Fantastyk dawnych czar: numer 1 (4) 1983

Spis Treści (lista wszystkich zrecenzowanych Fantastyk)

Kierowany nostalgią postanowiłem uzupełnić zbiory moich starych Fantastyk. Wskoczyłem więc na allegro i tam, za ledwo trzydzieści trzy złote (46.41 razem z dostawą), kupiłem dwadzieścia numerów  z lat między 1983 a 1985. Niektóre z nich już miałem i nawet recenzowałem na blogu, ale i tak było warto – bo sprzedawca miał egzemplarze w znacznie lepszym stanie.

Okładka, z poprawką na jakość druku i papieru, nie odbiega tak bardzo od dzisiejszych standardów, prawda?

Dzięki temu obecnie najstarsza posiadana przeze mnie Fantastyka pochodzi z samego początku 1983 roku. Biorąc pod uwagę czasy, oraz że pismo dopiero raczkowało, nie wygląda źle. Okładka dość porządna, z odpowiednio fantastyczną ilustracją. Natomiast zawartość… Troszeczkę, muszę przyznać, się zawiodłem.

 

Na początek spis treści.

Po lewej, obwieszczenie pierwszego konkursu Fantastyki.

Po prawej, zachowany do dzisiaj układ: opowiadania zagraniczne, polskie, materiały publicystyczne, wszystko w charakterystycznym dla Fantastyki układzie.

 

Ilustracja dziwaczna, ale przynajmniej pasuje do treści. Treści dość ogranej…

Poniekąd może to być efektem tego, że niektóre z opowiadań prezentują pomysły, które obecnie wydają się ograne i nudne – być może w 1983 roku wywarłyby na mnie inne wrażenie. Na przykład, Krzyżówka George’a Collyna. Banalna opowieść o problemach z teleportacją i zamianą ciał. Piękna aktorka zamienia się miejscami z profesorem literatury i… no właśnie, i dalej jest nudno i przewidywalnie. W dzisiejszych czasach uznałbym to za poprawne ćwiczenie, kompletnie jednak nie nadające się do publikacji. Trochę autora tłumaczy fakt, że to był jego debiut – jednakże jego nazwisko jest mi kompletnie nieznane, a google podpowiada mi, że pisał tylko opowiadania.

Trzy humoreski na poprawę humoru i trzy niezbyt pasujące ilustracje

Następnie są trzy króciutkie opowiadanka autorstw Fredericka Browna, taka fantastyka na wesoło. Pierwsze to wariacja na temat “głupi ma szczęście”. Drugi, mało śmieszne opowiadanie o wyjątkowo jurnym kapitanie i wreszcie trzecie, najkrótsze i chyba najlepsze, o stworzeniu najpotężniejszego komputera. Puentę tego ostatniego gdzieś już czytałem.

Ależ proszę pana, na pewno pan przesadza. To opowiadanie nie może być aż tak złe! Wystarczy spojrzeć na ilustrację, rozmazane żółte ciamki, by od razu poznać, że to musi być wielkie dzieło!

Na stronie ósmej zaś zaczyna się tragedia. Ajaj. Najgorsze opowiadanie, które czytałem od lat. Sługa Miasta Pierre’a Marrisoma. Nie wiem, czy kiepskość jest winą autora, czy tłumacza – Tadeusza Markowskiego. Niemniej jednak tekst jest groteskowo wręcz słaby, niczym pierwsze próby amatora sf, wrzucającego dziełka do internetu. W jasnych oczach dziewczyny zabłysły radosne ogniki szczęścia. Oj, oj. Jego ochrona nie obejmowała dzielnicy w sensie rzeczywistym. Albo to:

 – To niemożliwe, poruczniku – odparła Sytia, prostując się na całą wysokość swojej drobnej talii, nieświadoma skąpości swojego stroju.

Zadziwiające, że coś tak słabego mogło zostać opublikowane. Gdyby dzisiaj ktoś to opowiadanie wrzucił do weryfikatorium, wszyscy by go zjedli żywcem. Naprawdę, nie mogę wyjść z zadziwienia, jakie gnioty kiedyś dostawały się do publikacji. Bba! To jest tak słabe, że nawet w kategorii gniotów musiałoby walczyć ostro, by nie wypaść do ligi niżej. Okropność. Okropność.

Nareszcie ilustracja nieudziwniona, a zarazem pasująca do tekstu

Kolejne opko to Ostatni Wywiad Adama Susbe Ljubena Diłowie. Też słabe. Tysiącletni matriarchat, mężczyźni są traktowani jak zwierzątka, a jedyny bojownik okazuje się… no właśnie. Puenta jak sto pięćdziesiąt, nie wiem, czyżbym miał się nią przejąć? Trzeba było mnie uprzedzić wcześniej. Ogółem, słabiutkie.

 

Zaiste, trudno mi czasami dociec, o czym myśleli ilustratorzy opowiadań. Samo opowiadanie jednak niezłe.

Potem wreszcie pierwsze opowiadanie, które w miarę mi się spodobało – w sensie, technicznie dobre napisane, nie postarzało się i teoretycznie mógłby ktoś historyjkę o jasnowidzach i mentalistach spróbować opublikować i dzisiaj. Marek Baraniecki, Karlgoro, godzina 18.00. Całkiem, całkiem, chociaż wydaje się raczej wstępem do czegoś większego, wprowadzeniem do powieści, prologiem. Niemniej ze wszystkich opowiadań to wydaje mi się najlepsze z numeru. Samego Baranieckiego kojarzę z fragmentu scenariusza Głowa Kasandry, który później kiedyś opublikowała Fantastyka. Też zresztą całkiem niezłego. Parowski w wywiadzie tak je wspominał:

Takim szokiem okazało się opowiadanie Karlgoro godzina 18.00 Marka Baranieckiego, to była ewidentnie nowa jakość, wprowadzająca na scenę Kosmos jako rozumną, złośliwą siłę, która oszukana w jednym miejscu, odegra się w innym. Był tam leczniczy trans telepatyczny (wysłany z Ziemi do gwiazd), i to nieuchronnie miało ściągnąć na Ziemię przekleństwo… Coś niesamowitego, człowiek na trzy dni zapominał, że Katynia jako takiego nie ma, na literę V nie zaczyna się żadne polskie słowo, a wódkę, mięso i produkty czekoladopodobne sprzedają tylko na kartki.

Dalej drugi odcinek powieści – skoro nie mam pierwszego, więc nie czytałem.

Najjaśniejszy punkt numeru: Funky! Ach, kręci się łezka w oku.

Z reszty numeru nieco ciekawy jest futurystyczny artykuł o “elektronicznej wiosce”, ciekawy poprzez porównanie prognoz ze światem trzydzieści sześć lat później. Do tego standardowa odpowiedź od Arthura C. Clarke’a (z rodzaju tych, które dzisiaj trafią do sekcji FAQ strony internetowej) oraz prawdziwa gratka: Funky Koval.

Podsumowując, jestem całością raczej rozczarowany. Jak to powiedział jeden z kolegów z weryfikatorium: czasy się zmieniły, zmieniły się kryteria i wymagania. To, co uchodziło kiedyś, w raczkującym piśmie i czasach, w których fantastyki było mało, dzisiaj czasami budzi tylko irytację.

 

Dodaj komentarz



Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.