Łukasz Orbitowski pisze o kacu po zakończeniu pracy nad książką (uwaga, wulgaryzmy). Nie podzielam uczuć, ale ciekawie jest poczytać o pracy innego pisarza.

Adrian Chmielarz (twórca gier komputerowych, dla mnie znany, chociaż rozumiem, że nawet wśród graczy nie wszyscy muszą kojarzyć faceta od Metropolis) napisał o swojej fascynacji serialem True Detective oraz wskazówkami, które rozsiali w serialu twórcy (albo, jak nieco ironicznie zauważa, w których rozsianiu pomógł twórcom świat).

Mnie z kolei fascynuje rozwój AI. Niedawno DeepMind pokonał ludzi w StarCrafta, co wielu uznawało za kolejny krok w rozwoju sztucznej inteligencji (bo DeepMind nie powstał specjalnie po to, by wygrywać StarCrafta, ale się tej gry nauczył). Nie wszyscy są pod wrażeniem. Czy DeepMind wygrał, bo był inteligentny, czy dlatego, bo wykonywał akcje szybciej, niż to możliwe dla człowieka?

Continue reading „Linkownia numer dwadzieścia pięć”

Od pięciu dni mój blog jest pod oblężeniem rosyjskich botów, próbujących trzysta razy na minutę zalogować się na konto administratora. Nie nadążam banować IP. Równocześnie, może spaść tymczasowo komfort korzystania ze strony.

Gdyby ktoś pytał, na co rosyjskim hakerom moja strona, odpowiadam: nie mam pojęcia.

Dyskusje, które doprowadziły ostatecznie do powstania tego wpisu, prowadziłem kilka razy i właściwie już dawno temu. Znam kilkoro pisarzy płci obojga i kilkoro osób do bycia pisarzami aspirującymi. Jeden z nich ma poglądy ultra-wyraziste, wszyscy o nich wiedzą, można je z łatwością odkryć w jego książkach, niedawno zresztą napisał książkę tak… hm, jakby to łagodnie i enigmatycznie ująć, by nie było wiadomo, o kogo chodzi… Powiedzmy, że napisał książkę jasno i dobitnie wyłuszczającą poglądy na świat. Książka sprzedaje się raczej słabo, ale to wyjątek – zwykle człowiek ten tłucze bestsellery jeden za drugim. I właśnie to powoduje, że słabo nadaje się na przykład: wydawnictwa i czytelnicy mają w nosie, jakie ma poglądy, bo już jest znanym i cenionym pisarzem. Nie wiem, co myślą o nim wydawcy, ale sądzę, że mają to w nosie, bo znanych i cenionych pisarzy w Polsce nie jest, wbrew pozorom, aż tak dużo. Pecunia non olet.

Continue reading „O czym może blogować debiutant?”

Kolejny tydzień, i kolejny raz jedyny wpis to zbiór odnośników do przeczytanych w tym tygodniu artykułów. Obawiam się, że to szybko się nie zmieni.

Zacznijmy może od czkawki. Czkawka jest czymś okropnym – męczyła mnie kiedyś dobrze ponad godzinę. Oczywiście, to żaden rekord. Rekord należy do człowieka, który czkał nieprzerwanie 69 lat (link po polsku).

Continue reading „Zbiór odnośników pouczających i rozbawiających”

Widzę, że ostatnio moja jedyna aktywność na blogu to piątkowe dodawanie linków. Planowałem to zdecydowanie inaczej, ale jak wiadomo problem z planami jest taki, że nie przeżywają kontaktu z rzeczywistością. Początek semestru, mnóstwo zajęć, które muszę przygotować, egzaminy poprawkowe do sprawdzenia i tak dalej – to nie zostawia wiele czasu na prowadzenie bloga.

Dlatego też przez jakiś czas na dodawaniu odnośników do ciekawych stron muszę poprzestać.

Continue reading „Kolejna linkownia”

Dzisiaj wracamy do tematu pod tytułem „jeszcze cię nie wydali, a już liczysz kasę”. Wczoraj dyskutowaliśmy na ulubionym forum o rynku czytelniczym, szansach na debiut, zarobkach i tak dalej. Wnioski, ogólnie, bardzo niewesołe. Wszyscy przędą cienko. Chciałoby się zrzucić winę na dystrybutorów, że opóźniają terminy płatności wydawcom, ale nie można: dystrybutorzy też przędą cienko i ponoć ledwo dyszą. Wydawcy ledwo dyszą. Księgarnie płaczą, że spada im sprzedaż. I jeszcze ten VAT i za duże ceny książek, i jeszcze za dużo tytułów, płytki rynek, niskie nakłady. Skoro niskie nakłady, to rośnie ich koszt. Skoro rośnie koszt, idą w górę ceny. Wyższe ceny – znaczy, mało komu chce się kupować. I tak to się kręci…

Do tego wydać książkę to ryzyko, jedna się sprzeda, inna nie. Książka więc musi zarobić nie tylko na siebie, ale może także na inną, która akurat okazała się kompletnym niewypałem. Każda książka, a już zwłaszcza debiutanta, to ryzyko.

Poszukałem paru danych i porównania z rynkiem w Czechach. Czechy kraj nieduży, trzy i pół razy mniej (niż nas) Czechów łazi po ziemi. A nakłady książek są porównywalne: tam od dwóch do trzech tysięcy egzemplarzy, u nas koło trzech tysięcy. Dlaczego? Bo nas jest więcej, ale Czesi czytają. Młodzi, starzy, w wielkich miastach, w wioseczkach. Narzekają, że za dużo tytułów, że za drogie książki… ale czytają, chociaż liczba czytelników spada. Sami zresztą patrzcie (z roku 2014, dane z roku wcześniej).

I co? I nic. Są pisarze, którzy zarabiają sporo. Jest ich niewielu (google twierdzi, że nie więcej niż trzydziestu w Polsce), ale są. Trzeba więc pisać dobrze i dołączyć do ich grona. I mieć nadzieję, że czytelnikom tak się książka spodoba, że polecą książki kolegom, koleżankom… I może zaczniemy czytać tyle, co Czesi. Gdyby u nas czytano tak, jak tam… Mielibyśmy średni nakład dziesięć tysięcy egzemplarzy. A to, proszę państwa, obecnie uznawane jest za bestseller.

No dobrze. Ponarzekaliśmy, czas się wziąć do pracy. Moje książki, oczywiście, dla wydawcy ryzykiem nie będą 😀