Maraton pisarski zbliża się do końca

Wakacje. Pora, gdy studenci nie przeszkadzają, gdy można się zamknąć w pokoju, zasunąć zasłony (żeby słońce nie przypalało) i bezwstydnie włazić pod prysznic, kiedy tylko najdzie ochota (na przykład, gdy słońce jednak przypali). Mnóstwo wolnego czasu. W sam raz, by pisać po dwadzieścia do czterdziestu tysięcy znaków dziennie, a potem szlifować, poprawiać, heblować, cyzelować… Kasować i pisać od nowa.

Pisałem cały czas od poprzedniego wpisu, dodając nowe wątki, poprawiając nieścisłości i tak dalej. Poprzedni beta-czytelnicy (hi, uniwers! Hi, Wolha! i hi, Escort, chociaż Twoje poprawki to już dawno uwzględniłem przy którejś tam poprzedniej wersji) domagali się więcej introspekcji, retrospekcji, prospekcji i ekstraspekcji (no dobra, te dwa ostatnie zmyśliłem. Nie mam pojęcia, co to jest). Uwzględniłem. Chcieli więcej miejsca dla Moany, by nie była tylko rekwizytem. Ma więcej miejsca kobieta. Wywalenia rozwiązań typu deus ex machina. Część wywaliłem. I z dumą stwierdzam, że Wielkie Dzieuo właściwie skończone.

Jeszcze obecnie czyta ja kolejnych dwoje betaczytelników. Od jednego (hi, Misieq!) mam już opinie z pierwszej części (uwzględnione). Przy okazji, pozamieniałem wszystkie metry na sążnie, kilogramy na funty i tak dalej, by dać sobie więcej luzu, gdyby ktoś pytał „a dlaczego te szybowce latają tylko 60 kilometrów na godzinę, przy wadze dwustu kilogramów i ciśnieniu tysiąca hektopaskali oraz temperaturze dwudziestu stopni celsjusza?”. Trudniej się będzie wymądrzać takiemu, gdy dostanie szybowca latającego z prędkością, powiedzmy, dwustu mil na godzinę. Bo mila, proszę państwa, może kilometrów mieć osiem, a może i półtora.

Tak więc – formalnie końca nie ma, ale pozostały raczej drobne poprawki tu i tam. Szczypta soli dla poprawy smaku, żeby tak użyć porównania kulinarnego. Jeżeli obecnym betom się bardzo nie spodoba, to po prostu rzecz odłożę na rok, a sam zabiorę się za co innego. Jak dotąd jednak się podoba, chociaż nierówno. Początek wciąga, potem spadek, potem najgorsza druga część, znowu dobra trzecia i – jak dotąd chyba wszyscy tak uważają – najlepsza czwarta.

Prawie półtora miliona znaków.

Później – już tylko przygotować listy do wydawców i słać. Pół roku do roku na odpowiedź. Jeżeli – na co mam nadzieję – wydawcy się odezwą, pół roku do roku na przygotowanie książki do druku. A potem… zarobimy te trzy, a może cztery stówy (bo aż tyle, jak pamiętacie z poprzedniego wpisu) może zarobić debiutant).

Jeszcze jedna ważna rzecz – wybór tytułu. Pożar na pustkowiu? A może Kilumara obiecana? Albo… Płomienie we mgle. Ognie na niebie. Pieśń ognia i … zaraz, to już chyba było.

Mimo wszystko, nawet, jeżeli nic z tego nie będzie – jeżeli wydawcy odrzucą powieść tak, jak odrzucili poprzednią, to zawsze sporo się nauczyłem o pisaniu. Planowaniu książek. Budowania narracji. Tworzenia bohaterów. Następna powieść na pewno będzie lepsza. Na pewno – bo moim zdaniem obecne Wielkie Dzieuo jest lepsze od mojej pierwszej próby.

Pozostaje jeszcze kwestia, czy powieść nie zostanie odrzucona, bo nie wpisuje się łatwo w kategorie gatunkowe. Nie jest to ani fantasy, ani science-fiction, ale… coś jakby steampunkt, ale jednak nie steampunk, zdecydowanie nie. No i objętość – półtora miliona znaków to ździebko za dużo, trzeba by podzielić na dwa, ale dwa… to jakoś dziwnie. Piszesz albo jedną książkę, albo machasz trylogię.

Z drugiej strony, chyba nikt nie porusza takich tematów, jak ja. Niektóre pomysły są ograne – ale jest też kilka takich, które chyba są nowe. I podobno czyta się przyjemnie, a nawet bardzo przyjemnie. Tak więc… nie mam pojęcia, czy być optymistą, czy też nie :D.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *