Słucham bardzo różnej muzyki, od country po gothic, w każdym gatunku znajdując coś ciekawego i wartościowego. Szczerze powiedziawszy, nie za bardzo się na muzyce znam i jej rodzajów nie do końca rozróżniam. Na własne potrzebny dzielę słuchane utwory na kilka kategorii; jedną z nich jest „elektropop”, do której wrzucam OMD albo – Wolfsheim.

Continue reading „Wolfsheim – Once in a lifetime”

Powinienem siedzieć nad nową książką. Mam projekt, zarys fabuły, świat, bohaterów… I jakoś nie mogę się zabrać. Co gorsza – od dawna mnie zachęcano, bym przeczytał Grzędowicza „Pana Lodowego ogrodu”, jakoś mi się nie chciało, natomiast czyta to moja córka i moja żona – zacząłem wertować i nagle zbladłem. Wydaje mi się, że to, co miało decydować o wyjątkowości mojej nowej książki, wcale takie wyjątkowe nie jest. To znaczy – sam pomysł niczym nowym nie jest, natomiast sądziłem, że będzie pierwszy w polskiej współczesnej fantasy. Opowiedziałem córce o swoim świecie i planowanej fabule, pomyślała i powiedziała „nie jest takie same, chociaż są podobieństwa”.

Może zresztą przesadzam. Chciałbym napisać coś może nie tyle absolutnie, całkowicie nowego – tak chyba się nie da – ale napisać coś zawierające całkowicie nowe elementy. Tymczasem zawsze się na koniec okazuje, że to już gdzieś – kiedyś było.

Póki nie zwalczę lenistwa i nie wezmę się do pracy, posłucham sobie starej, dobrej muzyki. Valravn – dziw, że śpiewany duński może tak ładnie brzmieć.