Dwóch Jacków: Komuda i Piekara („Warchoły i pijanice” oraz „Szubienicznik”)

Dawno, dawno temu, gdy schylając głowę jeszcze widziałem paluszki u stóp bez konieczności wciągania brzucha, przeczytałem w „Nowej Fantastyce” opowiadanie fantasy. Opowiadanie naprawdę słabe. Warsztatowo – bez zarzutu, językowo poprawne. A mimo to słabe – bo też cały pomysł miałem wrażenie, że widziałem już gdzie indziej, znacznie lepiej przedstawiony.

A jednak nazwisko autora utkwiło mi w pamięci. Zapewne duża w tym zasługa grafika – do dzisiaj pamiętam skrzydlatych husarzy na towarzyszących opowiadaniu ilustracjach. Tak czy inaczej, nazwisko zapamiętałem. Opowiadanie nazywało się „Czarna cytadela”, a autorem był Jacek Komuda.

Później z kolegami długo zabieraliśmy się do gry w Dzikie Pola. Nic z tego nie wyszło, zawsze ktoś nie miał czasu, mieliśmy także wiele innych systemów do przetestowania i w końcu nie stworzyliśmy nawet postaci. Nazwisko człowieka odpowiedzialnego za system brzmiało Komuda.

Tak więc, gdy kiedyś zobaczyłem w księgarni „Warchoły i pijanice” uznałem, że warto ciężko zarobione pieniądze z kieszeni wysupłać i sprawdzić, o czym teraz Komuda pisze. Od razu powiem, że inwestycja się opłaciła.

Książka bardzo zacna, napisana sprawnie, bez nużenia czytelnika. Przyjemniejsza od „Prawem i Lewem” Łozińskiego, chociaż tutaj na odbiór wpływał zarówno język (Łoziński jednak miejscami pisze archaicznie, czemu trudno się dziwić patrząc na rok wydania) jak i wrażenia, że tak powiem, organoleptyczne. Mój egzemplarz „Prawem i Lewem”, z trudem zdobyty w antykwariacie (w tamtych czasach nie było jeszcze wznowienia) zwyczajnie śmierdział, strasząc plamami po kawie i pożółkłymi kartkami postrzępionymi przez mole.

Komuda, jako się rzekło, pisać umie. Prawdziwy z niego gawędziarz i od razu widać, że tematem się fascynuje. On kocha łajdaków i łajdaczki, od których gęsto na kartach jego dzieła. Nie raz sobie wyobrażałem, jak musiały mu się błyszczeć oczy, gdy pisał o wyczynach Diabła, diabląt i Diablicy. Wspaniale by było słuchać przy ognisku i cydrze, jak na przykład,  opowiadałby o rozwodzie po staropolsku.

Tak więc książkę polecam.

Dla odmiany mój pierwszy kontakt z drugim Jackiem – Piekarą – wywarł na mnie zupełnie inne wrażenie niż pierwsze zetknięcie z Komudą. Była sobie kiedyś taka seria, „Magią i mieczem”, a w niej „Smoki Haldoru”, powieść (czy też mini-powieść, bo formatu bądź co bądź zeszytowego) świetna, zostawiająca niedosyt i żal do autora, że tak szybko pożegnał bohaterów. Późniejsza kontynuacja, którą zdobyłem ryjąc po allegro i antykwariatach rozczarowywała. Niemniej Piekarę kojarzyłem. Później wrażenie wywarł na mnie jego short o innej wersji ukrzyżowania. Co ciekawsze, z tego jednego shorta Piekara potem zrobił cały cykl na 10 tomów; jak dla mnie nieco zbyt brutalny, zbyt ociekający krwią i spermą, ale jednak o akcji wartkiej i dający się czytać.

Widząc więc nazwisko „Piekara” na półce księgarni nie wahałem się i po powieść sięgnąłem. I przeżyłem ogromne rozczarowanie.

W dużej mierze, wina jest moja. „Szubienicznik: Falsum et Verum” jest drugim tomem cyklu, o czym zorientowałem się dopiero po kilkudziesięciu stronach. Niemniej zdarzało mi się nieraz zaczynać przez pomyłkę cykl od środka – i drugi tom mnie wciągał, więc sięgałem po pierwszy. Być może jednak moja opinia jest przez to bez wartości, zupełnie jak kogoś, kto zacząłby „Władcę Pierścieni” od „Dwóch Wież”.

Piekara startuje świetnym pierwszym zdaniem, które wciąga od razu i zaciekawia. Co z tego, gdy zaraz potem zaczyna się kilkustronicowe wyjaśnianie głupawego dowcipu, opartego o powszechnie znaną anegdotkę o Sobieskim. Potem nie jest lepiej. Bohaterzy głównie gadają. Naprawdę; czytałem rzecz kilka lat temu, ale jedyne, co zapamiętałem z powieści to pierwsze zdanie i potem niesmak, ze tyle gadają o pierdołach. Nic się nie dzieje. Matko, jak ja się nudziłem. Łup, bohater rzuca łacińską sentencją. Drugi dowcipnie odpowiada greckim przysłowiem, pewnie bym się zaśmiał, gdybym wiedział, o co chodzi. Cały efekt psuje potrzeba szukania przypisu. Potem wypowiedź na pół strony. Uprzejmości wymieniają, a ja rozpaczliwie zerkam, ile to stron do końca zostało. O w mordę, to dopiero początek. Ale czytałem dalej, klnąc swój cholerny charakter, przez który jak coś zacznę czytać (lub oglądać) to po prostu muszę dokończyć.

Moim zdaniem, najgorsza powieść Piekary, z jaką miałem styczność. Odradzam. Jakbym zaczął czytać Piekarę od tego tytułu, to bym potem z krzykiem uciekał z księgarni na widok jego nazwiska na półkach.

Zarazem rzecz ciekawa: wydawnictwo to coś wydało, a na lubimyczytac zdobywa recenzje nawet przychylne. Ludzie najwidoczniej lubią się katować. Albo łacinę znają lepiej niż ja i chichrają, podziwiając dowcip bohaterów. Podejrzewam jednak, że działa magia nazwiska – ulubionym autorom wybacza się więcej, niż debiutantom.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *