Linkownia trzydziesta

Dobra wiadomość dla wszystkich enofili: wino chroni przed przeziębieniami! Nie każde wino, co prawda, tylko czerwone; na dodatek nie w stu procentach. Nie mniej, następnym razem gdy wam żona/dziewczyna/matka powie, że za dużo pijecie czerwonego wina, możecie się podeprzeć autorytetem Nauki i powiedzieć, że po prostu katujecie się dla zdrowia.

Na międzynarodowej stacji kosmicznej powinno być, jak się wydaje, raczej sterylnie. Jakoś tak zawsze sądziłem, że tak musi być, bo w końcu – no wiecie, na obrazkach widać kabelki, plastik i metal, do tego poważni naukowcy i zadbani astronauci, to wszystko raczej kojarzy się z laboratorium, niż wylęgarnią drobnoustrojów. A tymczasem na stacji jest całkiem sporo grzybów i bakterii. Niby nic dziwnego; w końcu stację odwiedzają coraz to nowi goście, i przywożą ze sobą pasażerów na gapę. A jednak, zdziwienie pozostaje. Tak czy inaczej, NASA jest zainteresowane wpływem niechcianych mieszkańców stacji zarówno na zdrowie astronautów, jak i na żywotność stacji i jej wyposażenia.

Skoro jesteśmy w kosmosie, to warto wspomnieć o pierwszym buncie astronautów w historii. Kiedyś NASA traktowało astronautów mniej więcej tak samo, jak sprzęt. Ot, robociki, które ważą tyle a tyle kilogramów, trzeba je wynieść na orbitę po to, by miał kto przeprowadzać eksperymenty. Astronauci mieli zapchany grafik i cały czas powinni coś robić – w końcu, nie po to rząd USA wybulił miliardy dolarów, by ktoś teraz mógł się obijać patrząc w sufit. Tyle, że normalni ludzie od czasu do czasu potrzebują się poobijać, dla własnego zdrowia psychicznego. I pewnego dnia w 1974 roku trójka członków misji Skylab 4 po prostu wyłączyło radio i wzięło sobie dzień wolnego.

Jesteście ciekawi, czy byli jacyś astronauci, którzy trenowali, ale w końcu nigdy nie polecieli w kosmos? Ja byłem. I znalazłem w końcu listę Amerykanów, Chińczyków i tak dalej, którzy mieli/mają polecieć, ale na razie nie opuścili Ziemi.

W telewizji znowu Gra o Tron (niestety, nie oglądam, nie mam HBO; jedyna moja nadzieja w rodzicach, którzy mieli HBO i rozważali ponowną subskrypcję). Niemniej dobra okazja do przypomnienia, że Jon Snow jest fatalnym przywódcą. Oraz do tego, by przeczytać, co profesor archeologii sądzi o wiarygodności serialu.

Przy okazji seriali: wiele seriali jest na Netfliksie i są one ponoć opisywane bardzo dokładnie. Bardzo bardzo dokładnie. Ciekawi byliście, z czego wynikają te opisy? Ja nie byłem, ale przypadkiem wpadłem na artykuł, który to wyjaśnia.

Kolej na smutną wiadomość: Gene Wolf nie żyje. Nie czytałem zbyt wielu jego książek i szczerze mówiąc, nie byłem jego wielkim fanem, chociaż wielu moich znajomych długo mnie przekonywało, bym zabrał się a to za jedno, a to za inne dzieło. W odnośniku Razib między innymi przypomina, że Gene Wolfe, tak samo jak Tolkien, przeszedł na katolicyzm i był głęboko wierzący.

Kolejny link nie zawiera wiele nowych wiadomości, a końcówka jest trochę niepoważna, ale jeżeli ktoś nie jest w temacie, może będzie zainteresowany: artykuł o sztuce neandertalczyków i o tym, że przykłada się do znalezisk neandertalczyków inną miarę niż do znalezisk archeologicznych pochodzących od homo sapiens sapiens. Gdy znajdzie się pomalowany kawałek kości w jaskini zamieszkanej przez ludzi: wiadomo, sztuka. To samo znalezisko datowane na okres pobytu neandertalczyków: oj, to już trzeba być ostrożnym. W artykule także ciekawe zdjęcie… prymitywnych lalek używanych przez prymitywnych homo sapiens sapiens (prawie nam współczesnych).

Tymczasem w okolicy mojego domu próbują się osiedlić osy. Dokładniej zaś, klecanki. Nie wiecie, co to klecanki? Ja nie wiedziałem, więc się douczyłem z paru artykułów, na przykład tego. Klecanki podobno ze wszystkich os żądlą (czy też gryzą) najboleśniej, co ponoć obiektywnie można zmierzyć na skali Schmidta (tak naprawdę, nieprawda, a właściwie, półprawda) – w artykule linkowanym wyżej jest odnośnik do ciekawego wyjaśnienia, kim był Schmidt i czy naprawdę dla dobra nauki dał się pożądlić setkom insektom.

Oprócz klecanek, koło domu pałętała się też królowa szerszeni. Pewnie szukała miejsca na domek. Mam dzieci, więc profilaktycznie biedaczkę ubiłem, chociaż miałem straszne wyrzuty sumienia potem. Na dodatek, okazuje się, że popełniłem marnotrawstwo. Trzeba było królową zostawić, pozwolić założyć gniazdo, i potem co jakiś czas podkradać z gniazda larwy. Bo podobno są bardzo smaczne (po polsku, także wideo).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *