Moją rodzinę i znajomych strasznie denerwuje moja skłonność do biadolenia. Jestem z natury ponurym pesymistą (redakcja nie poprawiać, moja wiedzieć, że pesymista rzadko bywać wesoła), specjalistą od wyszukiwania dziur w całym i dostrzegania ciemniejszych stron życia.

Na dodatek za oknem pogoda z rodzaju tych, co największą Polyannę wpędziłaby w depresję. Do tego kończy się rok, a koniec roku od zawsze skłania mnie do refleksji: nad tym, co osiągnąłem i nad tym, co osiągnąć chciałem; które z planów udało się mi zrealizować, a które pozostały dalej w sferze tylko zamierzeń. I to wszystko: pogoda, własna natura, końcówka roku i konfrontacja planów z rzeczywistością powodują u mnie mało radosne myśli. Liczyłem na znacznie więcej, znacznie szybciej. Zarówno w pracy, jak i na niwie pisarskiej…

W sferze zawodowej jakiś czas temu pogodziłem się z tym, że raczej nie osiągnę habilitacji. Moje kolejne pomysły albo nie zdobywały uznania, albo też okazywały się powtórzeniem czegoś, co rok czy dwa lata wcześniej opracował już jakiś Chińczyk czy Anglosas. Od listopada przeszedłem więc na etat starszego wykładowcy, co jest znacznie uczciwsze wobec mojego szefostwa, a zarazem pozwoli mi się skupić na tym, w czym  jestem dobry – nie tylko we własnej opinii. Moje zajęcia oceniane są raczej wysoko przez studentów. Niemniej, gdy podejmowałem pracę na uczelni moim celem była właśnie habilitacja i profesura. Tak więc – klęska numer jeden i pierwszy powód do depresji.

Continue reading „Podsumowanie końcoroczne”