Ile kosztuje pasja? O zarobkach pisarzy i nie tylko.

Ostatnio na moim ulubionym forum pisarskim pojawił się temat dość ciekawy. Wszystko zaczęło się od tego, że powiedziałem, że piszę dla pieniędzy. Moją ambicją nie jest tworzenie literatury wysokich lotów, tylko dostarczanie rozrywki – książek do przeczytania w pociągu, albo na wczasach, gdy akurat padła sieć, a na dworze plucha. Jeden z użytkowników był wstrząśnięty.

Pisanie, to powinno być hobby, powiedział. Pasja. Powinniśmy tworzyć, by przelać na papier nasze emocje, marzenia, by innym coś przekazać, zainspirować do czegoś. Jednym słowem – pisanie to misja. Jeżeli zapowiadasz, że piszesz dla kasy, dodał, i to jeszcze przed debiutem książkowym, to możesz się mocno rozczarować.

DISCLAIMER: do nikogo nie mam pretensji za dyskusję. Wszystkie opinie były cenne i wiem, że również użytkownik, który dyskusję zaczął, nie ma zamiaru zaglądać mi do kieszeni. Wszyscy jesteśmy i zostaniemy dobrymi kolegami.

Co do rozczarowania: bez obaw. Wiem, czego się spodziewać. Podobno wydawcy są szczęśliwi, gdy książka sprzedaje się w trzech tysiącach egzemplarzy: wówczas zwracają im się poniesione koszta. Debiutanci często osiągają wyniki znacznie gorsze. Hitem wydawniczym jest nakład dziesięciu tysięcy.

I owszem, są wyjątki. I te wyjątki tyczą nawet działki, którą chciałbym zagospodarować (czyli fantastyki). Jednakże wyjątki mają to do siebie, że – jak sama, cholipcia, nazwa wskazuje! – są niezwykłe. Rzadkie. Większość nie może być wyjątkowa, z definicji niejako.

Ile więc zarabia pisarz? Zależy. Znajomy, którego książkę wydają właśnie teraz (ukaże się we wrześniu lub październiku) za swoje pierwsze opowiadanie (sto tysięcy znaków) dostał, uwaga, będą konkretne liczby, 110 złotych. STO DZIESIĘĆ. Tamto czasopismo niestety padło. Jedyne istniejące płaci znacznie lepiej, przynajmniej ja dostałem za oba sprzedane opowiadania więcej – ale trudno liczyć na to, że co miesiąc, powiedzmy, będzie się sprzedawało opowiadanie do jedynego w Polsce (obecnie) czasopisma SF/Fantasy. Teraz dalej. Znajomy znajomego, pisarz, debiutant, zarobił na pierwszej książce, uwaga, fanfary… czterysta złotych. Stawka za sprzedany egzemplarz waha się od wydawnictwa do wydawnictwa, ale jeżeli słyszeliście o „trzech złotych od sprzedanej książki”, zapomnijcie. Może ci wielcy tak dostają. W praktyce, słyszałem że stawka dziesięciu groszy (tak, to nie pomyłka) wcale nie powinna szokować. A zaliczka? Znowu, zależy od wydawnictwa, umowy, statusu pisarza. Słyszałem jednak o wydawnictwie, które zaliczek z zasady po prostu nie daje (nazwy nie wymieniam, jeszcze mnie pozwą… a to w końcu wszystko tylko plotki zasłyszane od, ekhm, kolegów po piórze).

Takie są realia. W Polsce pisarze przeważnie nie zarabiają na pisaniu i tyle. Owszem, są wyjątki, którzy (hi, Andrzej) tytaniczną pracą dokonują cudów i są w stanie utrzymać rodzinę ze sprzedaży książek. Inni albo pracują (dwóch znam nauczycieli, psypadek? Nie sądzę…), albo dorabiają trochę na boku, jeżdżąc na spotkania (biblioteki podobno czasami potrafią zapłacić za spotkanie, ale znowu – raczej znanemu pisarzowi) i tak dalej. No raczej pasty do zębów nie reklamują. Ani piwa. Poznalibyście sławnego pisarza (polskiego, R.R. Martin się nie liczy), gdybyście go zobaczyli w reklamie? Może Sapkowskiego.

Teraz więc jest jasne, że mówiąc o „pisaniu dla kasy” nie można mieć na myśli wielkich kokosów. Piszesz książkę pół roku, poprawiasz, cyzelujesz – a na koniec dostajesz trzy stówki. To ma być to sprzedawanie ideałów dla mamony? Bez żartów.

Uważam gadkę o hajsie przed wydaniem za takie średnie eleganckie. Nie lepiej zachować klasę.

A zastanawianie, ile zarabiałbym przed wyborem studiów, zanim się na nie zda? Sądzę, że mam szanse na wydanie. Czytałem książki znacznie gorsze, moje własne mi się podobają (gdyby mi się nie podobały, przecież bym nie pisał), betaczytelnikom zwykle też (niektórzy są wręcz zachwyceni, chociaż inni kręcą nosem). Dlaczego więc nie wolno mi myśleć: fajnie, może mi wpadną ze trzy stówy i kupię sobie za to szeferdię srebrzystą do posadzenia przy aroniach?

Pisanie to praca, jak każda inna. Lekarz ma misję, pomaga ludziom. Nauczyciel ma powołanie. Ale nikt im, cholera, nie bierze za złe, że biorą kasę. Dlaczego z pisarzem ma być inaczej?

No i wreszcie, czy można na poważnie myśleć, biorąc pod uwagę realia rynku wydawniczego, że zdobędzie się na pisaniu majątku? Nie można. Pisanie „dla kasy” to zwykła deklaracja, że darmo robić nie będę. Pracuję, zabiera mi to dużo czasu, siedzę po nocach i chcę za to pieniądze. Przyziemne? Owszem. Ale ja jestem przyziemny. Chcę mieć za co kupić nowe roślinki do ogrodu, na przykład.

Tutaj jeden znany pisarz napisał coś takiego:

nie ma nic złego w zarabianiu na tekstach: za ciężką pracę należy się wynagrodzenie, ale niekoniecznie musi być ono głównym motywem pisania, no a planowanie zysków przed wydaniem pierwszej powieści jest trochę jak dyskusja którą panią pierwszą ekhmmm… zniewolić – Miss America, czy Miss Europa…

Nie zgadzam się. To tak, jakby ktoś ucząc się tańca zastanawiał się, czy dzięki temu uda mu się poderwać dziewczynę (wzgl. chłopaka). I tak, wiem, mnóstwo ludzi uczy się tańczyć, bo kocha taniec. Ale czy to naprawdę tak źle, gdy ktoś zapisuje się na kurs, bo ma ochotę, na przykład, poznać kogoś fajnego? Są kapele grające dla czystej zabawy. Ale są też takie, które chcą na tym zarabiać.

Mam z pisania frajdę, lubię to. Chciałbym, by inny polubili moje opowiadania i książki. Sprawia mi przyjemność myśl, że może w przyszłości ktoś wybierze sobie jakiś cytat z mojego dziełka, albo że ludzie będą dyskutować o motywacjach moich bohaterów i bohaterek. Nie wiem, czy jestem wystarczająco dobry już teraz, by to osiągnąć, nie wiem, czy moje pomysły są wystarczająco ciekawe, chociaż oczywiście skromnie mam nadzieję, że tak jest. Ale – jeżeli jestem dobry, jeżeli piszę dobrze… To fajnie by było, gdyby jakiś czytelnik, zachwycony książką, postawił mi piwo. A ponieważ piwa nie lubię, to może być ekwiwalent pieniężny.

Inni użytkownik powiedział:

Chyba wiem, o co chodzi – w pisaniu musi być jakiś cel, zgrabnie wyłożona idea. Na jej wyłożenie autor zadaje sobie wysiłek – więc konsekwentnie, skoro najniższa krajowa to 11 zł/h, a za powieść dostajesz powiedzmy 500 zł – to tak, jakbyś pisał ją 45 godzin i była tyle samo warta, co czysty zmywak przez 4 dni.

No, nie do końca. Jest, jak jest, a na rzeczywistość nie ma się co obrażać. Natomiast skoro na książkach zarabiają wydawcy, hurtownicy i księgarze – to dlaczego, u diabła, ja nie mam przyznawać się do chęci, że coś tam też chciałbym, by mi skapło?

Świetnie to ujął Eldil z forum:

Uważasz, że pisanie to coś więcej niż wiele innych prac. Zgadzam się. Ale wynagrodzenie nie umniejsza. Pozbawienie wynagrodzenia umniejsza. Możesz sam – za cokolwiek – zrezygnować z zapłaty. To Cię czyni szlachetnym. Ale nie wolno od nikogo wymagać, by pracował za darmo, ani stosować szantaż moralny – jesteś pisarzem, nie mów o zapłacie. Zechce, to odpuści, nie wolno tego narzucać.

No właśnie.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *