Podsumowanie końcoroczne

Moją rodzinę i znajomych strasznie denerwuje moja skłonność do biadolenia. Jestem z natury ponurym pesymistą (redakcja nie poprawiać, moja wiedzieć, że pesymista rzadko bywać wesoła), specjalistą od wyszukiwania dziur w całym i dostrzegania ciemniejszych stron życia.

Na dodatek za oknem pogoda z rodzaju tych, co największą Polyannę wpędziłaby w depresję. Do tego kończy się rok, a koniec roku od zawsze skłania mnie do refleksji: nad tym, co osiągnąłem i nad tym, co osiągnąć chciałem; które z planów udało się mi zrealizować, a które pozostały dalej w sferze tylko zamierzeń. I to wszystko: pogoda, własna natura, końcówka roku i konfrontacja planów z rzeczywistością powodują u mnie mało radosne myśli. Liczyłem na znacznie więcej, znacznie szybciej. Zarówno w pracy, jak i na niwie pisarskiej…

W sferze zawodowej jakiś czas temu pogodziłem się z tym, że raczej nie osiągnę habilitacji. Moje kolejne pomysły albo nie zdobywały uznania, albo też okazywały się powtórzeniem czegoś, co rok czy dwa lata wcześniej opracował już jakiś Chińczyk czy Anglosas. Od listopada przeszedłem więc na etat starszego wykładowcy, co jest znacznie uczciwsze wobec mojego szefostwa, a zarazem pozwoli mi się skupić na tym, w czym  jestem dobry – nie tylko we własnej opinii. Moje zajęcia oceniane są raczej wysoko przez studentów. Niemniej, gdy podejmowałem pracę na uczelni moim celem była właśnie habilitacja i profesura. Tak więc – klęska numer jeden i pierwszy powód do depresji.

Jeszcze pozostając w sferze zawodowej, ponury nastrój wzmaga wysokość niesamowicie wielkiej podwyżki, jaką ostatnio otrzymałem – czternaście złotych, serio. Do tego sprawdzając wyniki ankiet, okazało się, że ponoć jakiś student (sądząc po użytych formach gramatycznych, mężczyzna) złożył na mnie skargi (w liczbie mnogiej) na tematy projektów, które są seksistowskie, klasistowskie i ableistyczne. Dziwna rzecz: otrzymałem sporo komentarzy brzmiących jak laurki, dostałem nagrodę za osiągnięcia dydaktyczne, przedmioty oceniono raczej wysoko – a jednak bardziej mnie boli ten jeden komentarz o moim rzekomym seksizmie niż cieszą wszystkie pozostałe chwalące mnie za kompetencję i profesjonalizm.

Przechodząc do mojej pożal się Darwinie pisaniny… Zacząłem w roku 2012, od napisania powieści. Miała to być fantastyka dla kobiet, dałem więc do przeczytania żonie, siostrze, siostrze żony i paru ochotniczkom zgarniętym na pewnym literackim forum. Wszystkim paniom się spodobało, więc pewny siebie wysłałem dzieło do kilku wydawnictw i… i nic. Wydawnictwa milczały. Nieco zdziwiony, zacząłem wysyłać opowiadania. Wszystkie zostały odrzucone.

Okazało się więc, że jestem nie aż tak zdolny, jak mi się wydawało. Przysiadłem więc nad warsztatem, odszukałem zakurzone numery Fenixa z poradami Feliksa Kresa, napisałem sporo wprawek, z uwagą czytałem komentarze na weryfikatorium do tekstów moich i wszystkich innych, i poprawiałem, poprawiałem, poprawiałem… w efekcie w styczniu 2013 moje pierwsze opowiadanie zostało opublikowane w webzinie QFant.

Za kolejny cel obrałem sobie sprzedaż opowiadania do Fantastyki. Wreszcie, udało się; w 2014 ukazała się humoreska ze skrzatem Burym w roli głównej.

Pracowałem na warsztatem dalej, czytałem poradniki, uważnie wczytywałem się w dyskusje na weryfikatorium. Osiągnąłem etap, w którym właściwie każde nowo napisane opowiadanie ostatecznie gdzieś przyjmowano.

Uznałem więc, że pora wrócić do pisania powieści. Pisałem strasznie długo; razem z przygotowaniami, zajęło mi to blisko dwa lata. I znowu, czytelnikom przeważnie rzecz się podobała; sam też uważam, że poziomem stoi znacznie wyżej, niż moja pierwsza próba. Powiem więcej – nieskromnie wydaje mi się, że dwie ostatnie części są po prostu znakomite, chociaż dla odmiany początek może należałoby poprawić, skrócić i zdynamizować. Ponieważ  miałem już dosyć ciągłego poprawiania, w sierpniu i wrześniu wysyłałem powieść do wydawców. Właśnie teraz powinni odpowiadać; skoro nie odpowiadają, znaczy – nie są zainteresowani. I faktycznie, gdy wyrywkowo do niektórych z  nich dzwonię, okazuje się, że „nie zajmują się fantastyką”, „mamy zapełniony plan wydawniczy”. A więc wciąż jestem za cienki w uszach, a ostatnie dwie części są „znakomite” tylko w mojej własnej opinii. No, mogę się niby pocieszać, że może rzecz za długa (blisko tysiąc stron!) jak na debiut, do tego znowu nie do końca wiadomo, czy to fantasy, czy science fiction… Niemniej smutno się robi.

Jest więc końcówka roku 2018 – sześć lat prób i jak widać, rezultaty nikłe. Dwa opowiadania już opublikowane na papierze, trzecie powinno się ukazać w roku przyszłym. Dodatkowo, jedno wyróżnienie w konkursie i osiem opowiadań przyjętych do magazynów sieciowych. Niezbyt dużo. Dwie powieści napisane, obie odrzucone. Powstaje pytanie, czy warto dalej próbować –  i dochodzę do wniosku, że wciąż jestem skłonny odpowiedzieć tak, warto. Zawsze chciałem, by móc o sobie powiedzieć „jestem pisarzem”. Mam chyba dość talentu i dobrych pomysłów, by mieć prawo do sądzenia, że cel ten jest w moim zasięgu – i wystarczająco wielu czytelników lubiło moje dotychczasowe próby literackie, by mniemać, że jakiś tam poziom moja skrobanina reprezentuje. Zobaczymy zresztą, jakie komentarze zyska „Przynoszę wam pokój”, gdy się już okaże w Fantastyce. Beta-czytelnikom raczej się podobało, niektórym nawet bardzo.

Pora przejść do bloga: średnio odwiedza mnie, jak widzę, koło czterystu unikalnych IP miesięcznie, z czego jakaś połowa to prawdopodobnie faktycznie ludzie, którzy coś tutaj czytają – reszta, sądząc po kraju pochodzenia, czasach wizyt i tak dalej – to zapewne boty lub osoby wpadające przez przypadek. Frazy z google’a, które najczęściej sprowadzały tutaj gości to „opowiadania” oraz „smutna historia o miłości”. Komentarze: sto procent to fałszywki po angielsku, generowane przez boty. To wszystko mimo tego, że przez pierwsze miesiące wpisywałem mnóstwo adresów do tzw. banlisty – między innymi wyciąłem cały ruch z Chin. Doświadczenia z prowadzenia bloga powodują, że odtąd znacznie bardziej sceptycznie będę podchodził do osób chwalących się, że „na moim blogu mam sto tysięcy wizyt miesięcznie!”.

W przyszłym roku zamierzam pisać na blogu rzadziej, dawać mniej samych odnośników, za to poruszyć może parę kontrowersyjnych tematów, które mnie osobiście interesują. Zacznę może od kwestii seksizmu (lub jego braku) w informatyce. Może też wrócę do starych fantastyk, by poprzypominać sobie (i innym) klasyczne opowiadania, które tam trzy-cztery dekady temu się pojawiały.

Pozostaje liczyć na to, że przyszły rok będzie lepszy. Napiszę nową powieść, tym razem krótką, zwartą, bez zbyt wielu wątków pobocznych i bohaterów, jasno określoną gatunkowo. Do trzech razy sztuka. Jeżeli i ona się nie spodoba – trudno, trzeba będzie wrócić do pisania opowiadań, bo dawno już nic nowego nie stworzyłem, i poprawiania warsztatu.

Wesołych Świąt!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *