Zasadniczo ktoś pragnący zostać pisarzem powinien blogować o literaturze: książkach, opowiadaniach, nowelkach, shortach, drabblach, ewentualnie jeszcze o komiksach albo kinowych adaptacjach ulubionych powieści. Zdecydowanie więc nie powinno być u mnie miejsca na recenzję gry, nawet tak dobrej jak Siedem cudów świata. Niemniej – mam chwilkę czasu, by coś skrobnąć, a nie przychodzi mi do głowy żaden inny sensowny temat, a chwilowo mam dosyć wrzucania samych odnośników do ciekawych stron. Dlatego też dzisiaj będzie krótka (króciuteńka!) recenzja gry.

Od razu uprzedzając zapytania: nie, to nie jest płatna reklama i nikt mnie o tę recenzję nie prosił.

Recenzji Siedmiu cudów świata na sieci jest mnóstwo. Wystarczy wpisać w google’a i zaraz wyskakuje jedna, druga i trzecia. Dlatego nie będę opisywał mechaniki, a raczej opiszę ogólne wrażenia kogoś, kto w planszówki nie grywa, a nawet od paru lat nie grywa już na komputerze (zgroza!). Być może taka opinia przyda się komuś innemu, kto też grywa rzadko i zastanawia się, co by tu kupić dzieciakom.

 

 

Już sam wygląd pudełka Siedmiu cudów zachęca do rozgrywki kogoś takiego jak ja, przyzwyczajonego do siermiężnych planszówek z czasów PRLu

Wszystko zaczęło się od tego, że moja żona zaczęła mi wypominać, jak mało czasu spędzam z dziećmi. Wprawdzie spędzam, moim zdaniem, wystarczająco dużo – tyle samo albo i więcej, jak moi rodzice ze mną, a i rodzice żony też z nią przesadnie się nie socjalizowali, niemniej dla świętego spokoju uznałem, że coś trzeba z tym zrobić. Problem polega na tym, że, po pierwsze: jestem introwertykiem; po drugie, nerdem; a po trzecie, niedaleko pada jabłko od jabłoni i dzieci sporo po tatusiu odziedziczyły. Z trzeciego i drugiego wynika, że socjalizowanie na basenie, boisku czy innej współczesnej sali tortur zdecydowanie odpada.Co do pierwszego… Kocham rodzinę i bardzo bym tęsknił, gdyby gdzieś wybyli na dłużej, ale moją potrzebę obcowania z rodziną w zupełności zaspokaja świadomość, że są w sąsiednim pokoju. No jeszcze czasami mam ochotę ich poprzytulać, po czym wracam zamknąć się w pokoju i jest super.

Wcześniej socjalizowaliśmy się przy pomocy grania w SuperMonopol i jakąś tam mutację scrabbli (z uproszczonymi regułami), ale już dawno mnie to znudziło. Wpisałem więc w google’a „gra planszowa” i spędziłem kilka godzin na szukaniu odpowiednich propozycji. Wybrałem karciankę „List Miłosny” oraz właśnie „Siedem cudów”. Karcianka się nie sprawdziła. Zagraliśmy kilka razy i po prostu… W sumie nawet nie wiem, dlaczego nas nie zachwyciła. Dobrze, że była tania. Natomiast Siedem Cudów – o, to zupełnie inna sprawa.

Początek rozgrywki. Tata się zbroi oraz inwestuje w naukę.

 

 

Pytanie pierwsze: czy gra jest ciekawa? Czy podejdzie ludziom, którzy planszówkami nie żyją? Nikt z mojej rodziny nie jest fanem planszówek i nasze doświadczenia to głównie Chińczyk, Monopol i takie tam starocie.

Tak szczerze, to pisząc o braku doświadczeń z planszówkami troszeczkę skłamałem. Przyznaję: młodym pacholęciem będąc, w różne rzeczy się grywało, ale ponieważ grywało się circum about trzydzieści lat temu, więc na potrzeby tej recenzji można uznać mnie za planszówkową dziewicę.

Do każdej partii zasiadamy w czwórkę. Zdarzyło się raz, że rozegraliśmy cztery partie pod rząd. Całe święta wieczory spędzaliśmy przy Cudach, dzień w dzień, i minęło sporo czasu, zanim doszliśmy do wniosku, że przydałaby się nam przerwa. Grać chcieli wszyscy: prawie-osiemnastoletnia córka, żona, ja oraz dwunastoletni syn. Reprezentatywność zakłóca tutaj nieco fakt, żeśmy wszyscy introwertycy.

Co do gry – niby tylko zadrukowane kawałki tektury… Jednakże bardzo estetycznie wyglądające. Jak na razie nie zniszczone, mimo intensywnego używania, tylko karty cudów mają nieco obśrupane rogi. Początkowo nie zauważa się obrazków, ma się tylko ogólne wrażenie „o, ładne to nawet!”, ale przy przestojach (rzadkich, ale czasami zdarza się, że ktoś myśli, jaki by tu ruch wykonać) można się kartom przyjrzeć dokładnie i wówczas można dostrzec detale. Wykonawstwo – duży plus.

Wykonawstwo – naprawdę duży plus. Tutaj stan rozgrywki pod koniec Trzeciej Ery.

 

Czasami wydaje mi się, że zbyt dużą rolę odgrywa losowość, że zbyt mało jest interakcji z innymi, jednakże fakt, że moja córka wygrała ponad połowę partii sugeruje, że jednak dobra strategia coś tam znaczy („wszyscy mamy jakieś strategie, córuś.” „Ale moja działa.”).

Pod koniec roku zrobiliśmy podsumowanie: córka zdecydowanie prowadzi, z dwunastoma wygranymi na dwadzieścia dwie rozgrywki. Niżej podpisany na szarym końcu z dwoma zwycięstwami. Najwyższy wynik w historii naszych gier zdobył mój syn: sześćdziesiąt siedem punktów, w tym absolutnie rekordowe i od tej pory nie powtórzone pięćdziesiąt sześć za samą naukę. Najniższy wynik: moja żona, z dwudziestoma ośmioma (małżonka grała jednak zwykle bardzo równo, zdobywając największą liczbę srebrnych medali).

Notesik z wynikami rozgrywek. Jedna z nielicznych rozgrywek, w których ojcu udało się uniknąć lania od kochanej córeczki.

 

 

Zapłaciłem 115 złotych, co dla takiego skąpca, jak ja, nie było łatwe. Czy było warto? Osobiście jako przelicznika używam kina. Wyjście do kina to jakieś dwie dyszki od osoby za dwie godziny średnio, mam dwójkę dzieci –  wychodzi koszt dzieciozgłowygodziny właśnie dwadzieścia złotych (uff, dobrze, że kończyłem politechnikę). Jedna rozgrywka w Siedem Cudów trwa koło pół godziny. Do tej pory rozegraliśmy dwadzieścia dwie partii. Wniosek: koszt gry już się zwrócił, a gra jeszcze nam się do reszty nie znudziła. Czyli? Czy było warto? Tak, jak najbardziej. Było.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *