Zbiór wiadomości pożytecznych i ciekawych…

Dzisiaj na początek parę linków dość już leciwych (w kategoriach internetu). Najpierw tekst sprzed lat blisko czterech: Piotr Muszyński o katanie i dlaczego nie jest to taki super miecz, jak niektórzy twierdzą. Następnie sprzed lat trzech, ładna infografika o filmach Noir: o ich typowych elementach i gdzie takich elementów znaleźć najwięcej.

Starocie mamy za sobą, to nieco aktualności. Wszyscy pamiętamy sprawę Jacka Piekary, który niezbyt kulturalnie wyraził się o Dorocie Wellman (imputując jej nieatrakcyjność). Jak wszyscy dalej pamiętamy, wezwanie do sądu dostarczono pod adres, gdzie Piekara ponoć nigdy nie mieszkał, chociaż jest tam zameldowany — wyjaśnienia pisarza są tutaj nieco mętne, ale sens jest taki, że ów o procesie się nie dowiedział. Skoro się nie zjawił, z automatu sąd przyznał rację pani Wellman.

Pani Wellman zażyczyła sobie przeprosin, nawiązki na cele charytatywne, zwrot kosztów i inne standardowe tego typy rzeczy. Problem jednak taki, że podobno dokładnie określiła gdzie i w jakim sposób mają być te przeprosiny opublikowane. Gdy Piekara zapytał się o koszt publikacji zainteresowane firmy (chodzi o Agorę, o ile pamiętam, bo nie chce mi się sprawdzać), te zażyczyły sobie coś z 360 tysięcy. Niektórzy twierdzą, że to kwota taka wstępna, do negocjacji i normalnie potem dostaje się spory upust, ale fakt jest faktem, że przynajmniej wstępnie kara za jednego tweeta wyniosła ponad czterysta tysięcy złotych.

Ja rozumiem, karać, ale: po pierwsze, pani Wellman także znana jest z niezbyt kulturalnych wypowiedzi (a więc widać u niej hipokryzję), a po drugie, kwota jednak wydaje mi się przesadna w kontekście zarobków polskich pisarzy (i samego przewinienia).

A teraz rozstrzygnięcie: proces zostanie powtórzony. Pisarz kontra aktywistka polityczna 1:0. I tak być powinno, moim skromnym zdaniem.

Jakub Ćwiek pisze o brzydkich praktykach wydawców. Od siebie dodałbym dwa przykłady: pierwszy, to „Srebrny Talizman” Joanny Chmielewskiej. Joanny Marii Chmielewskiej, takiej młodej pisarki. Do autorki nic nie mam, imię i nazwisko ma, jakie ma. Niby też na okładce jest „Joanna M. Chmielewska”. Mimo wszystko jednak pewne wątpliwości pozostały. Z drugiej strony, odmawiać autorce wydania, bo nazwisko ma podobne do innej, bardzo dobrze znanej? Drugi, Andrzej Sepkowski. To nie literówka, tak się nazywał pewien autor SF. Sepkowski.

Przechodzimy do anglosfery. Real Peer Review kontynuuje tradycję nabijania się z publikacji generowanych przez pseudonaukowców z amerykańskich uniwersytetów. Rewelacyjny przykład. Aż się przypomina Wizja Lokalna Lema i kuzyn Tarantogi. I visit restrooms out of necessity, not as part of a research study. Kapitalne.

Przybycie Europejczyków skutkowało w Ameryce nie tylko olbrzymią śmiertelnością wśród indian. Amerykańskie psy również zostały niemal doszczętnie wybite.

Eric Raymond pisze o stratyfikacji społecznej. Kiedyś klasa średnia miała służbę, później ludzie nagle uznali, że zawód pokojówki czy lokaja im uwłacza. Ludzie mogli pójść do fabryk, wybrać inne zawody. Problem polega na tym, że okres egalitaryzmu powoli zbliża się do końca. Dla wielu ludzi niedługo po prostu nie będzie żadnej pracy. Nie każdego można przyuczyć na programistę. Nie każdy może być architektem. Pozostaną zawody wydmuszki, a między nimi… kto wie, czy nie wrócą pokojówki i lokaje. Albo ludzie kandelabry, których zawód polegać będzie na tym, że będą ładnie wyglądać i podkreślać znaczenie pracodawcy.

Od wielu, wielu lat wykłócam się na internecie o rolę dziedziczności z różnymi zwolennikami „pustej tabliczki” (ang. blank slate). Czasami zdarza mi się spotkać ludzi twierdzących „no nieee, stary, chyba stawiasz chochoła. Przecież wszyscy wierzą w genetykę i dziedziczność”. Otóż nie, nie wszyscy. Wszyscy mogą deklarować wiarę – może zresztą właśnie słowo „wiara” jest właściwie dobrana. Wierzą, nie rozumieją. Od lat więc oskarżano mnie o słuchanie pseudonaukowców, bycie idiotą i tak dalej. Oczywiście nawet w latach 90tych było dość dowodów (naukowych) na dziedziczenie takich cech jak introwertyzm, konserwatyzm czy inteligencję. Jednakże  od mniej więcej dekady dowody narastają w sposób lawinowy, a kolejne studium ostatecznie powinno przesądzić, że inteligencja jest dziedziczna. Steve Hsu napisał dobitnie: Game Over.  Wcześniejsze badania pokazujące, że na podstawie genów można przewidzieć z dużym prawdopodobieństwem wyniki edukacyjne nie wynikały z tego, że pewne allele  mogły, na przykład, korelować się z klasą społeczną (w sensie, że to klasa społeczna naprawdę była ważna, czyli czynniki środowiskowe, a korelacja z genami powodowała przypadkowo sukces predykcji na podstawie genów). Nie. Najnowsze badanie pokazuje, że w ramach danej rodziny (a więc o identycznej klasie) o sukcesie edukacyjnym decydują właściwe geny. Game Over, środowiskowcy.

Wiecie, na jakiej zasadzie latają małe pajączki? Korzystają z pola elektrycznego Ziemi. Serio serio.

Kolejny rewelacyjny news, po którego lekturze człowiek nie wie, czy ma płakać, czy się śmiać. Wiecie, co to jest benevolent sexism? Otóż jest to szczególnie groźna forma seksizmu, polegająca na tym, że mężczyźni opiekują się kobietami, noszą im zakupy albo otwierają przed nimi drzwi. Poprzednio czytałem jeden feministyczny artykuł o straszliwych zagrożeniach płynących z tego rodzaju seksizmu i proszę, kolejny powód do bicia na alarm: większość kobiet, nawet o poglądach feministycznych, woli właśnie takich seksistów (deklarujących, że kobiety są słabe, kochane i należy je chronić i się nimi opiekować) od porządnych facetów-feministów (uważających, że niech sobie baba sama drzwi otwiera).

W innym artykule możemy przeczytać o tym, jak prohibicja doprowadziła do popularności lodów w Ameryce i o tym, jak marynarka wojenna kupiła barkę tylko po to, by dostarczać swoim marynarzom wystarczającej ilości lodów.

Księżycowy pył jest straszliwy. Drobny i ostry jak szkło. Nie tylko uszkadza urządzenia (a nawet grube buty astronautów), ale na dodatek jego wdychanie powoduje poważne problemy ze zdrowiem.

W jaki sposób przekonać tolerancyjnych, pro-imigranckich amerykańskich liberałów z typowych amerykańskich przedmieści? Bardzo prosto. Pewni naukowcy wysłali do jednego takiego rejonu — gdzie mieszkali dotąd sami biali — podstawionych studentów, którzy jeździli metrem i gadali po hiszpańsku. Samo ich pojawienie statystycznie znacząco zwiększyło antyimigranckie poglądy. Z tego wniosek, że ci liberałowie wcale nie są pro-imigranccy. Po prostu, żyją w miejscu, gdzie wyrażanie tego poglądów nic ich nie kosztuje i nie rozumieją ich wpływu na swoje codzienne życie. Idealny przykład virtue signalling. Dodam jeszcze, że autorzy piszą: we rightly perceive that diversity can improve the performance of many organizations, such as universities and businesses. BZDURA. Różnorodność etniczna czy rasowa nie wpływa na jakość. Dowody są wywiedzione z kilku studiów nad zespołami rozwiązującymi wydumane problemy, i po analizie wydaje się, że główne dwa czynniki wpływające na efektywność to

  • (a) najważniejszy: mieć jak najwięcej jak najbardziej inteligentnych ludzi
  • (b) mieć ludzi z różnymi poglądami (bo np. konserwatyści nie lubią liberałów, więc zaraz się doczepią do ich pomyłek i na odwrót).

Bardzo fajny komiks o zwyczajnej parze. Może będę tu czasami linkował niektóre obrazki.

Na koniec: w sanhedrynie, gdy kogoś oskarżano, uznawano tego kogoś za winnego, gdy większość sędziów była za jego winą. Natomiast, jeżeli wszyscy byli za skazaniem, winy nie uznawano. Tutaj bardzo ciekawe uzasadnienie tego zwyczaju.

I na koniec, polityka. Amerykanin o reformie polskich sądów przypomina m.in przypadek, gdy Abe Lincoln wkurzył się na jednego sędziego, który wydawał niekorzystne wyroki, i wsadził go do domowego aresztu, a potem doprowadził do likwidacji całego sądu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *