Wygrzebane w biblioteczce: Michał Markowski „Ocean Niespokojny”

Kandydatowi na debiutanta nie bardzo wypada krytykować kolegów po piórze. Nawet nie chodzi o to, że nie udowodnił jeszcze, że sam umie pisać, więc naraża się na kpiny w rodzaju Boyowskiego krytyk i eunuch z jednej są parafii…  Znacznie głupiej byłoby wejść na odcisk któremuś koledze. Pamiętacie tego faceta, co po krytycznej recenzji złożył wizytę recenzentowi, i to nie po to, by mu pogratulować ciętego języka? No właśnie. Za to kandydat na debiutanta może chyba pogrzebać w utworach sprzed lat trzydziestu i więcej, by z łezką w oku wspomnieć lektury, na których się wychowywał.

W biblioteczce mam kilka książek, których tytuły i autorzy pewnie nikomu nic nie mówią, a które na mnie swego czasu wywarły spore wrażenie. Jedną z nich jest Ocean Niespokojny, utwór popełniony przez Michała Markowskiego, wydany przez Krajową Agencję Wydawniczą w 1982 roku. Z listy na wikipedii pamiętam jeszcze tylko dwa inne jego tytuły, ale właśnie dosłownie: same tytuły. Natomiast Ocean pamiętam, pamiętam całkiem dobrze, i to znacznie lepiej niż niektóre książki przeczytane znacznie później.

Okładka w minimalistycznym stylu, z ilustracją nijak się mającą do treści, za to artyzmem tchnąca, że aż strach. Dzisiaj nikt by tak książki nie wydał, bo nikt by tak wydanych książek nie kupił.

Nie wiem, ile miałem lat, gdy pierwszy raz dorwałem się do Oceanuale to musiała być jeszcze podstawówka. Bez wątpienia była to jedna z pierwszych książek SF, z którą się zapoznałem. Nie pierwsza, nawet nie w pierwszej dziesiątce przeczytanych, ale bez wątpienia w pierwszej setce co najmniej Ocean na pewno by się znalazł.  Być może dlatego wspominam ją z taką nostalgią i dlatego tak bałem się zajrzeć do niej ponownie. Bo teraz, bogatszy o całe dziesięciolecia doświadczeń, nie oceniłbym jej dzisiaj tak wysoko.

Warsztat pisarski Markowski ma dość przeciętny, chociaż zdarzają mu się zdania-perełki (Na przykład, na trzy dekady zapamiętałem Harriet! Harriet tysiąca dni.). Często jednak pisze sucho, bezbarwnie i chociaż jako dziecko czytałem wszystko z wypiekami, teraz czasami się dziwię, jak mogło mi się to podobać. W książce sporo jest także nielogiczności i usterek, które dzisiaj każdy chętnie by Markowskiemu wytknął – choćby wrakowisko statków, które spotykają bohaterzy.

Książka wydana w ramach serii „Fantazja, Przygoda, Rozrywka” pod redakcją Andrzeja Wójcika – serii która, jak widać, zdobyła uznanie i dwie nagrody: w 1980 na Euroconie 5 dla najlepszego Europejskiego wydawnictwa SF, oraz w 1982 na Euroconie 7, za to samo. To były czasy! Wydane niby siermiężnie, szary papier, ale wtedy liczyła się zawartość, a nie wygląd.

Nie będę streszczał zawartości, bo sam nie lubię psujów, a może komuś kiedyś książką do rączek trafi (na allegro można kupić za złotówkę). Powieść jest po części dystopią, po części zaś klasyczną opowieścią o kontakcie. Zaczyna się na przeludnionej, wygłodniałej Ziemi, w dwudziestym pierwszym wieku, w którym kara śmierci grozi za kradzieże i pijaństwo (i drobnych pijaczków humanitarnie wysyła się w kapsule w kosmos, hm, hm, musieli opracować cudownie tanie metody wystrzeliwania rakiet). Nie wiadomo dokładnie, jaki panuje system społeczny, jasno jednak wynika, że jest on opresyjny, brutalny, skorumpowany i nieefektywny (bo skoro Tesari może dla swoich zachcianek wybrać sobie dwójkę skazańców i prywatnie posłać ich w misję, to reżim musi być naprawdę skorumpowany).

Szalony milioner odkrywa, że gdzieś, w bezmiarze przestrzeni, istnieje kopia naszej planety. Kopia niedokładna, ale jednak podobna do naszej historią, zamieszkana przez ludzi, z cywilizacją 300-400 lat zapóźnioną w stosunku do naszej. Jasne jest, że trzeba tam posłać parę skazańców, a nie jakąś tam misję starannie wyselekcjonowanych kosmonautów. Skazańcy mają jedno zadanie: spłodzić dziecko, które dokończy podróż.

Pierwsza część jest w narracji pierwszoosobowej i traktuje o pobycie na Ziemi i podróży. Opowiadana jest z perspektywy Roberta Bara, byłego prawnika, skazanego na śmierć za kradzież puszek z jedzeniem dla żony i dziecka. Ta część jest znacznie słabsza, chociaż w dzieciństwie duże wrażenie wywarły na mnie sceny z żółwiem, albo androidem Kamem.

W drugiej części, w narracji trzecioosobowej, syn skazańców ląduje na kopii Ziemi, na wyspie, która jest odpowiednikiem naszej Anglii. Dziecko, wychowywane przez robota oraz zdalnie przez degeneratów, przybiera imię Jezus. Dalej mamy bluźnierczą parodię: fałszywy Jezus zstępuje na fałszywą Ziemię. Prawdziwy – uzdrawia chorych dotykiem i wskrzesza zmarłych. Łatwo się więc domyślić, co robi Jezus fałszywy.

Powieść przepełnia ponura atmosfera i kończy się również ponuro. Treść pasuje do szarego papieru. Nawet drobne zwycięstwa nie są dużo warte na dłuższą metę i nikt ich nie zauważa. Ostatecznym końcem wszystkich bohaterów jest śmierć i zapomnienie, chociaż nie można ich wszystkich określić jako przegranych.

Ciekawi mnie, na ile taka książka jest efektem czasu, w którym powstała – ponurych i zimnych lat osiemdziesiątych. Ciekawi mnie, czy dzisiaj autor napisałby ją inaczej. Ciekawi mnie także, czy  w ogóle dałbym radę przeczytać Ocean dzisiaj, bo – jak pisałem wyżej – warsztatowo jest to rzecz poprawna, ale bynajmniej nie genialna. Pomysł, na którym historia jest oparta, a który tak bardzo mnie zafascynował gdy miał lat dziewięć czy dziesięć, dzisiaj wydaje się ciekawy ale nie odstający jakoś specjalnie od innych.

A jednak, mimo tego wszystkiego, zdecydowanie jest to jedna z tych książek, która wywarła na mnie duży wpływ – a zarazem rzecz totalnie nieznana w środowisku. Nie widziałem nigdy nikogo dyskutującego o książkach Markowskiego. Bo też i autor karierę pisarską chyba skończył, a google’a pytany o jego nazwisko, zamiast pisarza wyrzuca młodego sportowca.

Na lubimyczytać widzę, że niby coś tam potem jeszcze wydawał,  ale: po pierwsze,  nie jest to książka, tylko podręcznik gry fabularnej, a po drugie, podejrzewam, że ktoś się pomylił wpisując dane i to jakiś inny Michał Markowski. Z całą pewnością prowadził natomiast blog (ostatni wpis z 2013 roku), ale raczej krótko.

Na sam koniec drobna dygresja: patrzę na nakład. Sto tysięcy egzemplarzy. Łapię za inne książki z tego okresu: Kate Williams Gdzie dawniej śpiewał ptak, rok 1981: 50 tysięcy. Charles Tanner, zeszytowe wydanie przygód Tumitaka: sto pięćdziesiąt tysięcy. Henryk Kurta, Dzień Czerwonego Giganta: sto tysięcy, rok wydania 1982. Kolega pisarz tłumaczy, że nie każdego wydawano w takich nakładach, a samych książek było mniej, teraz tytuły mają mniejsze nakłady ale za to jest ich znacznie, znacznie więcej… No może i tak, ale te liczby i tak robią wrażenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *