Na każdym blogu jest tak, że ktoś musi zacząć pierwszy

Ten blog powstał w najdziwniejszy możliwy sposób.

Otóż, zdarzyło mi się kiedyś bawić w self-publishing. Od dziecka chciałem być pisarzem, najlepiej bogatym – przyznam szczerze, że wizja geniusza docenianego dopiero po śmierci jakoś mnie nie pociągała – po któryś więc urodzinach, przerażony nieuchronnie nadciągającą czterdziestką, postanowiłem przystąpić do spełnienia młodzieńczych marzeń. Napisałem powieść – absolutnie genialną, mówię wam! – wysłałem do kilku wydawnictw i już liczyłem, ile to nie zarobię i ile luksusowych chat sobie postawię za bestseller. O dziwo, nie dostałem odpowiedzi. To znaczy, owszem, Novae Res odpowiedziało, że wydadzą, ale…  za moje pieniądze. Strasznie tym wszystkim urażony (w końcu pisałem genialnie!) postanowiłem, że ja im pokażę i wydam sam, jako ebook!

Tak, wiem. Głupi byłem.

Na  usprawiedliwienie powiem, że wszyscy, których o zdanie pytałem, powieścią byli zachwyceni. Jedna „koleżanka z branży” znajomej pisarki napisała nawet:

Dobre, ładnie napisane, jest tu parę ciekawych pomysłów. Styl na wysokim poziomie, nieźle zarysowani bohaterowie, fajnie przedstawione, w jaki sposób zmienia się interpretacja pewnych praw i jak może doprowadzić do absurdu. […] Problem za to może być z potencjałem marketingowym. To nie jest dla wielbicielek paranormal romance, bo one zwykle oczekują Edwardów i Greyów. Nie do końca dla wielbicieli science fiction – bo za mało tu science, jeśli wiesz, co mam na myśli. A dla fanów fantastyki może być właśnie zbyt „kobiece”… Teraz niełatwo coś wydać, a tu ciężko określić target.

Tak więc zrobiłem ebooka, w LaTeXie (a jak!)  z piękną czcionką (a jak!) i popchnąłem w świat.

Tymczasem trafiłem na weryfikatorium i tam sobie uświadomiłem, jak dużo się jeszcze muszę nauczyć.  Zobaczyłem jak wyglądają książki przed i po współpracy z profesjonalnymi redaktorami. Do tego pewna znajoma pisarka przez telefon dobry kwadrans masakrowała pierwszy rozdział, tłumacząc usterki warsztatowe.

Zrozumiałem wtedy, że popełniłem błąd. Zawodowcy nie pracują sami.

Z pokorą uznałem, że powieść ssie. Niemniej leżała sobie dalej na kilku różnych stronach, gdzie sprzedała się w oszałamiającej łącznej liczbie coś z dziesięciu egzemplarzy.

W końcu uznałem, że to nie ma sensu i ten wstydliwy epizod w przeszłości lepiej wymazać.

Najzabawniejsze było usuwanie z pewnej amerykańskiej witryny, gdzie zarobiłem całego dolara za dwa egzemplarza. W związku z tym mi powiedzieli, że muszę wypełnić zeznanie podatkowe, bo inaczej się nie da. I choćbym nawet tego dolara nie chciał (pomniejszonego o podatek! :D), niestety zeznanie wypełnić trzeba było. Okropność, nie?

Kiedy już wykasowałem zewsząd konta, kiedy pousuwałem fragmenty i książki, zacząłem się zastanawiać, jak wymazać tę książkę także z wyników google’a. I wpadłem na genialny pomysł: zrobię bloga! A na blogu wstawię odnośniki do opowiadań i recenzji. Algorytm PageRank google’a wtedy powinien wreszcie te wykasowane kawałki zepchnąć gdzieś na koniec.

Wot, i cała tajemnica za powstaniem bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *