Technikalia, czyli jak postawić bloga

Właśnie skończyłem przeglądać strony,  poprawiłem coś z setkę źle działających linków, brzydkich fontów i niewyświetlających się obrazków i mogę wreszcie uznać, ze strona jako-tako działa. Tak wielkie osiągnięcie jakoś trzeba to uczcić – a jako potomek zabużańskiej szlachty zaściankowej znam tylko dwa sposoby świętowania: picie na umór i pisanie na blogu. Chora wątroba nie pozwala na to pierwsze. Pozostało wybrać temat wpisu.

Uwaga, dalej będzie wyjątkowo mało literacko. Wręcz nudno dla tych, którzy nie pieją z zachwytu, widząc ładnie skonstruowane zapytanie SQL. W skrócie: dalej opiszę moje perypetie związane z instalacją i konfiguracją oprogramowania.

W dzisiejszych czasach postawienie bloga to pryszcz. Jako stary linuksowiec na początek ściągnąłem lamppa i na nim rozwijałem stronę testową. Kupę zabawy miałem z wyszukiwaniem odpowiedniego motywu – z trzema kolumnami i kilkoma innymi bajerami – i w końcu zdecydowałem się na temat Myth. Później pozostało wyszukanie ładnych fontów (oczywiście, ładny font to inna nazwa na Antykwę Toruńską), zmodyfikowanie stylów css oraz poprawienie motywu, dociągnięcie kilku wtyczek oraz, last but not least, wypełnianie zawartością.

Wszystko to robiłem na domowym laptopie i miałem przy tym przednią zabawę. Później pozostało trochę poczekać na odpowiednią okazję, by blog udostępnić światu (jak to pompatyczne zabrzmiało!). Chciałem uruchomić go na tyle wcześnie, by zdążył się pojawić w google’u zanim wyjdzie Fantastyka z „Przynoszę Wam Pokój”, ale też nie za szybko. Szkoda wydawać 3.99 plus koszt domeny za stronę, na którą nikt nie będzie wchodzić. Ostatecznie uznałem, że czerwiec 2018 to będzie czas idealny.

Aby zdążyć na czerwiec, przejrzałem najpierw oferty firm hostujących strony. Jeden znajomy zaoferował mi hosting profesjonalny, ze zniżką – jednakże ów znajomy zapomniał, że obsługuje głównie duże kompanie z dużymi wymaganiami i to, co dla takiej kompanii wydawało by się ofertą za pół darmo, dla mnie jest ceną zaporową (jak na hobby). W końcu wybrałem jedną z tańszych firm, kupiłem domenę z minimalną wersją usługi, zapłaciłem i przygotowałem się na długie, długie oczekiwanie.

Widzicie, jako człowiek urodzony w latach 70tych uprzedniego stulecia spodziewałem się, że „uruchamiamy stronę najpóźniej w 48 godzin” jest wstawione dla zmyłki i pewnie po tygodniu dostanę email z przeprosinami, że to tak długo trwa, i żebym jeszcze tylko chwilkę poczekał.

Strona tymczasem zadziałała niemal natychmiast. Nieco zdziwiony wyeksportowałem stronę z lokalnie rozwijanej wersji, używając standardowych narzędzi wordpressa. Następnie, na hostowanej stronie stworzyłem nową bazę MySQL, zainstalowałem najnowszego wordpressa i zaimportowałem dane z laptopa. I voila – strona działała!

No, nie do końca. Połowa linków wciąż odnosiła się do stron na moim laptopie…

Pozostało więc pracowicie podmienić wszystkie odwołania do „localhost/wordpress” na właściwe. Zajęło mi to sporo czasu, po czym przypomniałem sobie, że również obrazki odwołują się do lokalnego komputera. Na laptopie miałem prawdziwy miszmasz, bo testowałem dziesiątki wersji zdjęć i teraz trudno było odnaleźć te właściwe, które wykorzystałem w wersji ostatecznej. W końcu – sukces.

Sukces?

Prawie. Strona uparcie nie chciała działać jako „radomirdarmila.pl”, tylko każde kliknięcie wracało na adres firmy hostingowej. Kolega po piórze (też informatyk) poradził, bym albo wywalił WordPressa w diabły, albo wyeksportował bazę MySQL i ręcznie poprawił wszystkie odnośniki. Byłem już gotów niemal posłuchać rady, ale po kilku kwadransach grzebania w google’u odkryłem, że to kwestia zmiany jednego ustawienia.

Pozostały poprawki fontów – tutaj fonts.google.com okazało się pomocne – oraz ostatnia kwestia. W slajdach uparcie wtyczka „Slide Anything” nie chciała zmienić obrazków tła. W sensie, że po kliknięciu na odpowiedni przycisk nie pojawiało się żadne okienko. Dość wkurzony w końcu wlazłem do bazy MySQL, wyekportowałem bazę, poszukałem nazwy opcji i później z palca poprawiałem wartości na właściwe.

Pozostało już tylko zaindeksowanie strony – prościzna. Na początek, ściągnięcie odpowiedniej wtyczki do wordpressa – ja wybrałem Google XML Sitemap. Następnie w google’u wpisałem site:radomirdarmila.pl by dostać się do narzędzi webmastera. Przy pomocy wtyczki wygenerowałem mapę strony i przy pomocy narzędzi webmastera wrzuciłem ją do google’a. Na koniec poprosiłem o zaindeksowanie kilku stron i pozostało sprawdzić, czy działa. Działało. Początkowo strona pojawiała się coś na siódmej stronie wyników, ale też tego właśnie się spodziewałem.

I to już było wszystko. Strona stoi, działa, jest widoczna, i nadchodzi teraz ten moment, kiedy człowiek nie ma nic do roboty. Smutno jakoś, a przecież nie skasuję wszystkiego, by zacząć od nowa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *