Fantastyk dawnych czar: Numer 16/1984

Po wybudowaniu domu wreszcie mam miejsce na stare książki i czasopisma, które do tej pory zalegały wciąż jeszcze u moich rodziców. W mieszkaniu jakoś nie było miejsca – może zresztą dałoby się jakieś wygospodarować, ale zawsze znajdowałem wymówkę, by staroci nie przywozić. No i tak mijały lata, aż wreszcie wymówki się skończyły, starocie powędrowały z półek, puf i szaf do pudeł, pudła trafiły do samochodu i trafiły znowu do mnie.

Mam okazję do wspomnień. Swego czasu próbowałem kolekcjonować Fantastyki: niezbyt mi to szło, bo w owych czasach nie było jeszcze allegro (dostępu do internetu w Polsce też nie było), a  ja jako zwykły uczniak nie byłem zbyt majętny. Niemniej jednak przy okazji wyjazdów do większych miast czy jakichś kiermaszach próbowałem dokupywać brakujące numery. Wyobraźcie sobie więc moje przerażenie, gdy teraz się okazało, że całkiem sporej liczby tych numerów zabrakło! Moi rodzice pożyczali Fantastyki dzieciom znajomych i gdzieś po drodze część z nich się zagubiła (numerów, nie znajomych albo ich dzieci).

Niemniej zostało wciąż jeszcze sporo. Uznałem, że warto wrócić do nich, powspominać, zobaczyć, czym się kiedyś ekscytowaliśmy, czy wciąż pamiętam tamte opowiadania.

Pierwszą w kolekcji miałem z roku 1984, numer 14/15. Niestety, z tego numeru pozostała mi tylko urwana okładka, pomazana pisakami. Reszta gdzieś znikła. Podejrzewam dzieci znajomych. Albo może reszta została wyrzucona przypadkiem…

Nie wiem, kto kupował pierwsze Fantastyki, pewnie mój ojciec.  Pierwszym numerem, który mam w całości jest ten ze stycznia 1984 roku. Numer szesnasty. Gdy go zobaczyłem pierwszy raz, miałem może osiem lat i raczej przeglądałem tylko obrazki. Przeczytałem będąc już w podstawówce, a potem jeszcze kilka razy później.

 

Jako ośmiolatek skupiałem się raczej na obrazkach. Pamiętam swoją niezdrową ekscytację widocznym cyckiem pani po prawej. Zaiste, dziwne rzeczy potrafi zapamiętać ośmiolatek…

Nie wiem, ile miałem lat, kiedy przeczytałem ten numer (w odróżnieniu od samego przeglądania ilustracji). Z całą pewnością czytałem po kilka razy, numer oczywiście w ręce brali też moi koledzy i widać po nim ślady pewnego zużycia. Na allegro raczej nie dałoby się sprzedać, zresztą, nie warto; ten numer, jak widzę, chodzi po 7,70.

W środku dwa polskie opowiadania, jedno zagraniczne, oraz powieść w odcinkach. Do tego poezja (serio serio!) oraz nieco esejów.

Deneb III, zwycięskie opowiadanie pierwszego literackiego konkursu Fantastyki

Opowiadanie autorstwa Marka Hemmerlinga. Deneb III, ni to space opera, ni to opowiadanie o transhumanizmie napisane kilka dekad, zanim to pojęcie zaczęło być popularne. Opowiadanie zdobyło pierwsze miejsce w konkursie literackim Fantastyki. Patrząc na listę nagrodzonych, nie widzę praktycznie żadnych znanych później nazwisk, nie licząc Feliksa W. Kresa, który zdobył drugie miejsce. Niektóre z pozostałych opowiadań czytałem, bo pojawiły się w Fantastyce, ale nie wywarły na mnie większego wrażenia: „Taki był początek”, „Inspekcja”, „Koniec wszechświata”. Nudy, panie. Nudy i drapanie się po tyłku. Deneb miał jednak w sobie coś nieco więcej.  Nieco więcej.
Samo opowiadanie niby klasycznie z lat osiemdziesiątych: przybywa statek kosmiczny na obcą planetę i tam… zaczynają się dziać dziwa. Które każą ludziom wybierać, czy faktycznie chcą być ludźmi, czy może czymś… innym.

Czytając to opowiadanie teraz, jestem mocno rozczarowany. Widać, że to debiut; bohaterzy nie potrafią się powstrzymać od tego, by wygłaszać mowy, zamiast normalnie rozmawiać. Kilka jednak scen, na przykład końcówka, ma w sobie coś, co pozwala zrozumieć, dlaczego akurat to opowiadanie wygrało. Mam na myśli tutaj nie głębię – bo tej nigdy w fantastyce nie szukałem – ale sprawność w budowaniu zapadających w pamięć obrazów.

Sam autor nie zrobił kariery. W 1989 opublikował pierwszą powieść, następną dopiero w 2007. Najciekawsze jest chyba to, że używał czasami kobiecego pseudonimu. Jego pierwszej powieści nie czytałem, znalazłem za to bardzo krótką i bardzo negatywną recenzję.

Wierszy nie komentuję. Nie znam się na poezji, a publikowanie jej w piśmie poświęconym fantastyce uważam za nieporozumienie.

Na kolejnej stronie sprawnie napisane opowiadanie Henry’ego Kuttnera o pewnym wynalazcy, który jest genialny tylko wtedy, gdy jest zalany – a potem na trzeźwo próbuje zrozumieć, co właściwie stworzył. Wspaniała rzecz i nawet dzisiaj wywołuje u mnie uśmiech. Kuttnera w sumie nie znam za dobrze, w biblioteczce mam tylko jego jeden zbiór opowiadań i to jakości przeważnie gorszej, niż Próżny Robot – z jednym wyjątkiem. Kojarzę jedno, o żołnierzach-najemnikach na Wenus, które uważam za znakomite i takie, które wywarło na mnie pewien wpływ. Pomysł z tego opowiadania Kuttner rozwinął potem w powieść (Nieśmiertelni), która była, jak dla mnie, zaledwie przeciętnie dobra. Ciekawostka, o której dowiedziałem się dopiero teraz czytając wikipedię: Kuttner pisał wspólnie z żoną, używając coś z siedemnastu pseudonimów.

Kolejne opowiadanie z numeru to „List z Dune” Andrzeja Zimniaka. Dobra rzecz, choć napisana bardzo spokojnym, mało widowiskowym stylem. Miasteczko nawiedzają pająkowate stwory, a mieszkańcy mogą stawić im czoło jedynie wspólnie, udzielając swojej parapsychicznej mocy jednemu, wybranemu człowiekowi. Za każdym razem, gdy używają mocy, ktoś z mieszkańców ginie. Dlaczego? No właśnie, dlaczego? Odpowiedź jest czymś, co mocno podnosiła kiedyś moją opinię o tym opowiadaniu.

Za to ilustracja do opowiadania… Nie mam pojęcia, co mają przedstawiać i jaki mają związek z dziełkiem pana Zimniaka. Takie abstrakcyjne bohomazy. Pewnie artystyczne i pewnie znawcy się nimi zachwycali.

Z esejów: ciekawa rzecz o Lovecrafcie. A jeszcze ciekawszy wywiad z włoskim wydawcą: Włoch biadoli, ze ludzie nie czytają, że trudny rynek, wydawnictwa biadolą, a największe nakłady to zaledwie piętnaście tysięcy egzemplarzy. W Polsce obecnie taki nakład dla powieści SF to gwarantowane miejsce na liście bestsellerów. Do tego rodzimym włoskim twórcom nie idzie się przebić, zalew zagranicznych tłumaczeń… Jakbym czytał o sytuacji u nas.

Numer kończy się esejem Marka Parowskiego na temat komiksów i tyle.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *