źle, Nieśmiertelni Jamesa Gunna to nie jest zły utwór, da się go polubić i przeczytać. Dobrze przetłumaczony, dobrze napisany, z wartką akcją i fabularnym zwrotem na końcu. A jednak czytało mi się znacznie gorzej niż Specjalny rodzaj poranka.

Dobra ilustracja do słabego opowiadania.

Następnie mamy polską fantastykę. Najpierw bardzo słaby Gruczoł Hanny Kaltenbergh – słaby nie warsztatem, ale nieznośnym dydaktyzmem; a potem nieco mniej słaby 54812 – TEST Darosława Torunia (odpowiedzialnego nawiasem mówiąc za tłumaczenie kilku opowiadań zagranicznych w numerze. W pierwszym mamy o tym, że arogancja i pewność siebie popłaca, i to jest złe. W drugim: dystopia o tym, że źli ludzie w złym państwie chcą mieć świnie i konformistów za obywateli. No jakoś mnie to nie ruszyło.

Za to Mag Feliksa Kresa jest bardzo dobry, chociaż widać, że to debiut – widać fascynację chwytami literackimi: strasznie męczący jest zapis myśli umierającego bohatera. Za to puenta jest nietrywialna, nie ograna i dobrze zapisana. Gdyby utwór był dłuższy, już jego ocena spadłaby o połowę: ale autor napisał go na tyle zwięźle, że daje się w nim znieść manieryzmy i potknięcia. To ciekawe, że Kres nawet w swoim debiucie potrafił pisać po prostu dobrze. Po prostu facet ma talent.

Tak, to jest ilustracja. Nie mam pojęcia do czego. Dobrze, że dookoła są literki, bo inaczej nie miałbym pojęcia, czy nie wstawiam obrazka przypadkiem do góry nogami.

Taki był początek Michała Szarca nie jest zły, ale trudno mi go jakoś umiejscowić. Ciekawe opowiadanie, wywołujące wrażenie. Gdybym jednak miał opowiedzieć, o czym opowiadanie jest, to opis wydałby się banalny i w gruncie rzeczy głupi. Spada z nieba tajemniczy artefakt i ludzie zaczynają go pożądać, bo artefakt jest taki piękny. I się tłuką. Głupie, prawda? A jednak opowiadanie, chociaż krótkie, głupie nie jest. Niestety, wszystko wskazuje na to, że to jedyne opowiadanie tego autora.

Droga Marka Hemmerlinga to debiut tego autora i to debiut całkiem udany. Porządna, rzemieślnicza robota, chociaż fajerwerków tam nie ma. Nie ma nawet większej oryginalności, ani – w gruncie rzeczy – większego sensu, bo nic w tym opowiadaniu nie zostaje wyjaśnione. Niemniej czyta się dobrze i nie uważam opka za gniot, bo w dziełach tego typu nie o sens i wyjaśnienia chodzi. O Hemmerlingu już pisałem na blogu wcześniej przy okazji recenzji Deneba z Fantastyki 16/1984. Ciekawe, że ktoś piszący tak sprawnie i równo nie zrobił większej kariery i w gruncie rzeczy pozostał mało znany.

Oprócz tego numer zawiera drugi numer powieści w odcinkach (numeru pierwszego nie mam, więc nie czytałem), wywiad z Lemem oraz bardzo zawiły wywód o specyfice fantastyki. Do tego listy od czytelników (ciekawe) i artykuł o klonowaniu.

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.