Niby Dzieuo  już wysłałem do kilku wydawnictw, ale w międzyczasie jeszcze zostało kilka osób, które obiecały przeczytać, ale nie miały dotąd czasu. Właśnie dostałem dwie nowe opinie i szczerze mówiąc, trochę mnie zmroziły. Może nie powinienem ich nawet tu wrzucać, bo jeszcze ktoś z wydawnictwa albo jakiś potencjalny czytelnik przeczyta i się zrazi, hehe. No, ale w imię otwartości twórczej i takich tam: znajomy pisarz napisał jeśli ktoś lubi przygodówki w settingu lekkiej fantasy, to być może będzie zainteresowany, bo piszesz dosyć sprawnie… i to było ostatnie dobre słowo. Za dużo dialogów, zbyt rozwlekłe, zaburzona struktura. Jak na przygodówkę, zbyt wolne tempo. Tnij, przesuwaj, za dużo infodumpu. Drugi z kolei znajomy, sam siebie określający mianem „wojnoświra” napisał, że Elementy militarne dalej na poziomie, ale że za dużo dialogów, nużące rozważania, gadające głowy i do tego totalne wk#!*ca jedna z bohaterek.

Kiepsko. Poprzednio miałem uwagi, że tempo bardzo szybkie, może nawet za szybkie, że brak wyjaśnienia świata i tak dalej. No to dopisałem wyjaśnienia. Teraz nie ma już uwag, że coś jest niezrozumiałe, za to, że tempo siadło. Z drugiej strony, n=2 to próbka trochę mała :D.

Zauważyłem przy tym coś ciekawego: jedni (głównie, ale nie tylko, czytelniczki) domagają się więcej opisów, więcej retrospekcji, pogłębiania postaci. Inni (głównie, ale nie tylko, czytelnicy) mniej gadania, więcej akcji, mniej opisów. Sceny, którym jednym bardzo się podobają, innych nudzą. Jedni uważają, że jakaś scena jest bardzo ważna, bo pomaga uporządkować wiedzę i przypomnieć informacje sprzed kilkuset stron, a inni – że scena bez sensu i nic nie wnosi. Najbardziej entuzjastycznie podeszli ci, którzy sami nie piszą (trzy osoby, którym się bardzo podobało i uważają rzecz za świetną, do „połknięcia” w jeden wieczór). Najmniej entuzjastycznie ci, którzy sami coś piszą lub próbować pisać.

Tak czy inaczej, siedzę i poprawiam. Już wyciąłem sześć tysięcy znaków z dialogów w początkowej części powieści, a serce krwawi przy każdym wyrzucanym słowie. Najgorsze, że niektórych rzeczy bardzo nie chciałbym wyrzucać, bo chociaż spowalniają akcję, ich brak zakłóciłby wewnętrzną logikę tekstu:  po pierwsze, czasami ja wiem, dlaczego niektóre rzeczy się dzieją i dlatego czasami chcę dodać jakieś drobne uzasadnienie. A po drugie: czasami jest to zapowiedź czegoś, co zdarzy się w części czwartej (albo i później, jak się da) – osobiście bardzo nie lubię, gdy w jakiejś książce na pięćsetnej stronie nagle się okazuje, że np. bohater ma starego kumpla, o którym właśnie sobie autor przypomniał i chciałem u siebie podobnych sytuacji uniknąć.

Na przykład: młyny Ukajnena. Jeżeli powieść sprzedam, jeżeli się spodoba i jeżeli będzie kiedyś kontynuacja, to wtedy pojawią się młyny Ukajnena. I dlatego bardzo, bardzo chciałem, by o nich wcześniej wspominano – a nie, by potem nagle się okazało, że tak, jest taki mit, wszyscy o nim wiedzą, ale autor zapomniał o tym napisać przez sześćset stron.

No nic. Mam zamiar usiąść i do końca tygodni uwagi uwzględnić i trochę tekstu wyciąć.

Aktualizacja: spłynęła niespodziewanie opinia od jednej beta-czytelniczki, która wcześniej zarzekała się, że nie da rady przeczytać i żebym na nią nie czekał. Ciekawostka: ta sama scena, która jednego z powyższych znudziła i radził, by wyrzucić, na niej zrobiła właśnie bardzo pozytywne wrażenie. I bądź tu mądry…

Tym samym, liczba beta-czytelników dobiła do diabelskiego tuzina (trzynaścioro). Niezbyt może wiele, jedna pisarka twierdziła, że jej pierwsze powieści czytało po dwadzieścia osób. Wystarczająco dużo, by poczuć się skołowanym.

W międzyczasie, liczba wyciętych znaków: osiem i pół tysiąca.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *