Miałem trzy dni ciszy i spokoju, a ich efektem jest sto dwadzieścia tysięcy znaków. Super jest być z rodziną, super między ludźmi, ale pisze się jednak lepiej, gdy człowiek jest odcięty od sieci i świata i siedzi sam na odludziu, w ciszy i spokoju.

Metoda ścinków świetnie się sprawdza. Kiedyś ją omówię dokładniej, ale póki co – ta część tekstu, którą opracowałem z użyciem ścinków jest, wydaje mi się, znacznie lepsza, i szybciej ją napisałem niż część, którą pisałem dalej, z rozpędu, gdy miałem jeszcze wolny czas, a napisałem już wszystko, co sobie rozplanowałem.

Tak czy inaczej, dokończenie do czerwca kolejnego Dzieua wydaje się być w moim zasięgu. Bba. Gdybym mógł tak od rodziny uciekać co tydzień, to bym skończył tekst do końca lutego. Oczywiście potem powieść musiałaby swoje odleżeć, trzeba byłoby poprawiać, skracać…

Strasznie mi się rozpuchła poprzednia powieść.

Beta-czytelnicy radzili, by tam rozwinąć wątek, by w innym miejscu uzasadnić coś, a co innego wyjaśnić. Twierdzili, że bohaterki X jest za mało i koniecznie trzeba wcześniej ją wprowadzić. Że warto by było dodać introspekcje. Ożywić świat. Dodać opisy.

Wszystkie rady były bardzo dobre, ale miały jedną wadę, którą teraz widzę: skutkowały wzrostem objętości. W efekcie akcja powieści rozlewała się coraz bardziej, coraz bardziej szła na boki i chyba to było powodem, dla którego (przynajmniej jak dotąd) żadne wydawnictwo nie zdecydowało się na jej wydanie. Tysiąc stron to jednak trochę dużo… zwłaszcza, jak na debiut.

Continue reading „Raport z placu boju”

Moją rodzinę i znajomych strasznie denerwuje moja skłonność do biadolenia. Jestem z natury ponurym pesymistą (redakcja nie poprawiać, moja wiedzieć, że pesymista rzadko bywać wesoła), specjalistą od wyszukiwania dziur w całym i dostrzegania ciemniejszych stron życia.

Na dodatek za oknem pogoda z rodzaju tych, co największą Polyannę wpędziłaby w depresję. Do tego kończy się rok, a koniec roku od zawsze skłania mnie do refleksji: nad tym, co osiągnąłem i nad tym, co osiągnąć chciałem; które z planów udało się mi zrealizować, a które pozostały dalej w sferze tylko zamierzeń. I to wszystko: pogoda, własna natura, końcówka roku i konfrontacja planów z rzeczywistością powodują u mnie mało radosne myśli. Liczyłem na znacznie więcej, znacznie szybciej. Zarówno w pracy, jak i na niwie pisarskiej…

W sferze zawodowej jakiś czas temu pogodziłem się z tym, że raczej nie osiągnę habilitacji. Moje kolejne pomysły albo nie zdobywały uznania, albo też okazywały się powtórzeniem czegoś, co rok czy dwa lata wcześniej opracował już jakiś Chińczyk czy Anglosas. Od listopada przeszedłem więc na etat starszego wykładowcy, co jest znacznie uczciwsze wobec mojego szefostwa, a zarazem pozwoli mi się skupić na tym, w czym  jestem dobry – nie tylko we własnej opinii. Moje zajęcia oceniane są raczej wysoko przez studentów. Niemniej, gdy podejmowałem pracę na uczelni moim celem była właśnie habilitacja i profesura. Tak więc – klęska numer jeden i pierwszy powód do depresji.

Continue reading „Podsumowanie końcoroczne”

Niby Dzieuo  już wysłałem do kilku wydawnictw, ale w międzyczasie jeszcze zostało kilka osób, które obiecały przeczytać, ale nie miały dotąd czasu. Właśnie dostałem dwie nowe opinie i szczerze mówiąc, trochę mnie zmroziły. Może nie powinienem ich nawet tu wrzucać, bo jeszcze ktoś z wydawnictwa albo jakiś potencjalny czytelnik przeczyta i się zrazi, hehe. No, ale w imię otwartości twórczej i takich tam: znajomy pisarz napisał jeśli ktoś lubi przygodówki w settingu lekkiej fantasy, to być może będzie zainteresowany, bo piszesz dosyć sprawnie… i to było ostatnie dobre słowo. Za dużo dialogów, zbyt rozwlekłe, zaburzona struktura. Jak na przygodówkę, zbyt wolne tempo. Tnij, przesuwaj, za dużo infodumpu. Drugi z kolei znajomy, sam siebie określający mianem „wojnoświra” napisał, że Elementy militarne dalej na poziomie, ale że za dużo dialogów, nużące rozważania, gadające głowy i do tego totalne wk#!*ca jedna z bohaterek.

Continue reading „Poprawek ciąg dalszy”

Powinienem siedzieć nad nową książką. Mam projekt, zarys fabuły, świat, bohaterów… I jakoś nie mogę się zabrać. Co gorsza – od dawna mnie zachęcano, bym przeczytał Grzędowicza „Pana Lodowego ogrodu”, jakoś mi się nie chciało, natomiast czyta to moja córka i moja żona – zacząłem wertować i nagle zbladłem. Wydaje mi się, że to, co miało decydować o wyjątkowości mojej nowej książki, wcale takie wyjątkowe nie jest. To znaczy – sam pomysł niczym nowym nie jest, natomiast sądziłem, że będzie pierwszy w polskiej współczesnej fantasy. Opowiedziałem córce o swoim świecie i planowanej fabule, pomyślała i powiedziała „nie jest takie same, chociaż są podobieństwa”.

Może zresztą przesadzam. Chciałbym napisać coś może nie tyle absolutnie, całkowicie nowego – tak chyba się nie da – ale napisać coś zawierające całkowicie nowe elementy. Tymczasem zawsze się na koniec okazuje, że to już gdzieś – kiedyś było.

Póki nie zwalczę lenistwa i nie wezmę się do pracy, posłucham sobie starej, dobrej muzyki. Valravn – dziw, że śpiewany duński może tak ładnie brzmieć.

Wakacje. Pora, gdy studenci nie przeszkadzają, gdy można się zamknąć w pokoju, zasunąć zasłony (żeby słońce nie przypalało) i bezwstydnie włazić pod prysznic, kiedy tylko najdzie ochota (na przykład, gdy słońce jednak przypali). Mnóstwo wolnego czasu. W sam raz, by pisać po dwadzieścia do czterdziestu tysięcy znaków dziennie, a potem szlifować, poprawiać, heblować, cyzelować… Kasować i pisać od nowa.

Pisałem cały czas od poprzedniego wpisu, dodając nowe wątki, poprawiając nieścisłości i tak dalej. Poprzedni beta-czytelnicy (hi, uniwers! Hi, Wolha! i hi, Escort, chociaż Twoje poprawki to już dawno uwzględniłem przy którejś tam poprzedniej wersji) domagali się więcej introspekcji, retrospekcji, prospekcji i ekstraspekcji (no dobra, te dwa ostatnie zmyśliłem. Nie mam pojęcia, co to jest). Uwzględniłem. Chcieli więcej miejsca dla Moany, by nie była tylko rekwizytem. Ma więcej miejsca kobieta. Wywalenia rozwiązań typu deus ex machina. Część wywaliłem. I z dumą stwierdzam, że Wielkie Dzieuo właściwie skończone.

Continue reading „Maraton pisarski zbliża się do końca”

Od pewnego czasu nie piszę nowych opowiadań – usiłuję stworzyć bowiem Wielkie Dzieło, książkę, powieść – bo w końcu pisarz, to ktoś, kto pisze, i to pisze nie streszczenia lektur, blogi czy też listy do redakcji – ale pisze książki właśnie. Zabrałem się do pracy początkowo z zapałem, pisałem dużo i wytrwale, i szybko nastukałem rzecz dosyć pokaźnej objętości.

Continue reading „Maraton pisarski czas zacząć…”